Diana Wróbel, Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy, recenzja

 

Diana Wróbel, Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy, recenzja

Autor: Diana Wróbel
Tytuł: Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy
Wydawnictwo: HM
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 178
Moja ocena: 9/10

Tematyka magii, rytuałów czy dawnych wierzeń bywa przedstawiana w sposób skomplikowany lub prześmiewczy. Tym większym zaskoczeniem okazała się dla mnie książka „Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” autorstwa Diana Wróbel. Zamiast zamkniętej wiedzy dla wtajemniczonych dostałem przystępny przewodnik po świecie symboli, ziół, kamieni i praktyk magicznych.
To jedna z tych pozycji, które czyta się szybko, ale po zamknięciu okładki nadal wraca się do przeczytanych treści. Sam podczas lektury zacząłem zastanawiać się, które magiczne rośliny mam wokół siebie. Okazało się, że całkiem sporo – lawenda, szałwia czy rozmaryn. Podobnie było z kamieniami i ich właściwościami. Książka skutecznie pobudza ciekawość i zachęca do spojrzenia na codzienność z innej perspektywy.
Dużym atutem jest sposób przekazywania wiedzy. Autorka pisze lekko, prosto i bez niepotrzebnego komplikowania. Jeśli czytelnik chce dowiedzieć się, jak stworzyć ochronny krąg czy poznać znaczenie symboli, dostaje konkretne informacje bez zbędnych dygresji. Dzięki temu „Grymuar” naprawdę sprawdza się jako poradnik dla początkujących. Zakres tematów jest szeroki – od znaków zodiaku, roślin i kamieni, symboli, świąt przez panteony bóstw, po bezpieczeństwo podczas rytuałów. Nie sposób pominąć wydania. Twarda oprawa i liczne ilustracje autorstwa Diany Wróbel sprawiają, że książka przyciąga wzrok i dobrze oddaje klimat opowieści o magii.
Mam jednak jedną uwagę, będącą właściwie komplementem – szkoda, że ta książka nie jest dłuższa. Spodziewałem się obszernej księgi czarownic znanej z filmów, a otrzymałem zgrabny poradnik, który przeczytałem w jeden dzień. Po skończeniu został lekki niedosyt.
Na plus warto też odnotować bibliografię na końcu książki, będącą dobrym punktem wyjścia do dalszego zgłębiania tematu.
„Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” to ciekawa propozycja dla osób zainteresowanych symboliką, dawnymi wierzeniami i magią, ale też dla tych, którzy cenią pięknie wydane książki. Jeśli szukacie lekkiego wprowadzenia do świata magii i okultyzmu – warto sięgnąć po tę pozycję.

Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja

 

Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja

Autor: Tomasz Cechowski
Tytuł: Kod Pixeli
Wydawnictwo: Amazon KDP
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 300
Moja ocena: 8/10

 

„Kod Pixeli” autorstwa Tomasz Cechowski to powieść łącząca thriller, science fiction i elementy sensacji. Już od początku widać, że autor miał konkretny pomysł na historię oraz na pokazanie świata, w którym rozwój technologii może wymknąć się spod kontroli.
Fabuła skupia się na Alexie Smithie, który po osobistej tragedii rzuca się w wir pracy nad nowatorskim projektem technologicznym. Szybko okazuje się jednak, że rozwój technologii może prowadzić w bardzo niebezpiecznym kierunku.
Autor sprawnie buduje atmosferę zagrożenia i pokazuje świat, w którym postęp wymyka się spod kontroli.
Dużym plusem książki jest to, że mimo licznych odniesień do technologii i przyszłościowych rozwiązań, autor nie zasypuje czytelnika trudnym technicznym słownictwem.
Dzięki temu „Kod Pixeli” pozostaje przystępną lekturą nawet dla osób, które na co dzień nie interesują się tematami związanymi z informatyką czy rozwojem sztucznej inteligencji. Styl autora również oceniam pozytywnie — książkę czyta się szybko i lekko, czemu dodatkowo sprzyja niewielka objętość oraz podział na aż 44 krótkie rozdziały. To sprawia, że bardzo łatwo powiedzieć sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”.
Nie jest jednak tak, że książka całkowicie mnie porwała.
Momentami brakowało mi większego przyspieszenia fabuły i mocniejszych zwrotów akcji, które jeszcze bardziej podbiłyby napięcie. Czasami miałem też wrażenie, że dialogi brzmią nieco sztywno, przez co pojedyncze sceny wypadały mniej naturalnie, niż powinny.
Mimo tych kilku zastrzeżeń
„Kod Pixeli” uważam za całkiem udany debiut lub przynajmniej bardzo solidną propozycję dla fanów lekkiego science fiction z thrillerowym zacięciem. Najbardziej podobało mi się to, że pod warstwą sensacyjnej historii autor próbuje przemycić pytanie o to, czy istnieje granica rozwoju technologii, której jako ludzie nie powinniśmy przekraczać. I właśnie takie refleksje po zakończeniu książki zostają w głowie najdłużej.

Mike Resnick, Na tropach jednorożca, recenzja

 

Mike Resnick, Na tropach jednorożca, recenzja

Autor: Mike Resnick
Tytuł: Na tropach jednorożca
Cykl: John Justin Mallory (tom I)
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 1991
Liczba stron: 240
Moja ocena: 9/10

Są takie książki, które już od pierwszych stron dają czytelnikowi jasno do zrozumienia, że czeka go absolutnie szalona przygoda. Tak właśnie było u mnie z powieścią „Na tropach jednorożcaautorstwa Mikea Resnicka. I przyznam Wam szczerze — dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas lektury urban fantasy!
Bo wyobraźcie sobie Manhattan w sylwestrową noc. Jest trochę mrocznie, trochę brudno, prywatny detektyw ledwo wiąże koniec z końcem, popija bourbona i próbuje ukryć się przed właścicielem mieszkania oraz zbirami. A teraz dodajcie do tego elfa, skradzionego jednorożca, demony, kobietę-kota, skrzaty i kompletnie absurdalne sytuacje, które wywołują szczery uśmiech. I nagle okazuje się, że Mike Resnick stworzył coś naprawdę wyjątkowego.
Największym atutem tej historii jest dla mnie jej klimat — totalnie zwariowany, ale jednocześnie niesamowicie spójny. Fantastyczny Manhattan żyje własnym życiem, a czytelnik bardzo szybko zaczyna wierzyć, że gdzieś za rogiem naprawdę można spotkać gnomy zajadające się żetonami do bramek w metrze. Autor świetnie połączył elementy powieści detektywistycznej z urban fantasy i zrobił to z ogromnym wyczuciem humoru.
A skoro o humorze mowa — to właśnie on skradł moje serce. Te wszystkie absurdalne sceny są po prostu kapitalne. Sprzedawca olejku do opalania próbujący sprzedać swój towar – po bardzo okazyjnej cenie - w sylwestrową noc. Maratończyk biegnący do mety od dwudziestu pięciu lat, mimo że meta znajduje się w Rzymie, a on znajduje się na Manhattanie? Albo grupa żołnierzy specjalizująca się w wielomiesięcznych, drobiazgowych dochodzeniach, siedząca w barze „Pinokio”? Uwielbiam taki rodzaj humoru — lekko groteskowy i kompletnie nieprzewidywalny w stylu Benny Hilla.
Bardzo polubiłem również głównego bohatera, Johna Justina Mallory’ego. To detektyw z ciętym językiem, błyskotliwym umysłem i sporą dawką ironii. Świetnie wypada też elf Murgensturm oraz demon Grundy, który skutecznie komplikuje całą sprawę. Każda z tych postaci ma w sobie coś charakterystycznego i łatwo zapada w pamięć.
Muszę przyznać, że początkowo miałam pewne obawy. Tytuł i motyw poszukiwania jednorożca sugerowały historię bardziej baśniową, może nawet skierowaną do młodszego odbiorcy. Tymczasem dostałam błyskotliwą, absurdalną i bardzo klimatyczną opowieść, która momentami przypominała skrzyżowanie klasycznego kryminału z fantasy podszytym komedią.
Ogromnym plusem jest też sam styl autora. Książkę czyta się błyskawicznie — narracja jest lekka, dialogi dynamiczne, a humor sprawia, że trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. To jedna z tych historii, które idealnie sprawdzają się na poprawę humoru.
I tylko jednej rzeczy naprawdę żałuję — że w Polsce wydano zaledwie dwie części cyklu o Johnie Justinie Mallorym, podczas gdy całość liczy cztery powieści. Po lekturze "Na tropach jednorożca" z ogromną chęcią sięgnęłabym po kolejne tomy. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś zdecyduje się wznowić serię i wydać ją w komplecie, bo zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi.

 


Volker Ulrich, Hitler. Upadek zła 1939-1945, recenzja

Volker Ulrich, Hitler. Upadek zła 1939-1945, recenzja

Autor: Volker Ulrich
Tytuł: Hitler. Upadek zła 1939-1945
Seria: Oblicza zła
Wydawnictwo: Prószyński i S-KA
Rok wydania: 2021
Liczba stron: 848
Moja ocena: 8/10

Drugi tom monumentalnej biografii autorstwa Volkera Ulricha, „Hitler. Upadek zła 1939–1945”, był dla mnie jedną z najbardziej wyczekiwanych lektur ostatniego czasu. Po znakomitym pierwszym tomie moje oczekiwania były naprawdę bardzo duże – liczyłem na równie wciągającą, przemyślaną i odkrywczą kontynuację. I choć w wielu momentach książka spełniła te nadzieje, nie mogę powiedzieć, że w pełni mnie usatysfakcjonowała.
Volkera Ulricha nadal czyta się jako autora niezwykle kompetentnego, który potrafi spojrzeć na Hitlera nie tylko jako na symbol zła, ale też jako człowieka funkcjonującego w określonym systemie politycznym i społecznym. Podobało mi się szczególnie to, jak autor ukazuje zmieniający się stosunek Niemców do Führera – od niemal bezkrytycznego uwielbienia po stopniowy rozpad jego mitu. To jeden z najmocniejszych elementów książki.
Z dużym zainteresowaniem śledziłem również fragmenty poświęcone życiu prywatnemu Hitlera – jego zdrowiu, relacjom z Ewą Braun czy napięciom wśród najbliższych współpracowników. Ten bardziej osobisty wymiar biografii zdecydowanie działa na plus i sprawia, że narracja staje się pełniejsza. Nie do końca odpowiadało mi natomiast ograniczenie wątków związanych z Holokaustem. Oczywiście temat ten wciąż jest obecny, ale miałem wrażenie, że w porównaniu z pierwszym tomem został potraktowany nieco bardziej skrótowo. Dużo ciekawsze wydały mi się natomiast przytoczone przez autora listy niemieckich żołnierzy z frontu wschodniego – ich szczerość i brutalność robią ogromne wrażenie i dodają książce autentyczności. Największy problem miałem jednak z nierównym tempem narracji. Początkowe rozdziały – obejmujące lata 1939–pierwszą połowę 1941 roku – były dla mnie zdecydowanie zbyt rozwlekłe. Momentami miałem wrażenie, że czytam coś, co już dobrze znam, a przy tym podane jest to w dość przegadanej formie. W tej części książki trochę się zawiodłem. Z kolei fragmenty dotyczące wojny ze Związkiem Sowieckim aż do zamachu w Wilczym Szańcu czytało mi się znacznie lepiej. Tutaj narracja nabiera tempa, jest bardziej dynamiczna i wciągająca – i właśnie w tych momentach czułem, że obcuję z książką na poziomie pierwszego tomu.
Niestety końcowe rozdziały ponownie nie do końca przypadły mi do gustu. Szczegółowe opisy walk na Odrze i w Berlinie były dla mnie zbyt rozbudowane. W pewnym momencie miałem wręcz wrażenie, że autor relacjonuje ostatnie dni Hitlera niemal godzina po godzinie, co zamiast budować napięcie, zaczęło mnie męczyć.
Ostatecznie książkę oceniam pozytywnie – podobała mi się i uważam ją za wartościową, ale jednocześnie czuję pewien niedosyt. Pierwszy tom zrobił na mnie większe wrażenie i był bardziej spójny jako całość. Drugi tom, mimo wielu świetnych fragmentów, jest po prostu mniej równy.
Na koniec warto wspomnieć o objętości – ponad 800 stron, z czego około 600 to właściwa treść, a reszta to przypisy, bibliografia i indeks. To pokazuje skalę pracy autora, którą zdecydowanie należy docenić, nawet jeśli nie wszystkie elementy tej książki trafiły w moje oczekiwania.


Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja

 

Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja

Autor: Karina Łagowska

Tytuł: Sonata jesienna na kota i wilkonczelę

Wydawnictwo: OdeSFa

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 522

Moja ocena 9/10


Wśród powieści wymykających się schematom i odważnie mieszających gatunki "Sonata jesienna na kota i wilkonczelę" autorstwa Karina Łagowska zdecydowanie wyróżnia się na tle współczesnej literatury.
Akcja toczy się na warszawskim Ursynowie i została podzielona na dwa momenty w czasie – rok 1994 oraz 2008. Głównymi bohaterami jest grupa dwunastolatków z jednej klasy: Mateusz, Felek, Artur „Byku”, Sonia i Agata. Łączy ich silna przyjaźń i wspólne spędzanie czasu. Na początku wszystko wydaje się zwyczajne, ale to właśnie ta codzienność ma znaczenie. Autorka dobrze oddaje klimat lat 90. – dzieci biegające po osiedlu, proste rozmowy i swobodę, jakiej dziś trochę brakuje.
Niewyjaśniona choroba jednej z bohaterek, ekscentryczny Henryk oraz pojawienie się wilkonczeli – dziwnej istoty będącej połączeniem wilka i wiolonczeli – sprawiają, że historia skręca w stronę horroru i science fiction. Pojawiają się też Kataryniarze i tajemniczy Czarny Okręt. Mimo że brzmi to nietypowo, całość jest spójna i dobrze poprowadzona.
Największą siłą tej powieści są bohaterowie. Każde z dzieci ma swój charakter, historię i ciężar, który niesie. Szczególnie zapadł mi w pamięć Struna – osiedlowy bandzior, który ma „łeb jak sklep” – oraz Felek, postać tragiczna, której po prostu nie da się nie współczuć. To właśnie przez ich perspektywę oglądamy makabryczne wydarzenia, których do końca nie rozumieją – i to nadaje historii dodatkowej głębi.
Styl Łagowskiej jest bardzo barwny, momentami wręcz poetycki. Autorka chętnie sięga po odniesienia do klasyki literatury, co dodaje tekstowi smaku, ale nie przytłacza. Co ważne, potrafi też świetnie balansować między grozą a refleksją – bo pod warstwą fantastyczno-horrorową kryje się opowieść o dorastaniu, traumie i tym, jak dzieciństwo potrafi odcisnąć piętno na całym życiu.
Nie jest to książka bez wad. Zbyt duże odstępy między akapitami (Prawdopodobnie wynika to z polityki wydawnictwa – mam inną książkę od tego samego wydawcy i tam również pojawiają się duże odstępy między akapitami). i momentami bardzo rozbudowane bloki tekstu mogą wybijać z rytmu. Trafiają się też literówki. Na szczęście są to rzeczy czysto techniczne, które nie psują przyjemności z czytania.
„Sonata jesienna…” to historia dla tych, którzy nie boją się gatunkowych eksperymentów i lubią, kiedy książka zostawia po sobie lekki niepokój. Trochę straszy, trochę wzrusza, a momentami zmusza do refleksji. I co najważniejsze – zostaje w głowie na dłużej.