Autor: Mike Resnick
Tytuł: Na tropach jednorożca
Cykl: John Justin Mallory (tom I)
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 1991
Liczba stron: 240
Moja ocena: 9/10
Są takie książki, które już od pierwszych stron dają
czytelnikowi jasno do zrozumienia, że czeka go absolutnie szalona przygoda. Tak
właśnie było u mnie z powieścią „Na tropach jednorożca” autorstwa Mikea
Resnicka. I przyznam Wam szczerze — dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas
lektury urban fantasy!Bo wyobraźcie sobie Manhattan w sylwestrową noc. Jest trochę
mrocznie, trochę brudno, prywatny detektyw ledwo wiąże koniec z końcem, popija
bourbona i próbuje ukryć się przed właścicielem mieszkania oraz zbirami. A teraz dodajcie do tego elfa, skradzionego
jednorożca, demony, kobietę-kota, skrzaty i kompletnie absurdalne sytuacje,
które wywołują szczery uśmiech. I nagle okazuje się, że Mike Resnick stworzył
coś naprawdę wyjątkowego.Największym atutem tej historii jest dla mnie jej klimat —
totalnie zwariowany, ale jednocześnie niesamowicie spójny. Fantastyczny
Manhattan żyje własnym życiem, a czytelnik bardzo szybko zaczyna wierzyć, że
gdzieś za rogiem naprawdę można spotkać gnomy zajadające się żetonami do bramek
w metrze. Autor świetnie połączył elementy powieści detektywistycznej z urban
fantasy i zrobił to z ogromnym wyczuciem humoru.A skoro o humorze mowa — to właśnie on skradł moje serce. Te
wszystkie absurdalne sceny są po prostu kapitalne. Sprzedawca olejku do
opalania próbujący sprzedać swój towar – po bardzo okazyjnej cenie - w
sylwestrową noc. Maratończyk biegnący do mety od dwudziestu pięciu lat, mimo że
meta znajduje się w Rzymie, a on znajduje się na Manhattanie? Albo grupa
żołnierzy specjalizująca się w wielomiesięcznych, drobiazgowych dochodzeniach,
siedząca w barze „Pinokio”? Uwielbiam taki rodzaj humoru — lekko groteskowy i
kompletnie nieprzewidywalny w stylu Benny Hilla.Bardzo polubiłem również głównego bohatera, Johna Justina
Mallory’ego. To detektyw z ciętym językiem, błyskotliwym umysłem i sporą dawką
ironii. Świetnie wypada też elf Murgensturm oraz demon Grundy, który skutecznie
komplikuje całą sprawę. Każda z tych postaci ma w sobie coś charakterystycznego
i łatwo zapada w pamięć.Muszę przyznać, że początkowo miałam pewne obawy. Tytuł i
motyw poszukiwania jednorożca sugerowały historię bardziej baśniową, może nawet
skierowaną do młodszego odbiorcy. Tymczasem dostałam błyskotliwą, absurdalną i
bardzo klimatyczną opowieść, która momentami przypominała skrzyżowanie
klasycznego kryminału z fantasy podszytym komedią.Ogromnym plusem jest też sam styl autora. Książkę czyta się
błyskawicznie — narracja jest lekka, dialogi dynamiczne, a humor sprawia, że
trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. To jedna z tych historii, które
idealnie sprawdzają się na poprawę humoru.I tylko jednej rzeczy naprawdę żałuję — że w Polsce wydano
zaledwie dwie części cyklu o Johnie Justinie Mallorym, podczas gdy całość liczy
cztery powieści. Po lekturze "Na tropach jednorożca" z ogromną chęcią sięgnęłabym
po kolejne tomy. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś zdecyduje się wznowić serię i
wydać ją w komplecie, bo zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi.
Są takie książki, które już od pierwszych stron dają
czytelnikowi jasno do zrozumienia, że czeka go absolutnie szalona przygoda. Tak
właśnie było u mnie z powieścią „Na tropach jednorożca” autorstwa Mikea
Resnicka. I przyznam Wam szczerze — dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas
lektury urban fantasy!
Bo wyobraźcie sobie Manhattan w sylwestrową noc. Jest trochę
mrocznie, trochę brudno, prywatny detektyw ledwo wiąże koniec z końcem, popija
bourbona i próbuje ukryć się przed właścicielem mieszkania oraz zbirami. A teraz dodajcie do tego elfa, skradzionego
jednorożca, demony, kobietę-kota, skrzaty i kompletnie absurdalne sytuacje,
które wywołują szczery uśmiech. I nagle okazuje się, że Mike Resnick stworzył
coś naprawdę wyjątkowego.
Największym atutem tej historii jest dla mnie jej klimat —
totalnie zwariowany, ale jednocześnie niesamowicie spójny. Fantastyczny
Manhattan żyje własnym życiem, a czytelnik bardzo szybko zaczyna wierzyć, że
gdzieś za rogiem naprawdę można spotkać gnomy zajadające się żetonami do bramek
w metrze. Autor świetnie połączył elementy powieści detektywistycznej z urban
fantasy i zrobił to z ogromnym wyczuciem humoru.
A skoro o humorze mowa — to właśnie on skradł moje serce. Te
wszystkie absurdalne sceny są po prostu kapitalne. Sprzedawca olejku do
opalania próbujący sprzedać swój towar – po bardzo okazyjnej cenie - w
sylwestrową noc. Maratończyk biegnący do mety od dwudziestu pięciu lat, mimo że
meta znajduje się w Rzymie, a on znajduje się na Manhattanie? Albo grupa
żołnierzy specjalizująca się w wielomiesięcznych, drobiazgowych dochodzeniach,
siedząca w barze „Pinokio”? Uwielbiam taki rodzaj humoru — lekko groteskowy i
kompletnie nieprzewidywalny w stylu Benny Hilla.
Bardzo polubiłem również głównego bohatera, Johna Justina
Mallory’ego. To detektyw z ciętym językiem, błyskotliwym umysłem i sporą dawką
ironii. Świetnie wypada też elf Murgensturm oraz demon Grundy, który skutecznie
komplikuje całą sprawę. Każda z tych postaci ma w sobie coś charakterystycznego
i łatwo zapada w pamięć.
Muszę przyznać, że początkowo miałam pewne obawy. Tytuł i
motyw poszukiwania jednorożca sugerowały historię bardziej baśniową, może nawet
skierowaną do młodszego odbiorcy. Tymczasem dostałam błyskotliwą, absurdalną i
bardzo klimatyczną opowieść, która momentami przypominała skrzyżowanie
klasycznego kryminału z fantasy podszytym komedią.
Ogromnym plusem jest też sam styl autora. Książkę czyta się
błyskawicznie — narracja jest lekka, dialogi dynamiczne, a humor sprawia, że
trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. To jedna z tych historii, które
idealnie sprawdzają się na poprawę humoru.
I tylko jednej rzeczy naprawdę żałuję — że w Polsce wydano
zaledwie dwie części cyklu o Johnie Justinie Mallorym, podczas gdy całość liczy
cztery powieści. Po lekturze "Na tropach jednorożca" z ogromną chęcią sięgnęłabym
po kolejne tomy. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś zdecyduje się wznowić serię i
wydać ją w komplecie, bo zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi.
