Diana Wróbel, Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy, recenzja

 

Diana Wróbel, Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy, recenzja

Autor: Diana Wróbel
Tytuł: Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy
Wydawnictwo: HM
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 178
Moja ocena: 9/10

Tematyka magii, rytuałów czy dawnych wierzeń bywa przedstawiana w sposób skomplikowany lub prześmiewczy. Tym większym zaskoczeniem okazała się dla mnie książka „Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” autorstwa Diana Wróbel. Zamiast zamkniętej wiedzy dla wtajemniczonych dostałem przystępny przewodnik po świecie symboli, ziół, kamieni i praktyk magicznych.
To jedna z tych pozycji, które czyta się szybko, ale po zamknięciu okładki nadal wraca się do przeczytanych treści. Sam podczas lektury zacząłem zastanawiać się, które magiczne rośliny mam wokół siebie. Okazało się, że całkiem sporo – lawenda, szałwia czy rozmaryn. Podobnie było z kamieniami i ich właściwościami. Książka skutecznie pobudza ciekawość i zachęca do spojrzenia na codzienność z innej perspektywy.
Dużym atutem jest sposób przekazywania wiedzy. Autorka pisze lekko, prosto i bez niepotrzebnego komplikowania. Jeśli czytelnik chce dowiedzieć się, jak stworzyć ochronny krąg czy poznać znaczenie symboli, dostaje konkretne informacje bez zbędnych dygresji. Dzięki temu „Grymuar” naprawdę sprawdza się jako poradnik dla początkujących. Zakres tematów jest szeroki – od znaków zodiaku, roślin i kamieni, symboli, świąt przez panteony bóstw, po bezpieczeństwo podczas rytuałów. Nie sposób pominąć wydania. Twarda oprawa i liczne ilustracje autorstwa Diany Wróbel sprawiają, że książka przyciąga wzrok i dobrze oddaje klimat opowieści o magii.
Mam jednak jedną uwagę, będącą właściwie komplementem – szkoda, że ta książka nie jest dłuższa. Spodziewałem się obszernej księgi czarownic znanej z filmów, a otrzymałem zgrabny poradnik, który przeczytałem w jeden dzień. Po skończeniu został lekki niedosyt.
Na plus warto też odnotować bibliografię na końcu książki, będącą dobrym punktem wyjścia do dalszego zgłębiania tematu.
„Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” to ciekawa propozycja dla osób zainteresowanych symboliką, dawnymi wierzeniami i magią, ale też dla tych, którzy cenią pięknie wydane książki. Jeśli szukacie lekkiego wprowadzenia do świata magii i okultyzmu – warto sięgnąć po tę pozycję.

Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja

 

Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja

Autor: Tomasz Cechowski
Tytuł: Kod Pixeli
Wydawnictwo: Amazon KDP
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 300
Moja ocena: 8/10

 

„Kod Pixeli” autorstwa Tomasz Cechowski to powieść łącząca thriller, science fiction i elementy sensacji. Już od początku widać, że autor miał konkretny pomysł na historię oraz na pokazanie świata, w którym rozwój technologii może wymknąć się spod kontroli.
Fabuła skupia się na Alexie Smithie, który po osobistej tragedii rzuca się w wir pracy nad nowatorskim projektem technologicznym. Szybko okazuje się jednak, że rozwój technologii może prowadzić w bardzo niebezpiecznym kierunku.
Autor sprawnie buduje atmosferę zagrożenia i pokazuje świat, w którym postęp wymyka się spod kontroli.
Dużym plusem książki jest to, że mimo licznych odniesień do technologii i przyszłościowych rozwiązań, autor nie zasypuje czytelnika trudnym technicznym słownictwem.
Dzięki temu „Kod Pixeli” pozostaje przystępną lekturą nawet dla osób, które na co dzień nie interesują się tematami związanymi z informatyką czy rozwojem sztucznej inteligencji. Styl autora również oceniam pozytywnie — książkę czyta się szybko i lekko, czemu dodatkowo sprzyja niewielka objętość oraz podział na aż 44 krótkie rozdziały. To sprawia, że bardzo łatwo powiedzieć sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”.
Nie jest jednak tak, że książka całkowicie mnie porwała.
Momentami brakowało mi większego przyspieszenia fabuły i mocniejszych zwrotów akcji, które jeszcze bardziej podbiłyby napięcie. Czasami miałem też wrażenie, że dialogi brzmią nieco sztywno, przez co pojedyncze sceny wypadały mniej naturalnie, niż powinny.
Mimo tych kilku zastrzeżeń
„Kod Pixeli” uważam za całkiem udany debiut lub przynajmniej bardzo solidną propozycję dla fanów lekkiego science fiction z thrillerowym zacięciem. Najbardziej podobało mi się to, że pod warstwą sensacyjnej historii autor próbuje przemycić pytanie o to, czy istnieje granica rozwoju technologii, której jako ludzie nie powinniśmy przekraczać. I właśnie takie refleksje po zakończeniu książki zostają w głowie najdłużej.

Mike Resnick, Na tropach jednorożca, recenzja

 

Mike Resnick, Na tropach jednorożca, recenzja

Autor: Mike Resnick
Tytuł: Na tropach jednorożca
Cykl: John Justin Mallory (tom I)
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 1991
Liczba stron: 240
Moja ocena: 9/10

Są takie książki, które już od pierwszych stron dają czytelnikowi jasno do zrozumienia, że czeka go absolutnie szalona przygoda. Tak właśnie było u mnie z powieścią „Na tropach jednorożcaautorstwa Mikea Resnicka. I przyznam Wam szczerze — dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas lektury urban fantasy!
Bo wyobraźcie sobie Manhattan w sylwestrową noc. Jest trochę mrocznie, trochę brudno, prywatny detektyw ledwo wiąże koniec z końcem, popija bourbona i próbuje ukryć się przed właścicielem mieszkania oraz zbirami. A teraz dodajcie do tego elfa, skradzionego jednorożca, demony, kobietę-kota, skrzaty i kompletnie absurdalne sytuacje, które wywołują szczery uśmiech. I nagle okazuje się, że Mike Resnick stworzył coś naprawdę wyjątkowego.
Największym atutem tej historii jest dla mnie jej klimat — totalnie zwariowany, ale jednocześnie niesamowicie spójny. Fantastyczny Manhattan żyje własnym życiem, a czytelnik bardzo szybko zaczyna wierzyć, że gdzieś za rogiem naprawdę można spotkać gnomy zajadające się żetonami do bramek w metrze. Autor świetnie połączył elementy powieści detektywistycznej z urban fantasy i zrobił to z ogromnym wyczuciem humoru.
A skoro o humorze mowa — to właśnie on skradł moje serce. Te wszystkie absurdalne sceny są po prostu kapitalne. Sprzedawca olejku do opalania próbujący sprzedać swój towar – po bardzo okazyjnej cenie - w sylwestrową noc. Maratończyk biegnący do mety od dwudziestu pięciu lat, mimo że meta znajduje się w Rzymie, a on znajduje się na Manhattanie? Albo grupa żołnierzy specjalizująca się w wielomiesięcznych, drobiazgowych dochodzeniach, siedząca w barze „Pinokio”? Uwielbiam taki rodzaj humoru — lekko groteskowy i kompletnie nieprzewidywalny w stylu Benny Hilla.
Bardzo polubiłem również głównego bohatera, Johna Justina Mallory’ego. To detektyw z ciętym językiem, błyskotliwym umysłem i sporą dawką ironii. Świetnie wypada też elf Murgensturm oraz demon Grundy, który skutecznie komplikuje całą sprawę. Każda z tych postaci ma w sobie coś charakterystycznego i łatwo zapada w pamięć.
Muszę przyznać, że początkowo miałam pewne obawy. Tytuł i motyw poszukiwania jednorożca sugerowały historię bardziej baśniową, może nawet skierowaną do młodszego odbiorcy. Tymczasem dostałam błyskotliwą, absurdalną i bardzo klimatyczną opowieść, która momentami przypominała skrzyżowanie klasycznego kryminału z fantasy podszytym komedią.
Ogromnym plusem jest też sam styl autora. Książkę czyta się błyskawicznie — narracja jest lekka, dialogi dynamiczne, a humor sprawia, że trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. To jedna z tych historii, które idealnie sprawdzają się na poprawę humoru.
I tylko jednej rzeczy naprawdę żałuję — że w Polsce wydano zaledwie dwie części cyklu o Johnie Justinie Mallorym, podczas gdy całość liczy cztery powieści. Po lekturze "Na tropach jednorożca" z ogromną chęcią sięgnęłabym po kolejne tomy. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś zdecyduje się wznowić serię i wydać ją w komplecie, bo zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi.

 


Volker Ulrich, Hitler. Upadek zła 1939-1945, recenzja

Volker Ulrich, Hitler. Upadek zła 1939-1945, recenzja

Autor: Volker Ulrich
Tytuł: Hitler. Upadek zła 1939-1945
Seria: Oblicza zła
Wydawnictwo: Prószyński i S-KA
Rok wydania: 2021
Liczba stron: 848
Moja ocena: 8/10

Drugi tom monumentalnej biografii autorstwa Volkera Ulricha, „Hitler. Upadek zła 1939–1945”, był dla mnie jedną z najbardziej wyczekiwanych lektur ostatniego czasu. Po znakomitym pierwszym tomie moje oczekiwania były naprawdę bardzo duże – liczyłem na równie wciągającą, przemyślaną i odkrywczą kontynuację. I choć w wielu momentach książka spełniła te nadzieje, nie mogę powiedzieć, że w pełni mnie usatysfakcjonowała.
Volkera Ulricha nadal czyta się jako autora niezwykle kompetentnego, który potrafi spojrzeć na Hitlera nie tylko jako na symbol zła, ale też jako człowieka funkcjonującego w określonym systemie politycznym i społecznym. Podobało mi się szczególnie to, jak autor ukazuje zmieniający się stosunek Niemców do Führera – od niemal bezkrytycznego uwielbienia po stopniowy rozpad jego mitu. To jeden z najmocniejszych elementów książki.
Z dużym zainteresowaniem śledziłem również fragmenty poświęcone życiu prywatnemu Hitlera – jego zdrowiu, relacjom z Ewą Braun czy napięciom wśród najbliższych współpracowników. Ten bardziej osobisty wymiar biografii zdecydowanie działa na plus i sprawia, że narracja staje się pełniejsza. Nie do końca odpowiadało mi natomiast ograniczenie wątków związanych z Holokaustem. Oczywiście temat ten wciąż jest obecny, ale miałem wrażenie, że w porównaniu z pierwszym tomem został potraktowany nieco bardziej skrótowo. Dużo ciekawsze wydały mi się natomiast przytoczone przez autora listy niemieckich żołnierzy z frontu wschodniego – ich szczerość i brutalność robią ogromne wrażenie i dodają książce autentyczności. Największy problem miałem jednak z nierównym tempem narracji. Początkowe rozdziały – obejmujące lata 1939–pierwszą połowę 1941 roku – były dla mnie zdecydowanie zbyt rozwlekłe. Momentami miałem wrażenie, że czytam coś, co już dobrze znam, a przy tym podane jest to w dość przegadanej formie. W tej części książki trochę się zawiodłem. Z kolei fragmenty dotyczące wojny ze Związkiem Sowieckim aż do zamachu w Wilczym Szańcu czytało mi się znacznie lepiej. Tutaj narracja nabiera tempa, jest bardziej dynamiczna i wciągająca – i właśnie w tych momentach czułem, że obcuję z książką na poziomie pierwszego tomu.
Niestety końcowe rozdziały ponownie nie do końca przypadły mi do gustu. Szczegółowe opisy walk na Odrze i w Berlinie były dla mnie zbyt rozbudowane. W pewnym momencie miałem wręcz wrażenie, że autor relacjonuje ostatnie dni Hitlera niemal godzina po godzinie, co zamiast budować napięcie, zaczęło mnie męczyć.
Ostatecznie książkę oceniam pozytywnie – podobała mi się i uważam ją za wartościową, ale jednocześnie czuję pewien niedosyt. Pierwszy tom zrobił na mnie większe wrażenie i był bardziej spójny jako całość. Drugi tom, mimo wielu świetnych fragmentów, jest po prostu mniej równy.
Na koniec warto wspomnieć o objętości – ponad 800 stron, z czego około 600 to właściwa treść, a reszta to przypisy, bibliografia i indeks. To pokazuje skalę pracy autora, którą zdecydowanie należy docenić, nawet jeśli nie wszystkie elementy tej książki trafiły w moje oczekiwania.


Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja

 

Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja

Autor: Karina Łagowska

Tytuł: Sonata jesienna na kota i wilkonczelę

Wydawnictwo: OdeSFa

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 522

Moja ocena 9/10


Wśród powieści wymykających się schematom i odważnie mieszających gatunki "Sonata jesienna na kota i wilkonczelę" autorstwa Karina Łagowska zdecydowanie wyróżnia się na tle współczesnej literatury.
Akcja toczy się na warszawskim Ursynowie i została podzielona na dwa momenty w czasie – rok 1994 oraz 2008. Głównymi bohaterami jest grupa dwunastolatków z jednej klasy: Mateusz, Felek, Artur „Byku”, Sonia i Agata. Łączy ich silna przyjaźń i wspólne spędzanie czasu. Na początku wszystko wydaje się zwyczajne, ale to właśnie ta codzienność ma znaczenie. Autorka dobrze oddaje klimat lat 90. – dzieci biegające po osiedlu, proste rozmowy i swobodę, jakiej dziś trochę brakuje.
Niewyjaśniona choroba jednej z bohaterek, ekscentryczny Henryk oraz pojawienie się wilkonczeli – dziwnej istoty będącej połączeniem wilka i wiolonczeli – sprawiają, że historia skręca w stronę horroru i science fiction. Pojawiają się też Kataryniarze i tajemniczy Czarny Okręt. Mimo że brzmi to nietypowo, całość jest spójna i dobrze poprowadzona.
Największą siłą tej powieści są bohaterowie. Każde z dzieci ma swój charakter, historię i ciężar, który niesie. Szczególnie zapadł mi w pamięć Struna – osiedlowy bandzior, który ma „łeb jak sklep” – oraz Felek, postać tragiczna, której po prostu nie da się nie współczuć. To właśnie przez ich perspektywę oglądamy makabryczne wydarzenia, których do końca nie rozumieją – i to nadaje historii dodatkowej głębi.
Styl Łagowskiej jest bardzo barwny, momentami wręcz poetycki. Autorka chętnie sięga po odniesienia do klasyki literatury, co dodaje tekstowi smaku, ale nie przytłacza. Co ważne, potrafi też świetnie balansować między grozą a refleksją – bo pod warstwą fantastyczno-horrorową kryje się opowieść o dorastaniu, traumie i tym, jak dzieciństwo potrafi odcisnąć piętno na całym życiu.
Nie jest to książka bez wad. Zbyt duże odstępy między akapitami (Prawdopodobnie wynika to z polityki wydawnictwa – mam inną książkę od tego samego wydawcy i tam również pojawiają się duże odstępy między akapitami). i momentami bardzo rozbudowane bloki tekstu mogą wybijać z rytmu. Trafiają się też literówki. Na szczęście są to rzeczy czysto techniczne, które nie psują przyjemności z czytania.
„Sonata jesienna…” to historia dla tych, którzy nie boją się gatunkowych eksperymentów i lubią, kiedy książka zostawia po sobie lekki niepokój. Trochę straszy, trochę wzrusza, a momentami zmusza do refleksji. I co najważniejsze – zostaje w głowie na dłużej.

Magiczny kompas, recenzja

Magiczny kompas, recenzja



Autor: Anett Lievre, Camille O'Naill, Daria Smolarek, Ewa Gralli, Ewa Maciejczuk, Ewelina Domańskiej, Justyna Chmiel, M.W. Jasińska, Natalia Hermansa, PaulaUzarek, Paulina Grabara, Sandra Czoik

Tytuł: Magiczny kompas

Wydawnictwo: Nie powiem

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 324

Moja ocena 7/10

Antologie mają to do siebie, że oferują różnorodność, ale rzadko utrzymują równy poziom. „Magiczny Kompas”, zbiór opowiadań autorstwa m.in. Anett Lievre, Camille O'Naill, Darii Smolarek, Ewy Gralli, Ewy Maciejczuk, Eweliny Domańskiej, Justyny Chmiel, M.W. Jasińskiej, Natalii Hermansy, Pauli Uzarek, Pauliny Grabary i Sandry Czoik, dobrze wpisuje się w ten schemat – choć całość wypada całkiem przyjemnie. Motywem przewodnim jest fantasy często łączone z romansem. I tu pojawia się problem – dla mnie tego romansu było momentami za dużo. Część historii bardziej skupia się na relacjach niż na fabule, co nie zawsze działa na ich korzyść.
Na szczęście pojawiają się wyjątki. „Renifer” Ewy Gralli to baśń z morałem, która wyróżnia się na tle reszty. Najbardziej zapadły mi w pamięć opowiadania Pauliny Grabary, Natalii Hermansy oraz Camille O'Naill miały w sobie szczyptę grozy co dodało im nieco pikanterii. Dużym plusem jest mapa z zaznaczonymi miejscami akcji. To drobny, ale bardzo klimatyczny dodatek, który spaja cały zbiór. Poziom – jak to w antologii – jest nierówny. Obok tekstów wciągających są też po prostu poprawne, ale nie traktuję tego jako większej wady.
„Magiczny Kompas” czyta się lekko. Sam sięgałem po dwa opowiadania między innymi książkami, co dobrze się sprawdziło i pozwoliło uniknąć znużenia. To przyjemna, choć nierówna antologia – najlepsza dla fanów lekkiego fantasy z wyraźnym wątkiem romantycznym.


Brandon Sanderson, Idealny stan, recenzja

 

Brandon Sanderson, Idealny stan, recenzja

Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Idealny stan
Wydawnictwo: Wydawnictwo MAG
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 96
Moja ocena 6/10


„Idealny Stan” autorstwa Brandona Sandersona to historia na jedno posiedzenie – dosłownie kilkadziesiąt stron. Poznajemy Kairominasa, Bóg-Cesarza, który osiągnął absolutną władzę nad swoim światem. Pokonał wrogów, opanował magię i właściwie nie ma już nic do zdobycia. Aż nagle musi… iść na randkę z równie potężną władczynią z innego świata. I to właśnie ten punkt wyjścia jest jednym z ciekawszych elementów całej historii Sanderson sprawnie miesza tu fantasy z science fiction. Całość momentami przypomina Matrix czy Labirynt odbić.
Największy problem? Długość. Świat przedstawiony – tytułowe „Stany” – jest interesujący, ale ledwo zarysowany. Opisy są, ale raczej szczątkowe. Czytając, miałem wrażenie, że aż prosi się o więcej szczegółów: historia, zasad działania świata, jego historii czy mechaniki. Tym bardziej że Sanderson przyzwyczaił do dużo większego rozmachu.
Podobnie jest z bohaterami. Kai na początku potrafi irytować – zachowuje się trochę jak dziecko bawiące się władzą. Z czasem zyskuje, ale trudno powiedzieć, żeby była to jakaś głęboka czy szczególnie zapadająca w pamięć postać. Relacja z jego „randką” też ma potencjał, który nie do końca został wykorzystany.
„Idealny stan” to więc książka poprawna, z ciekawym pomysłem, ale wyraźnie zbyt krótka, by rozwinąć skrzydła. Dla mnie to najsłabsza rzecz Sandersona, jaką czytałem – nie dlatego, że jest zła, tylko dlatego, że przyzwyczaił mnie do znacznie lepszych historii. Można przeczytać, ale też bez większych emocji po zamknięciu książki.

Magdalena Sobota, Żywok, recenzja

Magdalena Sobota, Żywok, recenzja

 
 Autor: Magdalena Sobota
Tytuł: Żywok
Wydawnictwo: Wydawnictwo Książkowe HM
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 434
Moja ocena 1010



„Żywok” Magdaleny Soboty to powieść, którą trudno zamknąć w jednym gatunku. Choć na pierwszy rzut oka można ją uznać za horror o potworze zamieszkującym bieszczadzkie lasy, w rzeczywistości jest to przede wszystkim opowieść o ludziach, ich relacjach, tajemnicach i ciężarze przeszłości.
Już od pierwszych stron miałem wrażenie, że wchodzę w zupełnie inny świat. Zimowe góry, cichy las i spokój, który wcale nie daje poczucia bezpieczeństwa. Raczej ma się wrażenie, że gdzieś w tle czai się coś, czego nie chcemy spotkać. Ten klimat bardzo szybko mnie wciągnął. Z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej wchodziłem w tę historię i świat przedstawiony przez autorkę.
Punktem wyjścia jest przyjazd młodej studentki Inki do babci mieszkającej w niewielkiej górskiej wsi Paportynki. Dziewczyna nie ma pojęcia, jak wiele tajemnic kryje to miejsce – ani jak wiele przemilczeń kryje sama jej rodzina. Równolegle poznajemy Wojtka, samotnego leśnika obdarzonego niezwykłym darem – potrafi dostrzec rzeczy, których inni nie widzą. Gdy w okolicy zaczynają ginąć ludzie, tylko on rozumie, że w górach rozpoczęło się coś znacznie bardziej niepokojącego niż zwykła seria tragicznych wydarzeń.
Co jednak ciekawe tytułowy Żywok wcale nie jest w tej powieści najważniejszy. Owszem, jego obecność unosi się nad całą historią niczym cień, ale książka Magdaleny Soboty przede wszystkim opowiada o ludziach. O mieszkańcach Bieszczad, ich codzienności, troskach, relacjach rodzinnych i sąsiedzkich. Tragedie i zbrodnie są tutaj raczej tłem niż głównym motorem fabuły. Dlatego też ta powieść to dla mnie bardziej połączenie dramatu i horroru – i to zdecydowanie w tej kolejności. Ogromnym atutem książki są jej bohaterowie. Najbardziej zapadli mi w pamięć oczywiście Wojtek i Inka. Wojtek to postać niezwykle interesująca – samotnik balansujący gdzieś na granicy między intuicją a czymś, co inni mogliby nazwać szaleństwem. Jego samotność, wewnętrzne napięcie i świadomość tego, co nadchodzi, tworzą bardzo przejmujący portret człowieka, który widzi więcej niż powinien. Inka z kolei wnosi do historii zupełnie inną energię. Jej relacja z matką, problemy z chłopakiem i próba odnalezienia się w świecie, który nagle okazuje się znacznie bardziej skomplikowany niż sądziła. Warto też wspomnieć o bohaterach drugoplanowych. Babcia Joanna czy Karolowa nie są tylko dodatkiem do fabuły – każda z tych postaci ma w sobie coś autentycznego i wnosi wartość do całej powieści. Bardzo podobała mi się także wielowątkowość tej historii. Autorka porusza wiele tematów: toksyczne relacje rodzinne, samotność prowadzącą na skraj obłędu, stare tradycje i zabobony wciąż obecne w życiu mieszkańców górskich wsi. Do tego dochodzi jeszcze bardzo ciekawie zarysowany kontrast między dawnymi czasami a współczesnością.
W mojej ocenie „Żywok” stawia przede wszystkim na klimat. Duszna atmosfera wsi, tajemnice skrywane przez mieszkańców i las, który zdaje się patrzeć na wszystko z milczącą cierpliwością – to właśnie te elementy budują napięcie. Tempo bywa spokojne, ale napięcie rośnie konsekwentnie, niemal niezauważalnie. Podczas czytania bardzo mocno działały na mnie również opisy przyrody. Bieszczadzkie lasy, góry i rozrzucone pośród nich niewielkie osady zostały przedstawione niezwykle plastycznie. Nieraz łapałem się na tym, że wyobrażam sobie życie w takim miejscu – ciszę, przestrzeń i bliskość natury. Z drugiej strony szybko pojawiała się też druga myśl: brak zasięgu, Internetu i wielu codziennych wygód byłby dla mnie, mieszczucha, prawdopodobnie nie do przeskoczenia.
To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Magdaleny Soboty, ale mam ogromną nadzieję, że nie ostatnie. Jej styl okazał się dla mnie bardzo przystępny, a sama powieść czytało mi się znakomicie. W historię wciągnąłem się naprawdę szybko i z dużą przyjemnością wracałem do niej każdego dnia.
 

Obscura, tom 1, recenzja

Obscura, tom 1, recenzja


Autor: Bartłomiej Fitas, Michał Pleskacz, Piotr Barej, Jakub Gańko, Przemysław Cichoń, Agata Poważyńska, Agnieszka Biskup, Dagmara Adwentowska, Patrycja Żurek, Adrian Konopka, Anita Kurowska, Bartłomiej Grubich, Piotr T. Dudek, Katarzyna Sikora-Borowiecka, Damian Cieślik, Grzegorz Kopiec

Tytuł: Obscura
tom: 1
Wydawnictwo: Phantom Books Horror
Rok wydania: 2020
Liczba stron: 326
Moja ocena 7/10


Antologia „Obscura. Tom 1” od dłuższego czasu kurzyła mi się na półce. W końcu przyszedł jednak dzień, kiedy postanowiłem po nią sięgnąć – i był to całkiem dobry wybór.
Książka składa się z szesnastu opowiadań grozy napisanych przez różnych autorów. Już po kilku tekstach widać, że twórcy podeszli do tematu w bardzo różny sposób. Znajdziemy tu zarówno bardziej subtelną, klimatyczną grozę, jak i opowiadania ocierające się o body horror czy nawet momentami o gore. Historie poruszają wiele tematów, jednak nie chcę zdradzać szczegółów, żeby nie psuć nikomu przyjemności z odkrywania ich samodzielnie.
Najbardziej zapadły mi w pamięć trzy opowiadania: „Bądź moim przyjacielem” Piotra Bareja, „Czerwone korale” Anity Kurowskiej oraz „Miasteczko porzuconych nadziei” Grzegorza Kopca. Każde z nich buduje niepokojący klimat na swój własny sposób i pokazuje, jak różnorodna potrafi być literacka groza.
W przypadku części autorów było to moje pierwsze spotkanie z ich twórczością i myślę, że nie ostatnie. Antologie mają tę zaletę, że pozwalają poznać wielu pisarzy naraz – i „Obscura” dobrze spełnia tę rolę.
Nie wszystkie opowiadania zapadły mi w pamięć w równym stopniu, ale całość czytało się przyjemnie. To zbiór, który może zainteresować zarówno osoby już lubiące grozę, jak i tych, którzy dopiero chcą rozpocząć swoją przygodę z tym gatunkiem.

Autorzy i opowiadania w tomie:


Bartłomiej Fitas – Echo zza grobu
Michał Pleskacz – Mój ojciec nekromaniak
Piotr Barej – Bądź moim przyjacielem
Jakub Gańko – Serce wieloryba
Przemysław Cichoń – Smród nad wysypiskiem
Agata Poważyńska – Ślepnę
Agnieszka Biskup – Mięso
Dagmara Adwentowska – Ocet czterech złodziei
Patrycja Żurek – Swoją własną bronią
Adrian Konopka – Przysmak
Anita Kurowska – Czerwone korale
Bartłomiej Grubich – Tramwajem numer sześć wjechałem na pętlę
Piotr T. Dudek – Nieznośny ciężar bytu
Katarzyna Sikora-Borowiecka – Szczyt
Damian Cieślik – Cykl robaka
Grzegorz Kopiec – Miasteczko porzuconych nadziei


„Obscura. Tom 1” to ciekawa antologia, która pokazuje, jak szerokim i różnorodnym gatunkiem jest literacka groza. Jeśli lubicie krótkie, mroczne historie – warto dać jej szansę.

Dan Simmons, Pieśń bogini Kali, recenzja

Dan Simmons, Pieśń bogini Kali, recenzja


 Autor: Dan Simmons
Tytuł: Pieśń bogini Kali
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2021
Liczba stron: 290
Moja ocena 7/10


Akcja powieści przenosi czytelnika do Kalkuty lat 70. XX wieku. To miasto przedstawione jest jako ogromne, duszne i przytłaczające miejsce, pełne kontrastów. Z jednej strony fascynuje swoją historią, z drugiej przeraża biedą, chorobami i codziennym cierpieniem mieszkańców.
Głównym bohaterem jest
Robert Luczak, Amerykanin polskiego pochodzenia, który przyjeżdża do Kalkuty razem z żoną Amritą i małą córeczką Wiktorią. Jako wysłannik amerykańskiego czasopisma literackiego ma zdobyć prawa do publikacji nowego poematu słynnego indyjskiego poety – M. Dasa. Problem w tym, że poeta od kilku lat uznawany jest za zmarłego. Poszukiwania szybko prowadzą Luczaka w sam środek niebezpiecznej intrygi związanej z wyznawcami krwawej bogini Kali.
To moje czwarte spotkanie z twórczością Dana Simmonsa. Wcześniej czytałem znakomity „Terror”, dość przeciętnego „Hyperiona” oraz bardzo słabą „Abominację”. Z tego powodu do „Pieśni bogini Kali” podszedłem z umiarkowanym optymizmem i ciekawością, jak wypadnie debiutancka powieść autora.
Powieść napisana jest w formie wspomnień głównego bohatera. Już na początku Luczak stwierdza, że po wydarzeniach, których był świadkiem, Kalkuta powinna zostać zniszczona w atomowej pożodze. Taki wstęp od razu budzi ciekawość i sprawia, że trudno odłożyć książkę na bok.
Dan Simmons sporo miejsca poświęca opisowi miasta, jego mieszkańców oraz lokalnej kultury. Nie unika przy tym mocnych scen i brutalnych obrazów codzienności. Opisy biedy i przemocy potrafią być naprawdę poruszające, a jednocześnie pokazują, jak skomplikowane jest życie w świecie zdominowanym przez tradycję i system kastowy.
Obok tego rozwija się historia rodziny Luczaków i wątek nadprzyrodzony. Mam jednak wrażenie, że elementy grozy mogłyby być nieco bardziej dopracowane. Brakowało mi momentami większej tajemnicy, bo część rzeczy zostaje ujawniona zbyt szybko. Również zakończenie wydaje się trochę zbyt długie.
Mimo tych drobnych zastrzeżeń „Pieśń bogini Kali” to ciekawa i klimatyczna powieść. Szczególnie warto docenić fakt, że jak na debiut Simmons wykonał dużą pracę, aby wiarygodnie przedstawić realia Indii i atmosferę Kalkuty. To książka, która potrafi wciągnąć i na długo zostawia czytelnika z niepokojącymi obrazami w głowie.

Paweł Famus, Zemścior, recenzja

Paweł Famus, Zemścior, recenzja


 Autor: Paweł Famus
Tytuł: Zemścior
Cykl: Szczynściorz, tom 2
Wydawnictwo: Selfpublishing
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 352
Moja ocena 8/10

„Zemścior” Pawła Famusa to druga odsłona cyklu "Szczynściorz", utrzymanego w konwencji urban fantasy. To książka, która od początku stawia na tempo i przygodę i sporą dawkę humoru
Spokój świata magów zostaje brutalnie przerwany. Planowany przed wiekami koniec świata ma nastąpić… za kilka dni. Czasu jest niewiele, a w samym środku wydarzeń znajduje się stary mag Zemścior. Szybko wychodzi na jaw, że nie tylko on próbuje odkryć przyczynę naruszenia osnowy magii. Śledztwo prowadzi bohaterów przez Europę – od Barcelony po Stambuł.
Na duży plus zasługuje świat przedstawiony. Autor konsekwentnie rozwija system magii: mamy magię głównego nurtu, żywiołów, zakazaną, a także nowoczesne techniki i potężne artefakty, które potrafią realnie zmienić bieg wydarzeń. To wszystko jest podane w przystępny sposób – bez zbędnych wykładów, raczej w trakcie akcji niż obok niej.
Na duży plus zasługuje wizja świata stworzona przez autora. To świat bogaty i barwny, pełen niespodzianek, cudów oraz magii. Największą siłą „Zemściora” pozostają jednak bohaterowie, a nowe postacie wypadają naprawdę bardzo dobrze.
Ewiwa – zmiennokształtna – to bohaterka z ogromnym potencjałem i zdecydowanie taka, której historię chciałoby się poznać głębiej w kolejnych tomach. Aurelia, elfka „śpiewająca do kotleta”, wnosi do powieści sporo humoru i luzu. Marcjusz, potężny mag z Barcelony, mimo swojej siły nie jest wolny od wpadek, co czyni go postacią bardziej ludzką. Po drugiej stronie stoi Semiran – wyrazisty czarny charakter, brutalny, bezwzględny i nienawykły do półśrodków. To antagonista, którego warto zapamiętać.
Książkę czytało mi się całkiem nieźle. Akcja pędzi do przodu, dużo się dzieje i nie ma miejsca na dłużyzny ani niepotrzebne przestoje. Autor wyraźnie stawia na dynamikę i przygodę – i ten zabieg się sprawdza. Dodatkowym atutem są elementy humorystyczne, które skutecznie rozładowują napięcie i nadają historii lekkości.
„Zemścior” to solidna i wciągająca kontynuacja serii Szczęściarz. Dla fanów urban fantasy, szybkiej akcji oraz barwnych bohaterów jest to pozycja zdecydowanie warta uwagi. Jeśli pierwszy tom przypadł Wam do gustu, tutaj bez problemu poczujecie się jak w domu.


Przemysław Budziński, Agonia Bursztynowych Ważek, recenzja

Przemysław Budziński, Agonia Bursztynowych Ważek, recenzja

Autor: Przemysław Budziński
Tytuł: Agonia Bursztynowych Ważek
Wydawnictwo: Abyssos
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 185
Moja ocena 10/10

W przypadku "Agonia bursztynowych ważek" Przemysława Budzińskiego naprawdę trudno nie mówić o czymś więcej niż tylko „dobrej książce”. To jest literackie wydarzenie – mroczne, bezkompromisowe, chwilami mocne aż do bólu, a przy tym niezwykle prawdziwe w opowieści o człowieku postawionym pod ścianą historii.
To moje czwarte spotkanie z twórczością Przemysława Budzińsiego – po „Szczecinowiercy”, „Kieszenie pełne ślimaków” oraz „Cisza roju. Insektorium Tom 1”. Jego styl jest rozpoznawalny: gęsty od emocji, dopracowany, świadomy. To nie jest proza „na szybko”. Trzeba jej poświęcić uwagę, ale w zamian dostaje się prawdziwą czytelniczą ucztę.
Akcja rozgrywa się na powojennym pograniczu Pomorza Zachodniego, w czasie, gdy wprowadzana jest polska administracja. Chaos, napięcie, brutalność codzienności – w takiej rzeczywistości spotykają się dawni niemieccy mieszkańcy i nowi osadnicy zza Buga. Budziński dzieli tę historię na cztery części, symbolicznie powiązane z jeźdźcami Apokalipsy: Wojną, Zarazą, Śmiercią i Głodem.
Pierwsze opowiadanie skupia się na żołnierzach niemieckich oddziałów Werwolf, którzy dopuszczają się mordów i grabieży na polskich osadnikach. Historyczny realizm jest tu bardzo surowy, ale autor przełamuje go wprowadzeniem motywu słowiańskiej wiedźmy. W drugim opowiadaniu trafiamy do obozu, gdzie niemieccy oprawcy znęcają się nad Cygankami. Trzecia część opowiada o Arturze uciekającym na Zachód przed własną przeszłością. Gdy dociera do Polic, musi w końcu zmierzyć się z losem i z samym sobą. To bardzo poruszająca historia o winie i pamięci. Ostatnie opowiadanie jest najbardziej symboliczne – opowiada o czworonogu ocalonym przed śmiercią przez tajemniczą istotę–organizm.
Jedną z największych zalet tej książki jest to, że nie ma tu prostych podziałów. Nie znajdziemy łatwego schematu: dobrzy Polacy, źli Niemcy czy Sowieci. Wszyscy są uwikłani w powojenną traumę, strach i potrzebę odwetu. Granice dobra i zła rozmywają się, a czytelnik musi sam zmierzyć się z niewygodnymi pytaniami. Jednocześnie Budziński nie odbiera swoim bohaterom człowieczeństwa – nawet w najbardziej mrocznych momentach.
W mojej ocenie „Agonia Bursztynowych Ważek” to nie jest lektura „do poduszki”. To powieść, którą się przeżywa i która zostawia po sobie niepokój – taki, który nie znika wraz z zamknięciem ostatniej strony. Przemysław Budziński po raz kolejny udowadnia, że jego proza to nie tylko literacka przyjemność, ale przede wszystkim mocne, długo rezonujące doświadczenie.

Poul Anderson, Podniebna krucjata, recenzja

Poul Anderson, Podniebna krucjata, recenzja

Autor: Paul Anderson
Tytuł: Podniebna krucjata
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 192
Moja ocena 8/10

„Podniebna krucjata” Paula Andersona to jedna z tych książek, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Autor bierze klasyczną powieść science fiction, dodaje do niej średniowiecznych rycerzy, krucjaty i humor, a potem miesza to wszystko w bardzo udany sposób. Efekt jest zaskakująco spójny i przede wszystkim bardzo przyjemny w lekturze.
Akcja rozpoczyna się w 1345 roku. Sir Roger de Tourneville zbiera rycerstwo, by wyruszyć na wojnę z Francją u boku króla Edwarda. W tym samym czasie w jego włościach w Ansby ląduje statek kosmiczny obcej rasy – Wersgorów, którzy chcą skolonizować Ziemię. Plan szybko się jednak komplikuje, bo średniowieczni Anglicy, wspierani duchowo przez brata Parvusa, okazują się przeciwnikiem znacznie groźniejszym, niż obcy się spodziewali. Gdy jeden z Wersgorów zostaje pojmany, sir Roger wpada na szalony pomysł: przejąć statek i wykorzystać go do przeprowadzenia krucjaty – najpierw przeciw Francji, a potem ku Ziemi Świętej.
To właśnie to zderzenie mentalności średniowiecznego rycerza z kosmiczną technologią jest największą siłą powieści. Anderson pokazuje, jak ludzie XIV wieku próbują zrozumieć coś, co zupełnie nie pasuje do ich świata, i robi to w sposób zabawny, ale też bardzo konsekwentny.
Sir Roger de Tourneville to postać szczególnie udana. Jest świetnym dowódcą i sprytnym strategiem, potrafi planować i przewidywać ruchy przeciwnika, ale jednocześnie całkowicie ulega swojej żonie, Lady Katarzynie. Ta z kolei jest chyba najbardziej irytującą osobą w całej książce – wiecznie niezadowolona, marudna i jawnie flirtująca z młodym rycerzem, sir Owainem. Flirt ten prowadzi niemal na oczach Rogera i tworzy pomiędzy całą trójką bardzo ciekawy… układ.
Cała historia opowiedziana jest w formie kroniki spisywanej przez brata Parvusa. To on relacjonuje większość wydarzeń, a tam, gdzie go nie było, opisuje je tak, jak „jego zdaniem mogło być”.
„Podniebna krucjata” to satyra na science fiction, ale też na klasyczne opowieści o krucjatach i rycerskiej chwale. Książka była na tyle popularna, że doczekała się ekranizacji w 1994 roku, w której zagrał m.in. John Rhys-Davies, jednak to właśnie powieść najlepiej oddaje jej humor i pomysłowość.
To lektura idealna dla osób, które lubią inteligentną komedię w stylu Monty Pythona, ale także dla tych, którzy szukają czegoś lżejszego pomiędzy trudniejszymi książkami. Dla mnie była to bardzo udana, odprężająca przygoda – zabawna, pomysłowa i po prostu dobrze napisana.
 


Paweł Lukas, Boskie więzienie. Loch, recenzja

Paweł Lukas, Boskie więzienie. Loch, recenzja

Autor: Paweł Lukas
Tytuł: Boskie więzienie. Loch
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 513
Moja ocena 10/10


Są takie książki, które od pierwszych stron wciągają bez reszty. „Boskie więzienie. Loch” Pawła Lukasa to właśnie jedna z nich – dynamiczna, mroczna i zaskakująca od której trudno się oderwać.
Jako fan klasycznych RPG w duchu Gothica czy The Elder Scrolls poczułem się tu jak w domu. Zaczynamy jako więzień. Jest propozycja nie do odrzucenia. Jest brutalny świat, którego zasady trzeba pojąć, by przeżyć. Aleks Kwiecień budzi się w mrocznym Babilonie, nad którym góruje monumentalne Yggdrasil. W jego wnętrzu znajduje się Loch – stu­piętrowa, śmiercionośna konstrukcja, którą Eksploratorzy przemierzają w zamian za spełnienie życzenia.
Pomysł z klasami postaci (Mysz, Królik, Kot, Sęp, Wilk, Niedźwiedź, Lew) zdobywaniem punktów doświadczenia, rozwojem umiejętności i bossami działa znakomicie, mnie wciągnęło natychmiast.
Ogromnym atutem książki jest międzynarodowa i międzyepokowa obsada. Bohaterowie pochodzą z Polski, Niemiec, Rosji, Słowacji, Anglii, Francji, Japonii, Ameryki i wielu innych krajów – a także z różnych epok i równoległych światów. Zderzenie mentalności i doświadczeń tworzy fascynującą mieszankę. Lukas sprawnie łączy fantasy z mitologią nordycką, grecką i Stary testament, dodając nutę grozy i science fiction. Walki z potworami – od krwiożerczych szczurów po przerażającego Szczurołaka – mają ciężar i klimat. Gdy w drużynie pojawia się sabotażysta, napięcie rośnie do granic możliwości.
Największą siłą powieści są jednak bohaterowie. Aleks przechodzi wiarygodną drogę od zagubionego chłopaka do kogoś, kto zaczyna rozumieć mechanizmy rządzące Lochem. Olaf Reichet, szef Cerbera, intryguje niejasnymi motywacjami i bezwzględnością. Lukrecja przyciąga tajemnicą, Jasper Jones przeraża czystym szaleństwem, a Zara Vaker – w moim odczuciu najciekawsza postać – łączy bezwzględność stratega z wewnętrznym zagubieniem. Każda z tych postaci ma własne cele, marzenia i demony.
Do tego dochodzą twisty, które naprawdę wywracają fabułę do góry nogami. Kilka razy byłem pewien, że wiem, dokąd to zmierza – i za każdym razem autor udowadniał mi, że się mylę. Akcja galopuje od pierwszej do ostatniej strony. Nie było tu fragmentu, który by mnie nużył.
Owszem, można znaleźć drobne błędy redaktorskie, ale przy pierwszym wydaniu jestem w stanie je wybaczyć – zwłaszcza przy tak ambitnym projekcie.
„Boskie więzienie. Loch” to mroczne fantasy z RPG-owym sercem, świetnym pomysłem i wciągającą realizacją. Jeśli kolejna część byłaby już dostępna, bez wahania sięgnąłbym po nią od razu.

Wanda Siubiela, Przyjaciółki z wirtualnego podwórka, recenzja

Wanda Siubiela, Przyjaciółki z wirtualnego podwórka, recenzja


Autor: Wanda Siubiela
Tytuł: Przyjaciółki z wirtualnego podwórka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Gaja
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 416
Moja ocena 7/10


„Przyjaciółki z wirtualnego podwórka” Wanda Siubiela to powieść, która zachwyca już od pierwszego kontaktu – twarda oprawa, lakierowany papier, wyraziste kolory i ilustracje sprawiają, że to jedna z tych książek, które cieszą oko jeszcze zanim zaczniemy czytać. Na szczęście za estetyką idzie także interesująca historia.
To nie jest thriller pędzący na złamanie karku, lecz historia o przyjaźni, odwadze i cenie prawdy, opowiedziana lekkim, bogatym językiem. Jeśli szukacie literatury bardziej refleksyjnej niż sensacyjnej, ta książka może Was pozytywnie zaskoczyć.
Opowieść zaczyna się od SMS-a, który otrzymuje Zofia – informacji o odnalezieniu ciała jej przyjaciółki Beaty, zaginionej kilka miesięcy wcześniej. Oficjalnie mówi się o samobójstwie, ale bohaterka nie wierzy w tę wersję. Dziennik i pendrive pozostawione przez Beatę stają się początkiem śledztwa prowadzącego z wielkopolskiego Kępna, aż do neonowego Tokio. Kontrast między kameralnym miasteczkiem, „gdzie wszyscy się znają”, a pełną masek metropolią wypada bardzo ciekawie.
To połączenie kryminału i powieści psychologicznej. Narracja skupia się głównie na emocjach Zofii – jej rozpaczy, poczuciu winy, gniewie i determinacji, by odkryć prawdę. Autorka dużo miejsca poświęca refleksjom o sensie życia, relacjach międzyludzkich oraz wpływie mediów społecznościowych – Facebooka, Instagrama czy TikToka – na budowanie więzi i poczucie własnej wartości. Wątek uzależnienia od social mediów jest aktualny i dobrze wpisuje się w temat książki. 
Akcja rozwija się raczej spokojnie, poprzez odsłanianie kolejnych warstw tajemnicy niż dynamiczne zwroty. Największe wrażenie zrobiły na mnie plastyczne opisy Japonii – zwłaszcza obrazy góry Fuji i ogrodów zen – które momentami były nawet mocniejsze niż sama warstwa kryminalna.

Iza Ryżek, Łzy niewiernego, recenzja

 

Iza Ryżek, Łzy niewiernego, recenzja

Autor: Iza Ryżek

Tytuł: Łzy niewiernego

Wydawnictwo: Wydawnictwo HM

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 492

Moja ocena 7/10


 

"Łzy niewiernego" autorstwa Izy Ryżek to książka, która nie próbuje imponować rozbudowanym światem, ani klasycznym rozmachem fantasy/science-fiction – zamiast tego skupia się na bohaterach postawionych pod ścianą i na wyborach, które niszczą, odbierają godność, dalekie są od honorowych rozwiązań. Autorka prowadzi czytelnika przez historię Varrena, który w desperackiej próbie ocalenia Averyn oddaje swoje życie w ręce totalitarnego państwa, zostając jednym z jego najlepszych żołnierzy.
To nie jest książka o bohaterstwie. To książka o przetrwaniu w świecie, który niszczy wszystkich – ofiary i katów. Akademia wojskowa pokazana jest jako miejsce systemowej deprawacji: przemoc, narkotyki, ciągłe intrygi, kumoterstwo, bezkarność oficerów. Szkoda jednak, że sam obraz państwa i wojny pozostaje w tle – kontekst polityczny mógłby być bogatszy.
Najmocniejszą stroną powieści są relacje między bohaterami. Varren i Averyn tworzą emocjonalne centrum fabuły – jego obsesja, by ją ocalić nawet wbrew jej woli. Równie ciekawy jest kontrast między Aurorą i Livią: pierwsza symbolizuje resztki normalności i ciepła, druga – świat donosów, spisków i przemocy.
Interesujący, choć zbyt słabo rozwinięty, jest motyw wszczepianych „serc” oraz magii, która pozostaje raczej tłem niż realną siłą fabularną. Podobnie tempo – Ryżek stawia bardziej na analizę emocji niż na dynamikę wydarzeń, co nie każdemu przypadnie do gustu. Styl jest solidny, choć ciężki – gęsty i poważny, dobrze oddający klimat świata, ale momentami męczący.
Łzy niewiernego to udane połączenie low fantasy i dystopii: świata, w którym magia nie ratuje, a największym zagrożeniem jest sam system. To książka niewygodna, ale właśnie dlatego zostaje w pamięci.

Robert A. Heinlein, Dubler, recenzja

Robert A. Heinlein, Dubler, recenzja

Autor: Robert A. Heinlein
Tytuł: Dubler
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2000
Liczba stron: 158
Moja ocena 8/10



„Dubler” Roberta A. Heinleina to książka, która na pierwszy rzut oka wygląda jak lekka, sensacyjna science fiction, ale bardzo szybko okazuje się czymś znacznie poważniejszym. Pod warstwą intrygi i futurystycznej otoczki kryją się pytania o władzę, odpowiedzialność i to, jaką cenę musi zapłacić zwykły człowiek, gdy zostanie wciągnięty w wielką politykę. Dodam tylko że to dla mnie już piąte spotkanie z twórczością Heinleina.
Akcja powieści rozgrywa się w roku 2100. Lawrence Smythe to przeciętny aktor, jeden z tych ludzi, którzy wciąż wierzą, że „ta jedna rola” odmieni ich życie. Los – a raczej polityczna intryga o międzyplanetarnej skali – daje mu taką szansę, choć w formie, której z pewnością się nie spodziewał. Po porwaniu charyzmatycznego lidera opozycji, Johna Bonefortea, Lawrence zostaje zmuszony do wcielenia się w jego rolę i tymczasowego zastąpienia go podczas kluczowego wydarzenia politycznego. Stawką jest zachowanie pokoju między Ziemią i Marsem.
Heinlein sprawnie łączy tu political thriller z science fiction. Intryga rozwija się powoli, a uwaga czytelnika skupia się na głównym bohaterze, który musi grać polityka, wiedząc, że jeden fałszywy gest lub źle dobrane słowo mogą mieć katastrofalne konsekwencje. Forma pierwszoosobowego pamiętnika dodatkowo wzmacnia to wrażenie – czytelnik niemal cały czas tkwi w głowie Lawrencea i obserwuje wszystkie wydarzenia jego oczami.
Czytając „Dublera”, trudno było mi uciec od skojarzenia z „Karierą Nikodema Dyzmy” – oczywiście w wersji science fiction i po amerykańsku. Motyw człowieka z przypadku, który dzięki splotowi okoliczności trafia na sam szczyt politycznej gry, jest tu wyraźnie obecny i stanowi jedno z ciekawszych źródeł interpretacji powieści.
Nie jest to jednak książka pozbawiona słabszych punktów. Z pewnym niedosytem przyjąłem fakt, że Heinlein nie rozwinął szerzej rywalizacji politycznej pomiędzy Partią Ekspansjonistyczną a Partią Ludzkości. Potencjał tego konfliktu jest ogromny, a przedstawione zostaje on raczej szkicowo, jako tło dla losów Lawrence’a, niż jako pełnoprawny temat analizy politycznej. Również język powieści nie porywa – jest poprawny, chwilami surowy, ale daleki od literackiego rozmachu znanego z najlepszych utworów autora.
Na koniec warto wspomnieć o stronie edytorskiej. Wydanie pozostawia wiele do życzenia: drobna czcionka i bardzo małe odstępy między wierszami znacząco obniżają komfort lektury, co przy książce wymagającej skupienia jest odczuwalne.
Mimo tych zastrzeżeń „Dubler” to powieść, którą zdecydowanie warto poznać – szczególnie jeśli ktoś interesuje się literaturą science fiction zahaczającą o politykę i mechanizmy władzy.


Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja

 
Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja


Autor: Harry Harrison
Tytuł: Filmowy wehikuł czasu
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 225
Moja ocena 8/10


„Filmowy wehikuł czasu” Harry’ego Harrisona okazał się dla mnie znakomitą odskocznią od lektur cięższych tematycznie. To książka sprawnie łącząca science fiction, satyrę i historyczną przygodę. Harrison bawi się konwencją, jednocześnie bardzo trafnie punktując absurdy świata filmu – i robi to w sposób, który mimo upływu ponad czterdziestu lat od pierwszego wydania wciąż pozostaje zaskakująco aktualny.
Dla mnie było to kolejne spotkanie z twórczością autora, którego znam już z takich tytułów jak „Planeta Śmierci” (obie części), „Przestrzeni! Przestrzeni!” czy „Planeta Przeklętych”. Harrison i tym razem nie zawodzi – pokazuje, że ma ogromne wyczucie rytmu opowieści i świetne poczucie humoru. Punktem wyjścia fabuły jest sytuacja rodem z hollywoodzkiego koszmaru: podupadłe studio Climactic stoi na skraju bankructwa, a jego szef daje producentowi Barneyowi Hendricksonowi… pięć dni na ukończenie wielkiego filmu, który ma uratować wytwórnię. Brzmi absurdalnie? Oczywiście – ale właśnie na tym polega siła tej powieści. Ratunkiem okazuje się cudowny wynalazek profesora Hewetta: wehikuł czasu. Dzięki niemu ekipa filmowa przenosi się do roku 1003, by nakręcić „hiperrealistyczny” film o wikingach, którzy odkryli Amerykę na długo przed Kolumbem. Wszystko to w oszałamiającym technikolorze i… najlepiej w jeden weekend.
Jednym z największych atutów książki są bohaterowie – wyraziści, karykaturalni, ale bardzo łatwi do polubienia. Wiking Ottar, który zgadza się zagrać w filmie w zamian za butelkę whisky dziennie. Barney Hendrickson, reżyser, który nakręcił 73 filmy i żaden nie był dobry. Jest jeszcze profesor Hewett, genialny naukowiec tak bardzo pochłonięty teorią czasu i przestrzeni, że momentami sam gubi się we własnych wyjaśnieniach.
Na duży plus zasługuje tempo narracji. Harrison świetnie oddaje gorączkową atmosferę pracy na planie filmowym, presję czasu i chaos twórczy. Dużo się dzieje, dialogi są żywe, a kolejne komplikacje pojawiają się z odpowiednią częstotliwością, dzięki czemu książkę czyta się szybko i z wyraźną przyjemnością. Nie ma tu dłużyzn ani momentów przestoju.
Mimo lekkiej formy autor celnie punktuje patologie i nonsensy Hollywood – pogoń za zyskiem, fikcję „wielkiego dzieła”, improwizację podszytą desperacją. Przeniesienie tych mechanizmów do realiów XI wieku działa znakomicie i wydobywa satyryczny potencjał opowieści.
„Filmowy wehikuł czasu” to książka, która bawi, odpręża i poprawia humor. Jest klimatyczna, dynamiczna i bardzo świadoma swojej konwencji. Nie sili się na wielkie filozoficzne tezy, ale oferuje solidną, inteligentną rozrywkę – dokładnie taką, jakiej czasem potrzeba najbardziej. Oceniam ją bardzo pozytywnie i z czystym sumieniem polecam każdemu, kto ma ochotę na science fiction z przymrużeniem oka, sporą dawką satyry i historycznym twistem.

Franciszek M. Piątkowski, Zamawiacz, recenzja

 

Autor: Eric Frank Russell  Tytuł: Osa  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis  Rok wydania: 2021  Liczba stron: 224  Moja ocena 7/10

Autor: Franciszek M. Piątkowski

Tytuł: Zamawiacz

Wydawnictwo: Self-publishing

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 309

Moja ocena 9/10


„Zamawiacz” Franciszka M. Piątkowskiego to powieść, która swobodnie łączy kilka gatunków. Kryminał, urban fantasy i słowiańska mitologia spotykają się tu w jednej historii, tworząc opowieść mroczną, a jednocześnie bardzo przystępną i wciągającą. To książka, która nie tylko sprawnie prowadzi fabułę, lecz także konsekwentnie buduje własny świat i wyraźnie pokazuje, że nie jest kolejną odsłoną Uniwersum Powiernika, lecz samodzielną, autonomiczną historią. 
W mrożących krew w żyłach okolicznościach ginie młoda kobieta, Bogna. Jej chłopak, Miłosz Siemion, zostaje wrobiony w dokonanie tej zbrodni. Prokurator Michał Grela oraz komisarz Agata Modrzejewska próbują rozwikłać sprawę, która bardzo szybko wymyka się racjonalnym ramom. Fakty nie chcą się połączyć w logiczną całość, a główny podejrzany opuszcza komisariat w tajemniczych okolicznościach. W tle pojawiają się ludzie w szarych garniturach oraz słowiańskie potwory, które próbują przejąć kontrolę nad Zamawiaczem.
W mojej ocenie jednym z największych atutów „Zamawiacza” jest świetnie poprowadzony wątek kryminalny. Z jednej strony mamy duet śledczych – prokuratora i policjantkę – którzy starają się zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Z drugiej strony głównego bohatera, który również próbuje dotrzeć do prawdy. Co istotne, Miłosz nie działa w pojedynkę – pomaga mu osobliwa drużyna zaprzyjaźnionych potworów. Akcja powieści rozwija się w dobrze dobranym tempie: dynamiczne, intensywne sceny przeplatają się z wolniejszymi fragmentami.
Bardzo ciekawie wypada porównanie „Zamawiacza” z „Powiernikiem”. Znając wcześniejsze książki Franciszka M. Piątkowskiego, łatwo było założyć, że otrzymamy kolejną odsłonę znanego już świata. Tymczasem autor wyraźnie poszedł w inną stronę. Różnice między tymi uniwersami są znaczące i szybko dają się odczuć. W „Powierniku” słowiańskie istoty funkcjonowały raczej na uboczu – niewidoczne dla zwykłych ludzi. W „Zamawiaczu” jest odwrotnie: żyją tuż obok nas, są częścią codzienności i realnie wpływają na to, co dzieje się w świecie ludzi.
Na plus wypadają także drobne elementy humorystyczne, które skutecznie przełamują mroczny klimat powieści. Świetnym przykładem jest motyw Biedy, pracującej jako dyrektor sieci aptek w Lublinie – i, co szczególnie zabawne, radzącej sobie finansowo całkiem dobrze. Równie interesująco wypada wątek operacji przeprowadzanej przez doktor Agnieszkę, który zapada w pamięć.
„Zamawiacz” to słowiański kryminał urban fantasy, po który zdecydowanie warto sięgnąć. Książka zostawia czytelnika z wyraźnym poczuciem niedosytu i autentyczną ciekawością tego, co wydarzy się dalej. Ja na kontynuację tej historii czekam z dużym zainteresowaniem.


William Hope Hodgson, Kraina Nocy, recenzja

William Hope Hodgson, Kraina Nocy, recenzja

Autor: William Hope Hodgson

Tytuł: Kraina Nocy

Wydawnictwo: Wydawnictwo IX

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 586

Moja ocena 5/10



„Kraina nocy” Williama Hope’a Hodgsona to powieść radykalnie inna od większości znanych utworów z pogranicza grozy, science fiction i postapokalipsy. I właśnie w tej inności tkwi zarówno jej największa siła, jak i zasadniczy problem. Z jednej strony mamy do czynienia z dziełem absolutnie wyjątkowym pod względem wyobraźni i skali wykreowanego świata, z drugiej – z książką archaiczną, stylistycznie męczącą i boleśnie monotonną. To lektura, która pozostawia po sobie bardzo ambiwalentne wrażenia.

Już na poziomie wydania „Kraina nocy” potrafi przyciągnąć uwagę. Klimatyczna grafika doskonale współgra z ponurą, kosmiczno-egzystencjalną wizją świata przedstawionego. Sam koncept jest jednym z tych, które zapadają w pamięć na długo: martwa planeta pogrążona w wiecznej nocy, wygasłe Słońce i resztki ludzkości skupione w gigantycznej metalowej piramidzie liczącej ponad 1300 pięter. Konstrukcja ta chroniona jest przez tzw. „prąd ziemski” – pole energetyczne, które uniemożliwia zbliżenie się potworom, mutantom i nieokreślonym siłom ciemności, a jednocześnie zapewnia energię do funkcjonowania całej struktury. Żywność pochodzi z podziemnych plantacji sięgających setki mil w głąb planety. To wizja schyłku cywilizacji doprowadzona do logicznego i przerażającego ekstremum.

Świat na zewnątrz piramidy jest bezsprzecznie jednym z najmocniejszych elementów powieści. Hodgson z dużą plastycznością kreśli krajobraz wiecznej nocy: przepaści, uskoki, rzeki magmy oraz odległe gwiazdy stanowiące jedyne źródła światła w tym martwym świecie. Grasujące tam potwory – często tylko sugerowane, nie do końca opisane – działają na wyobraźnię znacznie silniej niż dosłowny horror. „Kraina nocy” nie straszy nagłymi atakami czy tanimi efektami. Jej groza opiera się na ciszy, bezkresie i mroku. To horror kosmiczny i egzystencjalny, melancholijny w tonie, wyraźnie zapowiadający to, co później rozwiną inni twórcy – z H.P. Lovecraftem na czele.

Niestety, wszystkie te atuty toną w formie, która dla współczesnego czytelnika może okazać się bardzo trudna do przebrnięcia. „Kraina nocy” to powieść pisana na początku XX wieku, utrzymana w specyficznym, archaicznym stylu, całkowicie pozbawiona dialogów. Narracja jest gęsta, rozwlekła i często nużąca. Hodgson z niemal obsesyjną dokładnością opisuje kolejne etapy marszu w ciemności: nieustanne nasłuchiwanie, obserwowanie niewyraźnych świateł, wypatrywanie nienazwanych zagrożeń. Początkowo buduje to napięcie, lecz z czasem zamienia się w monotonię, która skutecznie wyczerpuje czytelnika.

Problemem jest również sama fabuła. Jest ona boleśnie szczątkowa. Nie poznajemy nawet imienia głównego bohatera – wiemy jedynie, że w swoim „pierwszym” życiu był bogatym angielskim ziemianinem. Jego ukochana nosi imię Mirdath, a w odległej przyszłości, w piramidzie, jej odpowiednikiem jest Naani. Po śmierci Mirdath książka gwałtownie zmienia rejestr i przenosi akcję do dalekiej przyszłości, w której Słońce dawno już zgasło. Od tego momentu narracja skupia się niemal wyłącznie na wyprawie Narratora z wielkiej piramidy do mniejszej, w celu odnalezienia i sprowadzenia ukochanej z powrotem. I właściwie… niewiele więcej się tu dzieje.

Przy objętości 586 stron książka sprawia wrażenie sztucznie rozdętej. Bez większego uszczerbku dla świata przedstawionego i wymowy całości można by ją skrócić o jedną trzecią. Bogactwo opisów zmian, jakie zaszły na planecie po wygaśnięciu Słońca, nie rekompensuje braku wyraźnie rozwiniętej fabuły i dramaturgii. Monotonia narracji zabija napięcie, a lektura momentami przypomina wyczerpujący marsz – bardzo podobny do tego, który odbywa sam bohater.

Nie sposób jednak odmówić „Krainie nocy” ogromnego znaczenia historycznoliterackiego. Wielu badaczy uznaje ją za fundament podgatunku science fiction określanego mianem „Umierającej Ziemi” i trudno się z tym nie zgodzić. To powieść pełna fascynujących, dziwacznych i odważnych pomysłów, które zdecydowanie wyprzedzały swoją epokę. Szczególnie pierwsza połowa książki potrafi zachwycić rozmachem wizji i atmosferą schyłku wszystkiego, co znane.

Podsumowując: „Kraina nocy” to dzieło ważne, ambitne i skrajnie nieprzystępne. Nie próbuje przypodobać się czytelnikowi i nie idzie na żadne kompromisy – co jednych zachwyci, a innych skutecznie zniechęci. Dla mnie to książka o ogromnym potencjale wyobraźni, niestety w dużej mierze zmarnowanym przez monotonię, archaiczną formę i niemal szczątkową fabułę. Doceniam jej wpływ na rozwój gatunku, jednak jako doświadczenie czytelnicze pozostawiła mnie bardziej zmęczonym niż poruszonym. 5/10.