Przemek Osowski, Wrona z Madenfal, recenzja

 

Przemek Osowski, Wrona z Madenfal, recenzja

Autor: Przemek Osowski

Tytuł: Wrona z Madenfal

Wydawnictwo: Seff-publishing

Data wydania: 2025

Liczba stron: 456

Moja ocena 9/10

 

Gjaladen nie jest miejscem, do którego chciałbym trafić nawet na krótkie wakacje. To odizolowany od reszty świata kontynent, otoczony przez tajemnicze mgły. Nikt od ponad 500 lat nie zdołał ich przekroczyć, a właściwie trudno nawet powiedzieć, czy poza nimi istnieje jeszcze jakikolwiek świat. Kontakt z purpurową mgłą może oznaczać śmierć, mutację albo coś znacznie gorszego. Mgławice wpływają na pory roku, zwierzęta i ludzi, a nawet potrafią nadawać realny kształt ich największym lękom. Powieść jest ciekawym połączeniem dark fantasy i postapokalipsy. Mamy tu krainy, zakony, nowe i stare wierzenia, potwory i liczne nawiązania do słowiańskiej mitologii oraz bestiariuszy. Autor dobrze wykorzystuje ten pomysł i stopniowo odsłania przed czytelnikiem kolejne elementy Gjaladenu. Nie zasypuje przy tym informacjami, dzięki czemu mgła przez długi czas pozostaje czymś tajemniczym i niepokojącym.
Sama historia jest naprawdę bogata w wydarzenia.
Spiski, polityka, morderstwa, walka o wpływy, tajemnice i intrygi ukryte wewnątrz kolejnych intryg sprawiają, że trudno tutaj narzekać na nudę. Praktycznie każdy rozdział wnosi coś do historii. Duża w tym zasługa stylu Przemysława Osowskiego. „Wronę z Madenfal” czytało mi się bardzo szybko i z dużą przyjemnością, mimo że sama historia do najprostszych nie należy. Na osobne wyróżnienie zasługują bohaterowie. Poza Hjalkanem i Nokramą wyróżniłbym Verdona Halpa, który jest złodziejem i kryminalistą, a mimo to momentami ma w sobie więcej honoru niż niejeden król, arystokrata czy członek zakonu. Nie ma tutaj prostego podziału na dobrych i złych. Tak naprawdę postaci, które bez zastanowienia można nazwać pozytywnymi, jest bardzo niewiele. Każdy ma swoje interesy, tajemnice i cele. Sojusznik niekoniecznie pozostanie nim na długo.
Klimatycznie książka momentami przypominała mi „Gorath. Uderz pierwszy” Janusza Stankiewicza. Nie chodzi o podobieństwa fabularne, ale o poczucie obcowania z nieprzyjaznym, brutalnym światem fantasy, w którym za kolejnym zakrętem może czekać coś naprawdę paskudnego.
Mimo wszystkich tych pozytywów książka nie była idealna, głownie ze względu na zakończenie. Nie uważam go za złe – pasuje do całej historii – ale po zamknięciu książki miałem wrażenie, że zabrakło jeszcze jednego rozdziału. Dodatkowego fragmentu, który dopowiedziałby pewną kwestię i pozwolił postawić ostatnią kropkę. Pozostało więc lekkie poczucie niedosytu. Drugą rzeczą jest brak mapy. Przy tak rozbudowanym świecie i dużej liczbie krain naprawdę by się przydała. Z tego, co wiem, ma się jednak pojawić w papierowym wydaniu książki.