Marcin Halski, Sołtys. Pierwsze demony, recenzja
Z twórczością Marcina Halskiego miałem już okazję spotkać się wcześniej przy takich książkach jak „Czas Zaślepionych”, „Bezdomność all inclusive” czy „Laleczki”. Wszystkie wspominam bardzo dobrze, dlatego po „Sołtysa. Pierwsze demony” sięgnąłem z dużymi oczekiwaniami. Na szczęście autor po raz kolejny nie zawiódł.
Michał Klimaszewski, Przeklęty, recenzja
Autor: Michał KlimaszewskiTytuł: PrzeklętyWydawnictwo: Nie powiemRok wydania: 2025Liczba stron: 312Moja ocena: 7/10
Po bardzo udanym spotkaniu z „Dawcą” Michała Klimaszewskiego miałem wobec
„Przeklętego” całkiem spore oczekiwania. Debiutancka powieść autora pokazała,
że potrafi on budować atmosferę niepokoju i sprawnie prowadzić fabułę, dlatego
z ciekawością sięgnąłem po jego kolejną historię. Tym razem Klimaszewski
zabiera czytelników w świat wilkołaczej klątwy, gdzie granica pomiędzy
człowiekiem a bestią staje się coraz bardziej niewyraźna.
Mateusz Adamek jest zwyczajnym chłopakiem tuż po maturze. Pracuje,
spotyka się ze znajomymi i nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wszystko
zmienia się podczas samotnego wyjazdu nad jezioro. Atak wilkołaka na zawsze
odmienia jego życie. Choć udaje mu się przeżyć, zostaje naznaczony przez bestię
i sam zaczyna się zmieniać. Początkowo nowe możliwości wydają się
błogosławieństwem. Nadludzka siła, wyostrzone zmysły, pewność siebie – Mateusz
staje się kimś zupełnie innym niż wcześniej. Problem w tym, że wraz z nowymi
zdolnościami budzi się w nim coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Dzika
natura zaczyna stopniowo przejmować kontrolę nad jego życiem.
Czytając „Przeklętego”, zastanawiałem się, czy autor zaproponuje nowe
spojrzenie na motyw wilkołaka. Otrzymujemy historię dość mocno osadzoną w
klasycznym schemacie człowieka naznaczonego klątwą, który coraz bardziej
zatraca się pod wpływem drzemiącej w nim bestii. Na plus należy jednak zaliczyć
fakt, że Klimaszewski poświęca więcej uwagi psychologicznej stronie przemiany
bohatera. Interesują go nie tylko fizyczne konsekwencje ataku, ale również
zmiany zachodzące w charakterze i osobowości Mateusza. Autor pokazuje jego
próby zrozumienia własnej natury oraz walkę z instynktami, które z każdym dniem
stają się coraz silniejsze.
Powieść luźno nawiązuje również do wydarzeń znanych z „Dawcy”. Pojawia
się policjant mający za sobą problemy związane z narkotykami i to właśnie jego
wątek wzbudził moje największe zainteresowanie. Szkoda, że autor nie poświęcił
mu więcej miejsca, ponieważ był to bohater, który mógłby wnieść do historii
dodatkową głębię, a być może nawet udźwignąć rolę głównego protagonisty.
Największym atutem „Przeklętego” pozostaje jednak styl autora.
Klimaszewski pisze lekko, dynamicznie i bardzo przystępnie. Akcja rozwija się
szybko, nie ma tutaj wielu dłużyzn, a kolejne rozdziały zachęcają do dalszego
czytania.
„Przeklęty” to sprawnie napisane połączenie kryminału, thrillera i
horroru. Nie zaskakuje szczególnie fabularnie i nie wykracza daleko poza dobrze
znane schematy opowieści o wilkołakach, ale nadrabia tempem, atmosferą i
przyjemnym stylem narracji.
Po bardzo udanym spotkaniu z „Dawcą” Michała Klimaszewskiego miałem wobec
„Przeklętego” całkiem spore oczekiwania. Debiutancka powieść autora pokazała,
że potrafi on budować atmosferę niepokoju i sprawnie prowadzić fabułę, dlatego
z ciekawością sięgnąłem po jego kolejną historię. Tym razem Klimaszewski
zabiera czytelników w świat wilkołaczej klątwy, gdzie granica pomiędzy
człowiekiem a bestią staje się coraz bardziej niewyraźna.
Mateusz Adamek jest zwyczajnym chłopakiem tuż po maturze. Pracuje, spotyka się ze znajomymi i nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wszystko zmienia się podczas samotnego wyjazdu nad jezioro. Atak wilkołaka na zawsze odmienia jego życie. Choć udaje mu się przeżyć, zostaje naznaczony przez bestię i sam zaczyna się zmieniać. Początkowo nowe możliwości wydają się błogosławieństwem. Nadludzka siła, wyostrzone zmysły, pewność siebie – Mateusz staje się kimś zupełnie innym niż wcześniej. Problem w tym, że wraz z nowymi zdolnościami budzi się w nim coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Dzika natura zaczyna stopniowo przejmować kontrolę nad jego życiem.
Czytając „Przeklętego”, zastanawiałem się, czy autor zaproponuje nowe spojrzenie na motyw wilkołaka. Otrzymujemy historię dość mocno osadzoną w klasycznym schemacie człowieka naznaczonego klątwą, który coraz bardziej zatraca się pod wpływem drzemiącej w nim bestii. Na plus należy jednak zaliczyć fakt, że Klimaszewski poświęca więcej uwagi psychologicznej stronie przemiany bohatera. Interesują go nie tylko fizyczne konsekwencje ataku, ale również zmiany zachodzące w charakterze i osobowości Mateusza. Autor pokazuje jego próby zrozumienia własnej natury oraz walkę z instynktami, które z każdym dniem stają się coraz silniejsze.
Powieść luźno nawiązuje również do wydarzeń znanych z „Dawcy”. Pojawia się policjant mający za sobą problemy związane z narkotykami i to właśnie jego wątek wzbudził moje największe zainteresowanie. Szkoda, że autor nie poświęcił mu więcej miejsca, ponieważ był to bohater, który mógłby wnieść do historii dodatkową głębię, a być może nawet udźwignąć rolę głównego protagonisty.
Największym atutem „Przeklętego” pozostaje jednak styl autora. Klimaszewski pisze lekko, dynamicznie i bardzo przystępnie. Akcja rozwija się szybko, nie ma tutaj wielu dłużyzn, a kolejne rozdziały zachęcają do dalszego czytania.
„Przeklęty” to sprawnie napisane połączenie kryminału, thrillera i horroru. Nie zaskakuje szczególnie fabularnie i nie wykracza daleko poza dobrze znane schematy opowieści o wilkołakach, ale nadrabia tempem, atmosferą i przyjemnym stylem narracji.
Mateusz Adamek jest zwyczajnym chłopakiem tuż po maturze. Pracuje, spotyka się ze znajomymi i nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wszystko zmienia się podczas samotnego wyjazdu nad jezioro. Atak wilkołaka na zawsze odmienia jego życie. Choć udaje mu się przeżyć, zostaje naznaczony przez bestię i sam zaczyna się zmieniać. Początkowo nowe możliwości wydają się błogosławieństwem. Nadludzka siła, wyostrzone zmysły, pewność siebie – Mateusz staje się kimś zupełnie innym niż wcześniej. Problem w tym, że wraz z nowymi zdolnościami budzi się w nim coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Dzika natura zaczyna stopniowo przejmować kontrolę nad jego życiem.
Czytając „Przeklętego”, zastanawiałem się, czy autor zaproponuje nowe spojrzenie na motyw wilkołaka. Otrzymujemy historię dość mocno osadzoną w klasycznym schemacie człowieka naznaczonego klątwą, który coraz bardziej zatraca się pod wpływem drzemiącej w nim bestii. Na plus należy jednak zaliczyć fakt, że Klimaszewski poświęca więcej uwagi psychologicznej stronie przemiany bohatera. Interesują go nie tylko fizyczne konsekwencje ataku, ale również zmiany zachodzące w charakterze i osobowości Mateusza. Autor pokazuje jego próby zrozumienia własnej natury oraz walkę z instynktami, które z każdym dniem stają się coraz silniejsze.
Powieść luźno nawiązuje również do wydarzeń znanych z „Dawcy”. Pojawia się policjant mający za sobą problemy związane z narkotykami i to właśnie jego wątek wzbudził moje największe zainteresowanie. Szkoda, że autor nie poświęcił mu więcej miejsca, ponieważ był to bohater, który mógłby wnieść do historii dodatkową głębię, a być może nawet udźwignąć rolę głównego protagonisty.
Największym atutem „Przeklętego” pozostaje jednak styl autora. Klimaszewski pisze lekko, dynamicznie i bardzo przystępnie. Akcja rozwija się szybko, nie ma tutaj wielu dłużyzn, a kolejne rozdziały zachęcają do dalszego czytania.
„Przeklęty” to sprawnie napisane połączenie kryminału, thrillera i horroru. Nie zaskakuje szczególnie fabularnie i nie wykracza daleko poza dobrze znane schematy opowieści o wilkołakach, ale nadrabia tempem, atmosferą i przyjemnym stylem narracji.
Joanna Trzaska, Tomasz Siwiec, Piekielna Rzeźnia, recenzja
Autor: Joanna Trzaska, Tomasz SiwiecTytuł: Piekielna rzeźnia. Część 1Wydawnictwo: Horror MasakraRok wydania: 2021Liczba stron: 70Moja ocena: 8/10
„Piekielna rzeźnia. Część I” to niewielki zbiór dwóch opowiadań utrzymanych w konwencji horroru ekstremalnego. Na czytelników czekają tutaj historie autorstwa Joanny Trzaski i Tomasza Siwca, które choć różnią się tematyką i sposobem prowadzenia narracji, łączy zamiłowanie do przekraczania granic dobrego smaku oraz eksponowanie najbardziej mrocznych stron ludzkiej natury.
Pierwsze opowiadanie, „Ja, Dariusz” Joanny Trzaski, było dla mnie bardzo udanym otwarciem tomu. To debiutancki tekst autorki, który pokazuje, że ma ona pomysł na własny styl. Historia opowiada o młodym mężczyźnie, który trafia do nocnego klubu pełnego seksu, narkotyków i innych pokus. Mimo ogromnej ilości krwi i odcinanych kończyn całość podana jest w zaskakująco lekkiej, momentami wręcz humorystycznej formie. Szczególnie przypadły mi do gustu absurdalne wstawki komediowe, między innymi motyw osła i supermarketu z „Watahy”. To historia brudna, brutalna i prowokacyjna, ale jednocześnie potrafiąca bawić swoim specyficznym poczuciem humoru. Po lekturze pozostał niedosyt i chęć sięgnięcia po kolejne teksty autorki.
Drugie opowiadanie, „Mamusia” Tomasza Siwca, okazało się doświadczeniem zdecydowanie trudniejszym. Autor sięga po temat krzywdy dzieci, który regularnie pojawia się w jego twórczości. Fabuła wydaje się prosta – ktoś porywa dzieci, a lokalny policjant próbuje rozwikłać sprawę. Jednocześnie poznajemy historię kobiety, która nie potrafi pogodzić się ze śmiercią swojego jedynego dziecka i za wszelką cenę próbuje je odzyskać. Tomasz Siwiec nie oszczędza czytelnika. Przemoc wobec najmłodszych, cierpienie, rozpacz i drastyczne sceny sprawiają, że jest to tekst wywołujący bardzo silne emocje. Dla mnie był to momentami zbyt ciężki kaliber.
Cały tom wypełniony jest tym, czego miłośnicy horroru ekstremalnego oczekują od gatunku – brutalnością, seksem, kanibalizmem, okrucieństwem oraz licznymi drastycznymi opisami. Nie jest to książka dla każdego. Osoby wrażliwe na motywy przemocy wobec dzieci powinny podchodzić do niej z dużą ostrożnością. Jednocześnie fani ekstremy prawdopodobnie znajdą tutaj wszystko, czego szukają podczas lektury.
Od strony wydawniczej książka prezentuje się poprawnie, choć nie obyło się bez drobnych potknięć redakcyjnych. W trakcie czytania można natrafić na sporadyczne literówki oraz powtórzenia słów w zdaniach. Nie są to błędy, które całkowicie psują odbiór tekstu, ale warto o nich wspomnieć.
Diana Wróbel, Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy, recenzja
Autor: Diana WróbelTytuł: Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicyWydawnictwo: HMRok wydania: 2026Liczba stron: 178Moja ocena: 9/10Tematyka magii, rytuałów czy dawnych wierzeń bywa przedstawiana w sposób skomplikowany lub prześmiewczy. Tym większym zaskoczeniem okazała się dla mnie książka „Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” autorstwa Diana Wróbel. Zamiast zamkniętej wiedzy dla wtajemniczonych dostałem przystępny przewodnik po świecie symboli, ziół, kamieni i praktyk magicznych.To jedna z tych pozycji, które czyta się szybko, ale po zamknięciu okładki nadal wraca się do przeczytanych treści. Sam podczas lektury zacząłem zastanawiać się, które magiczne rośliny mam wokół siebie. Okazało się, że całkiem sporo – lawenda, szałwia czy rozmaryn. Podobnie było z kamieniami i ich właściwościami. Książka skutecznie pobudza ciekawość i zachęca do spojrzenia na codzienność z innej perspektywy.Dużym atutem jest sposób przekazywania wiedzy. Autorka pisze lekko, prosto i bez niepotrzebnego komplikowania. Jeśli czytelnik chce dowiedzieć się, jak stworzyć ochronny krąg czy poznać znaczenie symboli, dostaje konkretne informacje bez zbędnych dygresji. Dzięki temu „Grymuar” naprawdę sprawdza się jako poradnik dla początkujących. Zakres tematów jest szeroki – od znaków zodiaku, roślin i kamieni, symboli, świąt przez panteony bóstw, po bezpieczeństwo podczas rytuałów. Nie sposób pominąć wydania. Twarda oprawa i liczne ilustracje autorstwa Diany Wróbel sprawiają, że książka przyciąga wzrok i dobrze oddaje klimat opowieści o magii.Mam jednak jedną uwagę, będącą właściwie komplementem – szkoda, że ta książka nie jest dłuższa. Spodziewałem się obszernej księgi czarownic znanej z filmów, a otrzymałem zgrabny poradnik, który przeczytałem w jeden dzień. Po skończeniu został lekki niedosyt.Na plus warto też odnotować bibliografię na końcu książki, będącą dobrym punktem wyjścia do dalszego zgłębiania tematu.„Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” to ciekawa propozycja dla osób zainteresowanych symboliką, dawnymi wierzeniami i magią, ale też dla tych, którzy cenią pięknie wydane książki. Jeśli szukacie lekkiego wprowadzenia do świata magii i okultyzmu – warto sięgnąć po tę pozycję.
Autor: Diana Wróbel
Tytuł: Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy
Wydawnictwo: HM
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 178
Moja ocena: 9/10
Tematyka magii, rytuałów czy dawnych wierzeń bywa przedstawiana w sposób skomplikowany lub prześmiewczy. Tym większym zaskoczeniem okazała się dla mnie książka „Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” autorstwa Diana Wróbel. Zamiast zamkniętej wiedzy dla wtajemniczonych dostałem przystępny przewodnik po świecie symboli, ziół, kamieni i praktyk magicznych.
To jedna z tych pozycji, które czyta się szybko, ale po zamknięciu okładki nadal wraca się do przeczytanych treści. Sam podczas lektury zacząłem zastanawiać się, które magiczne rośliny mam wokół siebie. Okazało się, że całkiem sporo – lawenda, szałwia czy rozmaryn. Podobnie było z kamieniami i ich właściwościami. Książka skutecznie pobudza ciekawość i zachęca do spojrzenia na codzienność z innej perspektywy.
Dużym atutem jest sposób przekazywania wiedzy. Autorka pisze lekko, prosto i bez niepotrzebnego komplikowania. Jeśli czytelnik chce dowiedzieć się, jak stworzyć ochronny krąg czy poznać znaczenie symboli, dostaje konkretne informacje bez zbędnych dygresji. Dzięki temu „Grymuar” naprawdę sprawdza się jako poradnik dla początkujących. Zakres tematów jest szeroki – od znaków zodiaku, roślin i kamieni, symboli, świąt przez panteony bóstw, po bezpieczeństwo podczas rytuałów. Nie sposób pominąć wydania. Twarda oprawa i liczne ilustracje autorstwa Diany Wróbel sprawiają, że książka przyciąga wzrok i dobrze oddaje klimat opowieści o magii.
Mam jednak jedną uwagę, będącą właściwie komplementem – szkoda, że ta książka nie jest dłuższa. Spodziewałem się obszernej księgi czarownic znanej z filmów, a otrzymałem zgrabny poradnik, który przeczytałem w jeden dzień. Po skończeniu został lekki niedosyt.
Na plus warto też odnotować bibliografię na końcu książki, będącą dobrym punktem wyjścia do dalszego zgłębiania tematu.
„Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” to ciekawa propozycja dla osób zainteresowanych symboliką, dawnymi wierzeniami i magią, ale też dla tych, którzy cenią pięknie wydane książki. Jeśli szukacie lekkiego wprowadzenia do świata magii i okultyzmu – warto sięgnąć po tę pozycję.
Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja
Autor: Tomasz Cechowski
Tytuł: Kod Pixeli
Wydawnictwo: Amazon KDP
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 300
Moja ocena: 8/10
„Kod Pixeli” autorstwa Tomasz Cechowski to powieść łącząca
thriller, science fiction i elementy sensacji. Już od początku widać, że autor
miał konkretny pomysł na historię oraz na pokazanie świata, w którym rozwój
technologii może wymknąć się spod kontroli.
Fabuła skupia się na Alexie Smithie, który po osobistej
tragedii rzuca się w wir pracy nad nowatorskim projektem technologicznym.
Szybko okazuje się jednak, że rozwój technologii może prowadzić w bardzo
niebezpiecznym kierunku. Autor sprawnie buduje atmosferę zagrożenia i pokazuje
świat, w którym postęp wymyka się spod kontroli.
Dużym plusem książki jest to, że mimo licznych odniesień do
technologii i przyszłościowych rozwiązań, autor nie zasypuje czytelnika trudnym
technicznym słownictwem. Dzięki temu „Kod Pixeli” pozostaje przystępną lekturą
nawet dla osób, które na co dzień nie interesują się tematami związanymi z
informatyką czy rozwojem sztucznej inteligencji. Styl autora również oceniam
pozytywnie — książkę czyta się szybko i lekko, czemu dodatkowo sprzyja
niewielka objętość oraz podział na aż 44 krótkie rozdziały. To sprawia, że
bardzo łatwo powiedzieć sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”.
Nie jest jednak tak, że książka całkowicie mnie porwała.
Momentami brakowało mi większego przyspieszenia fabuły i mocniejszych zwrotów
akcji, które jeszcze bardziej podbiłyby napięcie. Czasami miałem też wrażenie,
że dialogi brzmią nieco sztywno, przez co pojedyncze sceny wypadały mniej
naturalnie, niż powinny.
Mimo tych kilku zastrzeżeń „Kod Pixeli” uważam za całkiem
udany debiut lub przynajmniej bardzo solidną propozycję dla fanów lekkiego
science fiction z thrillerowym zacięciem. Najbardziej podobało mi się to, że
pod warstwą sensacyjnej historii autor próbuje przemycić pytanie o to, czy
istnieje granica rozwoju technologii, której jako ludzie nie powinniśmy
przekraczać. I właśnie takie refleksje po zakończeniu książki zostają w głowie
najdłużej.
Mike Resnick, Na tropach jednorożca, recenzja
Autor: Mike Resnick
Tytuł: Na tropach jednorożca
Cykl: John Justin Mallory (tom I)
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 1991
Liczba stron: 240
Moja ocena: 9/10
Są takie książki, które już od pierwszych stron dają
czytelnikowi jasno do zrozumienia, że czeka go absolutnie szalona przygoda. Tak
właśnie było u mnie z powieścią „Na tropach jednorożca” autorstwa Mikea
Resnicka. I przyznam Wam szczerze — dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas
lektury urban fantasy!Bo wyobraźcie sobie Manhattan w sylwestrową noc. Jest trochę
mrocznie, trochę brudno, prywatny detektyw ledwo wiąże koniec z końcem, popija
bourbona i próbuje ukryć się przed właścicielem mieszkania oraz zbirami. A teraz dodajcie do tego elfa, skradzionego
jednorożca, demony, kobietę-kota, skrzaty i kompletnie absurdalne sytuacje,
które wywołują szczery uśmiech. I nagle okazuje się, że Mike Resnick stworzył
coś naprawdę wyjątkowego.Największym atutem tej historii jest dla mnie jej klimat —
totalnie zwariowany, ale jednocześnie niesamowicie spójny. Fantastyczny
Manhattan żyje własnym życiem, a czytelnik bardzo szybko zaczyna wierzyć, że
gdzieś za rogiem naprawdę można spotkać gnomy zajadające się żetonami do bramek
w metrze. Autor świetnie połączył elementy powieści detektywistycznej z urban
fantasy i zrobił to z ogromnym wyczuciem humoru.A skoro o humorze mowa — to właśnie on skradł moje serce. Te
wszystkie absurdalne sceny są po prostu kapitalne. Sprzedawca olejku do
opalania próbujący sprzedać swój towar – po bardzo okazyjnej cenie - w
sylwestrową noc. Maratończyk biegnący do mety od dwudziestu pięciu lat, mimo że
meta znajduje się w Rzymie, a on znajduje się na Manhattanie? Albo grupa
żołnierzy specjalizująca się w wielomiesięcznych, drobiazgowych dochodzeniach,
siedząca w barze „Pinokio”? Uwielbiam taki rodzaj humoru — lekko groteskowy i
kompletnie nieprzewidywalny w stylu Benny Hilla.Bardzo polubiłem również głównego bohatera, Johna Justina
Mallory’ego. To detektyw z ciętym językiem, błyskotliwym umysłem i sporą dawką
ironii. Świetnie wypada też elf Murgensturm oraz demon Grundy, który skutecznie
komplikuje całą sprawę. Każda z tych postaci ma w sobie coś charakterystycznego
i łatwo zapada w pamięć.Muszę przyznać, że początkowo miałam pewne obawy. Tytuł i
motyw poszukiwania jednorożca sugerowały historię bardziej baśniową, może nawet
skierowaną do młodszego odbiorcy. Tymczasem dostałam błyskotliwą, absurdalną i
bardzo klimatyczną opowieść, która momentami przypominała skrzyżowanie
klasycznego kryminału z fantasy podszytym komedią.Ogromnym plusem jest też sam styl autora. Książkę czyta się
błyskawicznie — narracja jest lekka, dialogi dynamiczne, a humor sprawia, że
trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. To jedna z tych historii, które
idealnie sprawdzają się na poprawę humoru.I tylko jednej rzeczy naprawdę żałuję — że w Polsce wydano
zaledwie dwie części cyklu o Johnie Justinie Mallorym, podczas gdy całość liczy
cztery powieści. Po lekturze "Na tropach jednorożca" z ogromną chęcią sięgnęłabym
po kolejne tomy. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś zdecyduje się wznowić serię i
wydać ją w komplecie, bo zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi.
Są takie książki, które już od pierwszych stron dają
czytelnikowi jasno do zrozumienia, że czeka go absolutnie szalona przygoda. Tak
właśnie było u mnie z powieścią „Na tropach jednorożca” autorstwa Mikea
Resnicka. I przyznam Wam szczerze — dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas
lektury urban fantasy!
Bo wyobraźcie sobie Manhattan w sylwestrową noc. Jest trochę
mrocznie, trochę brudno, prywatny detektyw ledwo wiąże koniec z końcem, popija
bourbona i próbuje ukryć się przed właścicielem mieszkania oraz zbirami. A teraz dodajcie do tego elfa, skradzionego
jednorożca, demony, kobietę-kota, skrzaty i kompletnie absurdalne sytuacje,
które wywołują szczery uśmiech. I nagle okazuje się, że Mike Resnick stworzył
coś naprawdę wyjątkowego.
Największym atutem tej historii jest dla mnie jej klimat —
totalnie zwariowany, ale jednocześnie niesamowicie spójny. Fantastyczny
Manhattan żyje własnym życiem, a czytelnik bardzo szybko zaczyna wierzyć, że
gdzieś za rogiem naprawdę można spotkać gnomy zajadające się żetonami do bramek
w metrze. Autor świetnie połączył elementy powieści detektywistycznej z urban
fantasy i zrobił to z ogromnym wyczuciem humoru.
A skoro o humorze mowa — to właśnie on skradł moje serce. Te
wszystkie absurdalne sceny są po prostu kapitalne. Sprzedawca olejku do
opalania próbujący sprzedać swój towar – po bardzo okazyjnej cenie - w
sylwestrową noc. Maratończyk biegnący do mety od dwudziestu pięciu lat, mimo że
meta znajduje się w Rzymie, a on znajduje się na Manhattanie? Albo grupa
żołnierzy specjalizująca się w wielomiesięcznych, drobiazgowych dochodzeniach,
siedząca w barze „Pinokio”? Uwielbiam taki rodzaj humoru — lekko groteskowy i
kompletnie nieprzewidywalny w stylu Benny Hilla.
Bardzo polubiłem również głównego bohatera, Johna Justina
Mallory’ego. To detektyw z ciętym językiem, błyskotliwym umysłem i sporą dawką
ironii. Świetnie wypada też elf Murgensturm oraz demon Grundy, który skutecznie
komplikuje całą sprawę. Każda z tych postaci ma w sobie coś charakterystycznego
i łatwo zapada w pamięć.
Muszę przyznać, że początkowo miałam pewne obawy. Tytuł i
motyw poszukiwania jednorożca sugerowały historię bardziej baśniową, może nawet
skierowaną do młodszego odbiorcy. Tymczasem dostałam błyskotliwą, absurdalną i
bardzo klimatyczną opowieść, która momentami przypominała skrzyżowanie
klasycznego kryminału z fantasy podszytym komedią.
Ogromnym plusem jest też sam styl autora. Książkę czyta się
błyskawicznie — narracja jest lekka, dialogi dynamiczne, a humor sprawia, że
trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. To jedna z tych historii, które
idealnie sprawdzają się na poprawę humoru.
I tylko jednej rzeczy naprawdę żałuję — że w Polsce wydano
zaledwie dwie części cyklu o Johnie Justinie Mallorym, podczas gdy całość liczy
cztery powieści. Po lekturze "Na tropach jednorożca" z ogromną chęcią sięgnęłabym
po kolejne tomy. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś zdecyduje się wznowić serię i
wydać ją w komplecie, bo zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi.
Volker Ulrich, Hitler. Upadek zła 1939-1945, recenzja
Autor: Volker Ulrich
Tytuł: Hitler. Upadek zła 1939-1945
Seria: Oblicza zła
Wydawnictwo: Prószyński i S-KA
Rok wydania: 2021
Liczba stron: 848
Moja ocena: 8/10
Drugi tom monumentalnej biografii autorstwa Volkera Ulricha,
„Hitler. Upadek zła 1939–1945”, był dla mnie jedną z najbardziej wyczekiwanych
lektur ostatniego czasu. Po znakomitym pierwszym tomie moje oczekiwania były
naprawdę bardzo duże – liczyłem na równie wciągającą, przemyślaną i odkrywczą
kontynuację. I choć w wielu momentach książka spełniła te nadzieje, nie mogę
powiedzieć, że w pełni mnie usatysfakcjonowała.
Volkera Ulricha nadal czyta się jako autora niezwykle
kompetentnego, który potrafi spojrzeć na Hitlera nie tylko jako na symbol zła,
ale też jako człowieka funkcjonującego w określonym systemie politycznym i
społecznym. Podobało mi się szczególnie to, jak autor ukazuje zmieniający się
stosunek Niemców do Führera – od niemal bezkrytycznego uwielbienia po stopniowy
rozpad jego mitu. To jeden z najmocniejszych elementów książki.
Z dużym zainteresowaniem śledziłem również fragmenty
poświęcone życiu prywatnemu Hitlera – jego zdrowiu, relacjom z Ewą Braun czy
napięciom wśród najbliższych współpracowników. Ten bardziej osobisty wymiar
biografii zdecydowanie działa na plus i sprawia, że narracja staje się
pełniejsza. Nie do końca odpowiadało mi natomiast ograniczenie wątków
związanych z Holokaustem. Oczywiście temat ten wciąż jest obecny, ale miałem
wrażenie, że w porównaniu z pierwszym tomem został potraktowany nieco bardziej
skrótowo. Dużo ciekawsze wydały mi się natomiast przytoczone przez autora listy
niemieckich żołnierzy z frontu wschodniego – ich szczerość i brutalność robią
ogromne wrażenie i dodają książce autentyczności. Największy problem miałem
jednak z nierównym tempem narracji. Początkowe rozdziały – obejmujące lata
1939–pierwszą połowę 1941 roku – były dla mnie zdecydowanie zbyt rozwlekłe.
Momentami miałem wrażenie, że czytam coś, co już dobrze znam, a przy tym podane
jest to w dość przegadanej formie. W tej części książki trochę się zawiodłem. Z
kolei fragmenty dotyczące wojny ze Związkiem Sowieckim aż do zamachu w Wilczym
Szańcu czytało mi się znacznie lepiej. Tutaj narracja nabiera tempa, jest
bardziej dynamiczna i wciągająca – i właśnie w tych momentach czułem, że obcuję
z książką na poziomie pierwszego tomu.
Niestety końcowe rozdziały ponownie nie do końca przypadły
mi do gustu. Szczegółowe opisy walk na Odrze i w Berlinie były dla mnie zbyt
rozbudowane. W pewnym momencie miałem wręcz wrażenie, że autor relacjonuje
ostatnie dni Hitlera niemal godzina po godzinie, co zamiast budować napięcie,
zaczęło mnie męczyć.
Ostatecznie książkę oceniam pozytywnie – podobała mi się i uważam ją za
wartościową, ale jednocześnie czuję pewien niedosyt. Pierwszy tom zrobił na
mnie większe wrażenie i był bardziej spójny jako całość. Drugi tom, mimo wielu
świetnych fragmentów, jest po prostu mniej równy.
Na koniec warto wspomnieć o objętości – ponad 800 stron, z
czego około 600 to właściwa treść, a reszta to przypisy, bibliografia i indeks.
To pokazuje skalę pracy autora, którą zdecydowanie należy docenić, nawet jeśli
nie wszystkie elementy tej książki trafiły w moje oczekiwania.
Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja
Autor: Karina Łagowska
Tytuł: Sonata jesienna na kota i wilkonczelę
Wydawnictwo: OdeSFa
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 522
Moja ocena 9/10
Wśród powieści wymykających się schematom i odważnie mieszających gatunki "Sonata jesienna na kota i wilkonczelę" autorstwa Karina Łagowska zdecydowanie
wyróżnia się na tle współczesnej literatury.Akcja toczy się na warszawskim Ursynowie i została podzielona na dwa momenty w
czasie – rok 1994 oraz 2008. Głównymi bohaterami jest grupa dwunastolatków z
jednej klasy: Mateusz, Felek, Artur „Byku”, Sonia i Agata. Łączy ich silna
przyjaźń i wspólne spędzanie czasu. Na początku wszystko wydaje się zwyczajne,
ale to właśnie ta codzienność ma znaczenie. Autorka dobrze oddaje klimat lat
90. – dzieci biegające po osiedlu, proste rozmowy i swobodę, jakiej dziś trochę
brakuje.Niewyjaśniona choroba jednej z bohaterek, ekscentryczny
Henryk oraz pojawienie się wilkonczeli – dziwnej istoty będącej połączeniem
wilka i wiolonczeli – sprawiają, że historia skręca w stronę horroru i science
fiction. Pojawiają się też Kataryniarze i tajemniczy Czarny Okręt. Mimo że
brzmi to nietypowo, całość jest spójna i dobrze poprowadzona.Największą siłą tej powieści są bohaterowie. Każde z dzieci
ma swój charakter, historię i ciężar, który niesie. Szczególnie zapadł mi w
pamięć Struna – osiedlowy bandzior, który ma „łeb jak sklep” – oraz Felek,
postać tragiczna, której po prostu nie da się nie współczuć. To właśnie przez
ich perspektywę oglądamy makabryczne wydarzenia, których do końca nie rozumieją
– i to nadaje historii dodatkowej głębi.Styl Łagowskiej jest bardzo barwny, momentami wręcz poetycki. Autorka chętnie
sięga po odniesienia do klasyki literatury, co dodaje tekstowi smaku, ale nie
przytłacza. Co ważne, potrafi też świetnie balansować między grozą a refleksją
– bo pod warstwą fantastyczno-horrorową kryje się opowieść o dorastaniu,
traumie i tym, jak dzieciństwo potrafi odcisnąć piętno na całym życiu.Nie jest to książka bez wad. Zbyt duże odstępy między
akapitami (Prawdopodobnie wynika to z polityki wydawnictwa – mam inną książkę
od tego samego wydawcy i tam również pojawiają się duże odstępy między
akapitami). i momentami bardzo rozbudowane bloki tekstu mogą wybijać z rytmu.
Trafiają się też literówki. Na szczęście są to rzeczy czysto techniczne, które
nie psują przyjemności z czytania.„Sonata jesienna…” to historia dla tych, którzy nie boją się
gatunkowych eksperymentów i lubią, kiedy książka zostawia po sobie lekki
niepokój. Trochę straszy, trochę wzrusza, a momentami zmusza do refleksji. I co
najważniejsze – zostaje w głowie na dłużej.
Magiczny kompas, recenzja
Autor: Anett Lievre, Camille O'Naill, Daria Smolarek, Ewa
Gralli, Ewa Maciejczuk, Ewelina Domańskiej, Justyna Chmiel, M.W. Jasińska,
Natalia Hermansa, PaulaUzarek, Paulina Grabara, Sandra Czoik
Tytuł: Magiczny kompas
Wydawnictwo: Nie powiem
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 324
Moja ocena 7/10
Antologie mają to do siebie, że oferują różnorodność, ale
rzadko utrzymują równy poziom. „Magiczny Kompas”, zbiór opowiadań autorstwa
m.in. Anett Lievre, Camille O'Naill, Darii Smolarek, Ewy Gralli, Ewy
Maciejczuk, Eweliny Domańskiej, Justyny Chmiel, M.W. Jasińskiej, Natalii
Hermansy, Pauli Uzarek, Pauliny Grabary i Sandry Czoik, dobrze wpisuje się w
ten schemat – choć całość wypada całkiem przyjemnie. Motywem przewodnim jest fantasy często łączone z romansem. I
tu pojawia się problem – dla mnie tego romansu było momentami za dużo. Część
historii bardziej skupia się na relacjach niż na fabule, co nie zawsze działa
na ich korzyść.Na szczęście pojawiają się wyjątki. „Renifer” Ewy Gralli to
baśń z morałem, która wyróżnia się na tle reszty. Najbardziej zapadły mi w
pamięć opowiadania Pauliny Grabary, Natalii Hermansy oraz Camille O'Naill miały w sobie szczyptę grozy co dodało im nieco pikanterii. Dużym plusem jest mapa z zaznaczonymi miejscami akcji. To
drobny, ale bardzo klimatyczny dodatek, który spaja cały zbiór. Poziom – jak to w antologii – jest nierówny. Obok tekstów
wciągających są też po prostu poprawne, ale nie traktuję tego jako większej
wady.„Magiczny Kompas” czyta się lekko. Sam sięgałem po dwa
opowiadania między innymi książkami, co dobrze się sprawdziło i pozwoliło
uniknąć znużenia. To przyjemna, choć nierówna antologia – najlepsza dla fanów
lekkiego fantasy z wyraźnym wątkiem romantycznym.
Brandon Sanderson, Idealny stan, recenzja
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Idealny stan
Wydawnictwo: Wydawnictwo MAG
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 96
Moja ocena 6/10
„Idealny Stan” autorstwa Brandona
Sandersona to historia na jedno posiedzenie – dosłownie kilkadziesiąt stron.
Poznajemy Kairominasa, Bóg-Cesarza, który osiągnął absolutną władzę nad swoim
światem. Pokonał wrogów, opanował magię i właściwie nie ma już nic do zdobycia.
Aż nagle musi… iść na randkę z równie potężną władczynią z innego świata. I to
właśnie ten punkt wyjścia jest jednym z ciekawszych elementów całej historii Sanderson
sprawnie miesza tu fantasy z science fiction. Całość momentami przypomina Matrix
czy Labirynt odbić.
Największy problem? Długość. Świat
przedstawiony – tytułowe „Stany” – jest interesujący, ale ledwo zarysowany.
Opisy są, ale raczej szczątkowe. Czytając, miałem wrażenie, że aż prosi się o
więcej szczegółów: historia, zasad działania świata, jego historii czy
mechaniki. Tym bardziej że Sanderson przyzwyczaił do dużo większego rozmachu.
Podobnie jest z bohaterami. Kai na
początku potrafi irytować – zachowuje się trochę jak dziecko bawiące się
władzą. Z czasem zyskuje, ale trudno powiedzieć, żeby była to jakaś głęboka czy
szczególnie zapadająca w pamięć postać. Relacja z jego „randką” też ma
potencjał, który nie do końca został wykorzystany.
„Idealny stan” to więc książka
poprawna, z ciekawym pomysłem, ale wyraźnie zbyt krótka, by rozwinąć skrzydła.
Dla mnie to najsłabsza rzecz Sandersona, jaką czytałem – nie dlatego, że jest
zła, tylko dlatego, że przyzwyczaił mnie do znacznie lepszych historii. Można
przeczytać, ale też bez większych emocji po zamknięciu książki.
Magdalena Sobota, Żywok, recenzja
Autor: Magdalena Sobota
Tytuł: Żywok
Wydawnictwo: Wydawnictwo Książkowe HM
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 434
Moja ocena 1010
„Żywok” Magdaleny Soboty to powieść, którą trudno zamknąć w
jednym gatunku. Choć na pierwszy rzut oka można ją uznać za horror o potworze
zamieszkującym bieszczadzkie lasy, w rzeczywistości jest to przede wszystkim
opowieść o ludziach, ich relacjach, tajemnicach i ciężarze przeszłości.Już od pierwszych stron miałem wrażenie, że wchodzę w
zupełnie inny świat. Zimowe góry, cichy las i spokój, który wcale nie daje
poczucia bezpieczeństwa. Raczej ma się wrażenie, że gdzieś w tle czai się coś, czego
nie chcemy spotkać. Ten klimat bardzo szybko mnie wciągnął. Z każdym kolejnym
rozdziałem coraz bardziej wchodziłem w tę historię i świat przedstawiony przez
autorkę.Punktem wyjścia jest przyjazd młodej studentki Inki do babci
mieszkającej w niewielkiej górskiej wsi Paportynki. Dziewczyna nie ma pojęcia,
jak wiele tajemnic kryje to miejsce – ani jak wiele przemilczeń kryje sama jej
rodzina. Równolegle poznajemy Wojtka, samotnego leśnika obdarzonego niezwykłym
darem – potrafi dostrzec rzeczy, których inni nie widzą. Gdy w okolicy
zaczynają ginąć ludzie, tylko on rozumie, że w górach rozpoczęło się coś
znacznie bardziej niepokojącego niż zwykła seria tragicznych wydarzeń.Co jednak ciekawe tytułowy Żywok wcale nie jest w tej
powieści najważniejszy. Owszem, jego obecność unosi się nad całą historią
niczym cień, ale książka Magdaleny Soboty przede wszystkim opowiada o ludziach.
O mieszkańcach Bieszczad, ich codzienności, troskach, relacjach rodzinnych i
sąsiedzkich. Tragedie i zbrodnie są tutaj raczej tłem niż głównym motorem
fabuły. Dlatego też ta powieść to dla mnie bardziej połączenie dramatu i
horroru – i to zdecydowanie w tej kolejności. Ogromnym atutem książki są jej
bohaterowie. Najbardziej zapadli mi w pamięć oczywiście Wojtek i Inka. Wojtek
to postać niezwykle interesująca – samotnik balansujący gdzieś na granicy
między intuicją a czymś, co inni mogliby nazwać szaleństwem. Jego samotność,
wewnętrzne napięcie i świadomość tego, co nadchodzi, tworzą bardzo przejmujący
portret człowieka, który widzi więcej niż powinien. Inka z kolei wnosi do
historii zupełnie inną energię. Jej relacja z matką, problemy z chłopakiem i
próba odnalezienia się w świecie, który nagle okazuje się znacznie bardziej
skomplikowany niż sądziła. Warto też wspomnieć o bohaterach drugoplanowych.
Babcia Joanna czy Karolowa nie są tylko dodatkiem do fabuły – każda z tych
postaci ma w sobie coś autentycznego i wnosi wartość do całej powieści. Bardzo
podobała mi się także wielowątkowość tej historii. Autorka porusza wiele
tematów: toksyczne relacje rodzinne, samotność prowadzącą na skraj obłędu,
stare tradycje i zabobony wciąż obecne w życiu mieszkańców górskich wsi. Do
tego dochodzi jeszcze bardzo ciekawie zarysowany kontrast między dawnymi
czasami a współczesnością.W mojej ocenie „Żywok” stawia przede wszystkim na klimat.
Duszna atmosfera wsi, tajemnice skrywane przez mieszkańców i las, który zdaje
się patrzeć na wszystko z milczącą cierpliwością – to właśnie te elementy
budują napięcie. Tempo bywa spokojne, ale napięcie rośnie konsekwentnie, niemal
niezauważalnie. Podczas czytania bardzo mocno działały na mnie również opisy
przyrody. Bieszczadzkie lasy, góry i rozrzucone pośród nich niewielkie osady
zostały przedstawione niezwykle plastycznie. Nieraz łapałem się na tym, że
wyobrażam sobie życie w takim miejscu – ciszę, przestrzeń i bliskość natury. Z
drugiej strony szybko pojawiała się też druga myśl: brak zasięgu, Internetu i
wielu codziennych wygód byłby dla mnie, mieszczucha, prawdopodobnie nie do
przeskoczenia.To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Magdaleny
Soboty, ale mam ogromną nadzieję, że nie ostatnie. Jej styl okazał się dla mnie
bardzo przystępny, a sama powieść czytało mi się znakomicie. W historię
wciągnąłem się naprawdę szybko i z dużą przyjemnością wracałem do niej każdego
dnia.
Obscura, tom 1, recenzja
Autor: Bartłomiej Fitas, Michał Pleskacz, Piotr Barej, Jakub Gańko, Przemysław Cichoń, Agata Poważyńska, Agnieszka Biskup, Dagmara Adwentowska, Patrycja Żurek, Adrian Konopka, Anita Kurowska, Bartłomiej Grubich, Piotr T. Dudek, Katarzyna Sikora-Borowiecka, Damian Cieślik, Grzegorz Kopiec
Tytuł: Obscura
tom: 1
Wydawnictwo: Phantom Books Horror
Rok wydania: 2020
Liczba stron: 326
Moja ocena 7/10
Antologia „Obscura. Tom 1” od dłuższego czasu kurzyła mi się na półce. W końcu przyszedł jednak dzień, kiedy postanowiłem po nią sięgnąć – i był to całkiem dobry wybór.
Książka składa się z szesnastu opowiadań grozy napisanych przez różnych autorów. Już po kilku tekstach widać, że twórcy podeszli do tematu w bardzo różny sposób. Znajdziemy tu zarówno bardziej subtelną, klimatyczną grozę, jak i opowiadania ocierające się o body horror czy nawet momentami o gore. Historie poruszają wiele tematów, jednak nie chcę zdradzać szczegółów, żeby nie psuć nikomu przyjemności z odkrywania ich samodzielnie.
Najbardziej zapadły mi w pamięć trzy opowiadania: „Bądź moim przyjacielem” Piotra Bareja, „Czerwone korale” Anity Kurowskiej oraz „Miasteczko porzuconych nadziei” Grzegorza Kopca. Każde z nich buduje niepokojący klimat na swój własny sposób i pokazuje, jak różnorodna potrafi być literacka groza.
W przypadku części autorów było to moje pierwsze spotkanie z ich twórczością i myślę, że nie ostatnie. Antologie mają tę zaletę, że pozwalają poznać wielu pisarzy naraz – i „Obscura” dobrze spełnia tę rolę.
Nie wszystkie opowiadania zapadły mi w pamięć w równym stopniu, ale całość czytało się przyjemnie. To zbiór, który może zainteresować zarówno osoby już lubiące grozę, jak i tych, którzy dopiero chcą rozpocząć swoją przygodę z tym gatunkiem.
Autorzy i opowiadania w tomie:
Bartłomiej Fitas – Echo zza grobu
Michał Pleskacz – Mój ojciec nekromaniak
Piotr Barej – Bądź moim przyjacielem
Jakub Gańko – Serce wieloryba
Przemysław Cichoń – Smród nad wysypiskiem
Agata Poważyńska – Ślepnę
Agnieszka Biskup – Mięso
Dagmara Adwentowska – Ocet czterech złodziei
Patrycja Żurek – Swoją własną bronią
Adrian Konopka – Przysmak
Anita Kurowska – Czerwone korale
Bartłomiej Grubich – Tramwajem numer sześć wjechałem na pętlę
Piotr T. Dudek – Nieznośny ciężar bytu
Katarzyna Sikora-Borowiecka – Szczyt
Damian Cieślik – Cykl robaka
Grzegorz Kopiec – Miasteczko porzuconych nadziei
„Obscura. Tom 1” to ciekawa antologia, która pokazuje, jak szerokim i różnorodnym gatunkiem jest literacka groza. Jeśli lubicie krótkie, mroczne historie – warto dać jej szansę.
Dan Simmons, Pieśń bogini Kali, recenzja
Autor: Dan Simmons
Tytuł: Pieśń bogini Kali
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2021
Liczba stron: 290
Moja ocena 7/10
Akcja powieści przenosi czytelnika do Kalkuty lat 70. XX
wieku. To miasto przedstawione jest jako ogromne, duszne i przytłaczające
miejsce, pełne kontrastów. Z jednej strony fascynuje swoją historią, z drugiej
przeraża biedą, chorobami i codziennym cierpieniem mieszkańców.
Głównym bohaterem jest Robert Luczak, Amerykanin polskiego
pochodzenia, który przyjeżdża do Kalkuty razem z żoną Amritą i małą córeczką
Wiktorią. Jako wysłannik amerykańskiego czasopisma literackiego ma zdobyć prawa
do publikacji nowego poematu słynnego indyjskiego poety – M. Dasa. Problem w
tym, że poeta od kilku lat uznawany jest za zmarłego. Poszukiwania szybko
prowadzą Luczaka w sam środek niebezpiecznej intrygi związanej z wyznawcami
krwawej bogini Kali.
To moje czwarte spotkanie z twórczością Dana Simmonsa.
Wcześniej czytałem znakomity „Terror”, dość przeciętnego „Hyperiona” oraz
bardzo słabą „Abominację”. Z tego powodu do „Pieśni bogini Kali” podszedłem z
umiarkowanym optymizmem i ciekawością, jak wypadnie debiutancka powieść autora.
Powieść napisana jest w formie wspomnień głównego bohatera.
Już na początku Luczak stwierdza, że po wydarzeniach, których był świadkiem,
Kalkuta powinna zostać zniszczona w atomowej pożodze. Taki wstęp od razu budzi
ciekawość i sprawia, że trudno odłożyć książkę na bok.
Dan Simmons sporo miejsca poświęca opisowi miasta, jego
mieszkańców oraz lokalnej kultury. Nie unika przy tym mocnych scen i brutalnych
obrazów codzienności. Opisy biedy i przemocy potrafią być naprawdę poruszające,
a jednocześnie pokazują, jak skomplikowane jest życie w świecie zdominowanym
przez tradycję i system kastowy.
Obok tego rozwija się historia rodziny Luczaków i wątek
nadprzyrodzony. Mam jednak wrażenie, że elementy grozy mogłyby być nieco
bardziej dopracowane. Brakowało mi momentami większej tajemnicy, bo część
rzeczy zostaje ujawniona zbyt szybko. Również zakończenie wydaje się trochę
zbyt długie.
Mimo tych drobnych zastrzeżeń „Pieśń bogini Kali” to ciekawa
i klimatyczna powieść. Szczególnie warto docenić fakt, że jak na debiut Simmons
wykonał dużą pracę, aby wiarygodnie przedstawić realia Indii i atmosferę
Kalkuty. To książka, która potrafi wciągnąć i na długo zostawia czytelnika z
niepokojącymi obrazami w głowie.
Paweł Famus, Zemścior, recenzja
Autor: Paweł Famus
Tytuł: Zemścior
Cykl: Szczynściorz, tom 2
Wydawnictwo: Selfpublishing
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 352
Moja ocena 8/10
„Zemścior” Pawła Famusa to druga odsłona cyklu "Szczynściorz", utrzymanego w
konwencji urban fantasy. To książka, która od początku stawia na tempo i
przygodę i sporą dawkę humoru.
Spokój świata magów zostaje brutalnie przerwany. Planowany przed wiekami
koniec świata ma nastąpić… za kilka dni. Czasu jest niewiele, a w samym środku
wydarzeń znajduje się stary mag Zemścior. Szybko wychodzi na jaw, że nie tylko
on próbuje odkryć przyczynę naruszenia osnowy magii. Śledztwo prowadzi
bohaterów przez Europę – od Barcelony po Stambuł.
Na duży plus zasługuje świat przedstawiony. Autor konsekwentnie rozwija
system magii: mamy magię głównego nurtu, żywiołów, zakazaną, a także nowoczesne
techniki i potężne artefakty, które potrafią realnie zmienić bieg wydarzeń. To
wszystko jest podane w przystępny sposób – bez zbędnych wykładów, raczej w
trakcie akcji niż obok niej.
Na duży plus zasługuje wizja świata stworzona przez autora. To świat bogaty
i barwny, pełen niespodzianek, cudów oraz magii. Największą siłą „Zemściora”
pozostają jednak bohaterowie, a nowe postacie wypadają naprawdę bardzo dobrze.
Ewiwa – zmiennokształtna – to bohaterka z ogromnym potencjałem i
zdecydowanie taka, której historię chciałoby się poznać głębiej w kolejnych
tomach. Aurelia, elfka „śpiewająca do kotleta”, wnosi do powieści sporo humoru
i luzu. Marcjusz, potężny mag z Barcelony, mimo swojej siły nie jest wolny od
wpadek, co czyni go postacią bardziej ludzką. Po drugiej stronie stoi Semiran –
wyrazisty czarny charakter, brutalny, bezwzględny i nienawykły do półśrodków.
To antagonista, którego warto zapamiętać.
Książkę czytało mi się całkiem nieźle. Akcja pędzi do przodu, dużo się
dzieje i nie ma miejsca na dłużyzny ani niepotrzebne przestoje. Autor wyraźnie
stawia na dynamikę i przygodę – i ten zabieg się sprawdza. Dodatkowym atutem są
elementy humorystyczne, które skutecznie rozładowują napięcie i nadają historii
lekkości.
„Zemścior” to solidna i wciągająca kontynuacja serii Szczęściarz. Dla fanów
urban fantasy, szybkiej akcji oraz barwnych bohaterów jest to pozycja
zdecydowanie warta uwagi. Jeśli pierwszy tom przypadł Wam do gustu, tutaj bez
problemu poczujecie się jak w domu.
Przemysław Budziński, Agonia Bursztynowych Ważek, recenzja
Autor: Przemysław Budziński
Tytuł: Agonia Bursztynowych Ważek
Wydawnictwo: Abyssos
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 185
Moja ocena 10/10
W przypadku "Agonia bursztynowych ważek" Przemysława Budzińskiego naprawdę trudno nie mówić o czymś więcej niż tylko „dobrej książce”. To jest literackie wydarzenie – mroczne, bezkompromisowe, chwilami mocne aż do bólu, a przy tym niezwykle prawdziwe w opowieści o człowieku postawionym pod ścianą historii.
To moje czwarte spotkanie z twórczością Przemysława Budzińsiego – po „Szczecinowiercy”, „Kieszenie pełne ślimaków” oraz „Cisza roju. Insektorium Tom 1”. Jego styl jest rozpoznawalny: gęsty od emocji, dopracowany, świadomy. To nie jest proza „na szybko”. Trzeba jej poświęcić uwagę, ale w zamian dostaje się prawdziwą czytelniczą ucztę.
Akcja rozgrywa się na powojennym pograniczu Pomorza Zachodniego, w czasie, gdy wprowadzana jest polska administracja. Chaos, napięcie, brutalność codzienności – w takiej rzeczywistości spotykają się dawni niemieccy mieszkańcy i nowi osadnicy zza Buga. Budziński dzieli tę historię na cztery części, symbolicznie powiązane z jeźdźcami Apokalipsy: Wojną, Zarazą, Śmiercią i Głodem.
Pierwsze opowiadanie skupia się na żołnierzach niemieckich oddziałów Werwolf, którzy dopuszczają się mordów i grabieży na polskich osadnikach. Historyczny realizm jest tu bardzo surowy, ale autor przełamuje go wprowadzeniem motywu słowiańskiej wiedźmy. W drugim opowiadaniu trafiamy do obozu, gdzie niemieccy oprawcy znęcają się nad Cygankami. Trzecia część opowiada o Arturze uciekającym na Zachód przed własną przeszłością. Gdy dociera do Polic, musi w końcu zmierzyć się z losem i z samym sobą. To bardzo poruszająca historia o winie i pamięci. Ostatnie opowiadanie jest najbardziej symboliczne – opowiada o czworonogu ocalonym przed śmiercią przez tajemniczą istotę–organizm.
Jedną z największych zalet tej książki jest to, że nie ma tu prostych podziałów. Nie znajdziemy łatwego schematu: dobrzy Polacy, źli Niemcy czy Sowieci. Wszyscy są uwikłani w powojenną traumę, strach i potrzebę odwetu. Granice dobra i zła rozmywają się, a czytelnik musi sam zmierzyć się z niewygodnymi pytaniami. Jednocześnie Budziński nie odbiera swoim bohaterom człowieczeństwa – nawet w najbardziej mrocznych momentach.
W mojej ocenie „Agonia Bursztynowych Ważek” to nie jest lektura „do poduszki”. To powieść, którą się przeżywa i która zostawia po sobie niepokój – taki, który nie znika wraz z zamknięciem ostatniej strony. Przemysław Budziński po raz kolejny udowadnia, że jego proza to nie tylko literacka przyjemność, ale przede wszystkim mocne, długo rezonujące doświadczenie.
Poul Anderson, Podniebna krucjata, recenzja
Autor: Paul Anderson
Tytuł: Podniebna krucjata
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 192
Moja ocena 8/10
„Podniebna krucjata”
Paula Andersona to jedna z tych książek, które trudno porównać z czymkolwiek
innym. Autor bierze klasyczną powieść science fiction, dodaje do niej
średniowiecznych rycerzy, krucjaty i humor, a potem miesza to wszystko w bardzo
udany sposób. Efekt jest zaskakująco spójny i przede wszystkim bardzo przyjemny
w lekturze.
Akcja rozpoczyna się w
1345 roku. Sir Roger de Tourneville zbiera rycerstwo, by wyruszyć na wojnę z
Francją u boku króla Edwarda. W tym samym czasie w jego włościach w Ansby
ląduje statek kosmiczny obcej rasy – Wersgorów, którzy chcą skolonizować
Ziemię. Plan szybko się jednak komplikuje, bo średniowieczni Anglicy, wspierani
duchowo przez brata Parvusa, okazują się przeciwnikiem znacznie groźniejszym,
niż obcy się spodziewali. Gdy jeden z Wersgorów zostaje pojmany, sir Roger
wpada na szalony pomysł: przejąć statek i wykorzystać go do przeprowadzenia
krucjaty – najpierw przeciw Francji, a potem ku Ziemi Świętej.
To właśnie to zderzenie
mentalności średniowiecznego rycerza z kosmiczną technologią jest największą
siłą powieści. Anderson pokazuje, jak ludzie XIV wieku próbują zrozumieć coś,
co zupełnie nie pasuje do ich świata, i robi to w sposób zabawny, ale też bardzo
konsekwentny.
Sir Roger de Tourneville
to postać szczególnie udana. Jest świetnym dowódcą i sprytnym strategiem,
potrafi planować i przewidywać ruchy przeciwnika, ale jednocześnie całkowicie
ulega swojej żonie, Lady Katarzynie. Ta z kolei jest chyba najbardziej irytującą
osobą w całej książce – wiecznie niezadowolona, marudna i jawnie flirtująca z
młodym rycerzem, sir Owainem. Flirt ten prowadzi niemal na oczach Rogera i
tworzy pomiędzy całą trójką bardzo ciekawy… układ.
Cała historia
opowiedziana jest w formie kroniki spisywanej przez brata Parvusa. To on
relacjonuje większość wydarzeń, a tam, gdzie go nie było, opisuje je tak, jak
„jego zdaniem mogło być”.
„Podniebna krucjata” to satyra na science
fiction, ale też na klasyczne opowieści o krucjatach i rycerskiej chwale.
Książka była na tyle popularna, że doczekała się ekranizacji w 1994 roku, w
której zagrał m.in. John Rhys-Davies, jednak to właśnie powieść najlepiej
oddaje jej humor i pomysłowość.
To lektura idealna dla osób, które lubią
inteligentną komedię w stylu Monty Pythona, ale także dla tych, którzy szukają
czegoś lżejszego pomiędzy trudniejszymi książkami. Dla mnie była to bardzo
udana, odprężająca przygoda – zabawna, pomysłowa i po prostu dobrze napisana.
Paweł Lukas, Boskie więzienie. Loch, recenzja
Autor: Paweł Lukas
Tytuł: Boskie więzienie. Loch
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 513
Moja ocena 10/10
Są takie książki, które od pierwszych stron wciągają bez reszty. „Boskie więzienie. Loch” Pawła Lukasa to właśnie jedna z nich – dynamiczna, mroczna i zaskakująca od której trudno się oderwać.
Jako fan klasycznych RPG w duchu Gothica czy The Elder Scrolls poczułem się tu jak w domu. Zaczynamy jako więzień. Jest propozycja nie do odrzucenia. Jest brutalny świat, którego zasady trzeba pojąć, by przeżyć. Aleks Kwiecień budzi się w mrocznym Babilonie, nad którym góruje monumentalne Yggdrasil. W jego wnętrzu znajduje się Loch – stupiętrowa, śmiercionośna konstrukcja, którą Eksploratorzy przemierzają w zamian za spełnienie życzenia.
Pomysł z klasami postaci (Mysz, Królik, Kot, Sęp, Wilk, Niedźwiedź, Lew) zdobywaniem punktów doświadczenia, rozwojem umiejętności i bossami działa znakomicie, mnie wciągnęło natychmiast.
Ogromnym atutem książki jest międzynarodowa i międzyepokowa obsada. Bohaterowie pochodzą z Polski, Niemiec, Rosji, Słowacji, Anglii, Francji, Japonii, Ameryki i wielu innych krajów – a także z różnych epok i równoległych światów. Zderzenie mentalności i doświadczeń tworzy fascynującą mieszankę. Lukas sprawnie łączy fantasy z mitologią nordycką, grecką i Stary testament, dodając nutę grozy i science fiction. Walki z potworami – od krwiożerczych szczurów po przerażającego Szczurołaka – mają ciężar i klimat. Gdy w drużynie pojawia się sabotażysta, napięcie rośnie do granic możliwości.
Największą siłą powieści są jednak bohaterowie. Aleks przechodzi wiarygodną drogę od zagubionego chłopaka do kogoś, kto zaczyna rozumieć mechanizmy rządzące Lochem. Olaf Reichet, szef Cerbera, intryguje niejasnymi motywacjami i bezwzględnością. Lukrecja przyciąga tajemnicą, Jasper Jones przeraża czystym szaleństwem, a Zara Vaker – w moim odczuciu najciekawsza postać – łączy bezwzględność stratega z wewnętrznym zagubieniem. Każda z tych postaci ma własne cele, marzenia i demony.
Do tego dochodzą twisty, które naprawdę wywracają fabułę do góry nogami. Kilka razy byłem pewien, że wiem, dokąd to zmierza – i za każdym razem autor udowadniał mi, że się mylę. Akcja galopuje od pierwszej do ostatniej strony. Nie było tu fragmentu, który by mnie nużył.
Owszem, można znaleźć drobne błędy redaktorskie, ale przy pierwszym wydaniu jestem w stanie je wybaczyć – zwłaszcza przy tak ambitnym projekcie.
„Boskie więzienie. Loch” to mroczne fantasy z RPG-owym sercem, świetnym pomysłem i wciągającą realizacją. Jeśli kolejna część byłaby już dostępna, bez wahania sięgnąłbym po nią od razu.
Wanda Siubiela, Przyjaciółki z wirtualnego podwórka, recenzja
Autor: Wanda Siubiela
Tytuł: Przyjaciółki z wirtualnego podwórka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Gaja
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 416
Moja ocena 7/10
„Przyjaciółki z wirtualnego podwórka” Wanda Siubiela to powieść, która zachwyca już od pierwszego kontaktu – twarda oprawa, lakierowany papier, wyraziste kolory i ilustracje sprawiają, że to jedna z tych książek, które cieszą oko jeszcze zanim zaczniemy czytać. Na szczęście za estetyką idzie także interesująca historia.To nie jest thriller pędzący na złamanie karku, lecz historia o przyjaźni, odwadze i cenie prawdy, opowiedziana lekkim, bogatym językiem. Jeśli szukacie literatury bardziej refleksyjnej niż sensacyjnej, ta książka może Was pozytywnie zaskoczyć.Opowieść zaczyna się od SMS-a, który otrzymuje Zofia – informacji o odnalezieniu ciała jej przyjaciółki Beaty, zaginionej kilka miesięcy wcześniej. Oficjalnie mówi się o samobójstwie, ale bohaterka nie wierzy w tę wersję. Dziennik i pendrive pozostawione przez Beatę stają się początkiem śledztwa prowadzącego z wielkopolskiego Kępna, aż do neonowego Tokio. Kontrast między kameralnym miasteczkiem, „gdzie wszyscy się znają”, a pełną masek metropolią wypada bardzo ciekawie.To połączenie kryminału i powieści psychologicznej. Narracja skupia się głównie na emocjach Zofii – jej rozpaczy, poczuciu winy, gniewie i determinacji, by odkryć prawdę. Autorka dużo miejsca poświęca refleksjom o sensie życia, relacjach międzyludzkich oraz wpływie mediów społecznościowych – Facebooka, Instagrama czy TikToka – na budowanie więzi i poczucie własnej wartości. Wątek uzależnienia od social mediów jest aktualny i dobrze wpisuje się w temat książki. Akcja rozwija się raczej spokojnie, poprzez odsłanianie kolejnych warstw tajemnicy niż dynamiczne zwroty. Największe wrażenie zrobiły na mnie plastyczne opisy Japonii – zwłaszcza obrazy góry Fuji i ogrodów zen – które momentami były nawet mocniejsze niż sama warstwa kryminalna.
„Przyjaciółki z wirtualnego podwórka” Wanda Siubiela to powieść, która zachwyca już od pierwszego kontaktu – twarda oprawa, lakierowany papier, wyraziste kolory i ilustracje sprawiają, że to jedna z tych książek, które cieszą oko jeszcze zanim zaczniemy czytać. Na szczęście za estetyką idzie także interesująca historia.
To nie jest thriller pędzący na złamanie karku, lecz historia o przyjaźni, odwadze i cenie prawdy, opowiedziana lekkim, bogatym językiem. Jeśli szukacie literatury bardziej refleksyjnej niż sensacyjnej, ta książka może Was pozytywnie zaskoczyć.
Opowieść zaczyna się od SMS-a, który otrzymuje Zofia – informacji o odnalezieniu ciała jej przyjaciółki Beaty, zaginionej kilka miesięcy wcześniej. Oficjalnie mówi się o samobójstwie, ale bohaterka nie wierzy w tę wersję. Dziennik i pendrive pozostawione przez Beatę stają się początkiem śledztwa prowadzącego z wielkopolskiego Kępna, aż do neonowego Tokio. Kontrast między kameralnym miasteczkiem, „gdzie wszyscy się znają”, a pełną masek metropolią wypada bardzo ciekawie.
To połączenie kryminału i powieści psychologicznej. Narracja skupia się głównie na emocjach Zofii – jej rozpaczy, poczuciu winy, gniewie i determinacji, by odkryć prawdę. Autorka dużo miejsca poświęca refleksjom o sensie życia, relacjach międzyludzkich oraz wpływie mediów społecznościowych – Facebooka, Instagrama czy TikToka – na budowanie więzi i poczucie własnej wartości. Wątek uzależnienia od social mediów jest aktualny i dobrze wpisuje się w temat książki.
Akcja rozwija się raczej spokojnie, poprzez odsłanianie kolejnych warstw tajemnicy niż dynamiczne zwroty. Największe wrażenie zrobiły na mnie plastyczne opisy Japonii – zwłaszcza obrazy góry Fuji i ogrodów zen – które momentami były nawet mocniejsze niż sama warstwa kryminalna.
Iza Ryżek, Łzy niewiernego, recenzja
Autor: Iza Ryżek
Tytuł: Łzy niewiernego
Wydawnictwo: Wydawnictwo HM
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 492
Moja ocena 7/10
"Łzy niewiernego" autorstwa Izy Ryżek to książka, która nie próbuje imponować
rozbudowanym światem, ani klasycznym rozmachem fantasy/science-fiction – zamiast tego skupia się
na bohaterach postawionych pod ścianą i na wyborach, które niszczą, odbierają godność, dalekie są od honorowych rozwiązań. Autorka prowadzi czytelnika przez historię Varrena, który w
desperackiej próbie ocalenia Averyn oddaje swoje życie w ręce totalitarnego państwa,
zostając jednym z jego najlepszych żołnierzy.
To nie jest książka o bohaterstwie. To
książka o przetrwaniu w świecie, który niszczy wszystkich – ofiary i katów.
Akademia wojskowa pokazana jest jako miejsce systemowej deprawacji: przemoc,
narkotyki, ciągłe intrygi, kumoterstwo, bezkarność oficerów. Szkoda jednak, że sam obraz państwa i wojny
pozostaje w tle – kontekst polityczny mógłby być bogatszy.
Najmocniejszą stroną powieści są relacje
między bohaterami. Varren i Averyn tworzą emocjonalne centrum fabuły – jego
obsesja, by ją ocalić nawet wbrew jej woli. Równie ciekawy jest kontrast między Aurorą i Livią: pierwsza
symbolizuje resztki normalności i ciepła, druga – świat donosów, spisków i
przemocy.
Interesujący, choć zbyt słabo rozwinięty,
jest motyw wszczepianych „serc” oraz magii, która pozostaje raczej tłem niż
realną siłą fabularną. Podobnie tempo – Ryżek stawia bardziej na analizę emocji
niż na dynamikę wydarzeń, co nie każdemu przypadnie do gustu. Styl jest solidny, choć ciężki – gęsty i
poważny, dobrze oddający klimat świata, ale momentami męczący.
Łzy niewiernego to udane połączenie low
fantasy i dystopii: świata, w którym magia nie ratuje, a największym
zagrożeniem jest sam system. To książka niewygodna, ale właśnie dlatego zostaje
w pamięci.
Robert A. Heinlein, Dubler, recenzja
Autor: Robert A. Heinlein
Tytuł: Dubler
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2000
Liczba stron: 158
Moja ocena 8/10
Tytuł: Dubler
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2000
Liczba stron: 158
Moja ocena 8/10
„Dubler” Roberta A. Heinleina to książka, która na pierwszy
rzut oka wygląda jak lekka, sensacyjna science fiction, ale bardzo szybko
okazuje się czymś znacznie poważniejszym. Pod warstwą intrygi i futurystycznej
otoczki kryją się pytania o władzę, odpowiedzialność i to, jaką cenę musi
zapłacić zwykły człowiek, gdy zostanie wciągnięty w wielką politykę. Dodam
tylko że to dla mnie już piąte spotkanie z twórczością Heinleina.Akcja powieści rozgrywa się w roku 2100. Lawrence Smythe to
przeciętny aktor, jeden z tych ludzi, którzy wciąż wierzą, że „ta jedna rola”
odmieni ich życie. Los – a raczej polityczna intryga o międzyplanetarnej skali
– daje mu taką szansę, choć w formie, której z pewnością się nie spodziewał. Po
porwaniu charyzmatycznego lidera opozycji, Johna Bonefortea, Lawrence zostaje
zmuszony do wcielenia się w jego rolę i tymczasowego zastąpienia go podczas
kluczowego wydarzenia politycznego. Stawką jest zachowanie pokoju między Ziemią
i Marsem. Heinlein sprawnie łączy tu political thriller z science
fiction. Intryga rozwija się powoli, a uwaga czytelnika skupia się na głównym
bohaterze, który musi grać polityka, wiedząc, że jeden fałszywy gest lub źle
dobrane słowo mogą mieć katastrofalne konsekwencje. Forma pierwszoosobowego
pamiętnika dodatkowo wzmacnia to wrażenie – czytelnik niemal cały czas tkwi w
głowie Lawrencea i obserwuje wszystkie wydarzenia jego oczami.Czytając „Dublera”, trudno było mi uciec od skojarzenia z
„Karierą Nikodema Dyzmy” – oczywiście w wersji science fiction i po
amerykańsku. Motyw człowieka z przypadku, który dzięki splotowi okoliczności
trafia na sam szczyt politycznej gry, jest tu wyraźnie obecny i stanowi jedno z
ciekawszych źródeł interpretacji powieści.Nie jest to jednak książka pozbawiona słabszych punktów. Z
pewnym niedosytem przyjąłem fakt, że Heinlein nie rozwinął szerzej rywalizacji
politycznej pomiędzy Partią Ekspansjonistyczną a Partią Ludzkości. Potencjał
tego konfliktu jest ogromny, a przedstawione zostaje on raczej szkicowo, jako
tło dla losów Lawrence’a, niż jako pełnoprawny temat analizy politycznej.
Również język powieści nie porywa – jest poprawny, chwilami surowy, ale daleki
od literackiego rozmachu znanego z najlepszych utworów autora.Na koniec warto wspomnieć o stronie edytorskiej. Wydanie
pozostawia wiele do życzenia: drobna czcionka i bardzo małe odstępy między
wierszami znacząco obniżają komfort lektury, co przy książce wymagającej
skupienia jest odczuwalne.Mimo tych zastrzeżeń „Dubler” to powieść, którą zdecydowanie
warto poznać – szczególnie jeśli ktoś interesuje się literaturą science fiction
zahaczającą o politykę i mechanizmy władzy.
Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja
Autor:
Harry HarrisonTytuł:
Filmowy wehikuł czasuWydawnictwo:
RebisRok
wydania: 2025Liczba
stron: 225Moja
ocena 8/10
„Filmowy wehikuł czasu” Harry’ego Harrisona okazał się dla mnie znakomitą
odskocznią od lektur cięższych tematycznie. To książka sprawnie łącząca science
fiction, satyrę i historyczną przygodę. Harrison bawi się konwencją,
jednocześnie bardzo trafnie punktując absurdy świata filmu – i robi to w
sposób, który mimo upływu ponad czterdziestu lat od pierwszego wydania wciąż
pozostaje zaskakująco aktualny.
Dla
mnie było to kolejne spotkanie z twórczością autora, którego znam już z takich
tytułów jak „Planeta Śmierci” (obie części), „Przestrzeni! Przestrzeni!” czy
„Planeta Przeklętych”. Harrison i tym razem nie zawodzi – pokazuje, że ma ogromne
wyczucie rytmu opowieści i świetne poczucie humoru. Punktem wyjścia fabuły jest
sytuacja rodem z hollywoodzkiego koszmaru: podupadłe studio Climactic stoi na
skraju bankructwa, a jego szef daje producentowi Barneyowi Hendricksonowi… pięć
dni na ukończenie wielkiego filmu, który ma uratować wytwórnię. Brzmi
absurdalnie? Oczywiście – ale właśnie na tym polega siła tej powieści.
Ratunkiem okazuje się cudowny wynalazek profesora Hewetta: wehikuł czasu.
Dzięki niemu ekipa filmowa przenosi się do roku 1003, by nakręcić
„hiperrealistyczny” film o wikingach, którzy odkryli Amerykę na długo przed
Kolumbem. Wszystko to w oszałamiającym technikolorze i… najlepiej w jeden
weekend.
Jednym
z największych atutów książki są bohaterowie – wyraziści, karykaturalni, ale
bardzo łatwi do polubienia. Wiking Ottar, który zgadza się zagrać w filmie w zamian
za butelkę whisky dziennie. Barney Hendrickson, reżyser, który nakręcił 73
filmy i żaden nie był dobry. Jest jeszcze profesor Hewett, genialny naukowiec
tak bardzo pochłonięty teorią czasu i przestrzeni, że momentami sam gubi się we
własnych wyjaśnieniach.
Na
duży plus zasługuje tempo narracji. Harrison świetnie oddaje gorączkową
atmosferę pracy na planie filmowym, presję czasu i chaos twórczy. Dużo się
dzieje, dialogi są żywe, a kolejne komplikacje pojawiają się z odpowiednią
częstotliwością, dzięki czemu książkę czyta się szybko i z wyraźną
przyjemnością. Nie ma tu dłużyzn ani momentów przestoju.
Mimo
lekkiej formy autor celnie punktuje patologie i nonsensy Hollywood – pogoń za
zyskiem, fikcję „wielkiego dzieła”, improwizację podszytą desperacją.
Przeniesienie tych mechanizmów do realiów XI wieku działa znakomicie i wydobywa
satyryczny potencjał opowieści.
„Filmowy
wehikuł czasu” to książka, która bawi, odpręża i poprawia humor. Jest
klimatyczna, dynamiczna i bardzo świadoma swojej konwencji. Nie sili się na
wielkie filozoficzne tezy, ale oferuje solidną, inteligentną rozrywkę –
dokładnie taką, jakiej czasem potrzeba najbardziej. Oceniam ją bardzo
pozytywnie i z czystym sumieniem polecam każdemu, kto ma ochotę na science
fiction z przymrużeniem oka, sporą dawką satyry i historycznym twistem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
Tytuł: "Nawiedzona Wagina" Autor: Carlton Mellick III Wydawnictwo: Dom Horroru Ilość stron: 101 Rok Wydania: 2019 Ocena: 9/10 Cz...
-
Dziś chciałbym podzielić się z Wami moją opinią na temat książki Franciszka Piątkowskiego Powiernik . Jest to debiut literacki pisar...
-
Autor: E.Raj Tytuł: Uczeń Nekromanty, tom 1. Plaga Wydawnictwo: Novae Res Rok wydania: 2019 Ocena: 11/10 Niewielu jest autorów, po któ...
-
Tytuł: „Dzieci Starych Bogów " Autor: Agnieszka Miela Wydawnictwo: Kłobook Ilość stron: 430 Rok Wydania: 2019 Ocena: 8 /10 Witam...
-
Autor: Jarosław Dobrowolski Tytuł: Delirium Cykl: Krwiopijca Wydawnictwo: Planeta Czytelnika Rok wydania: 2022 Ilość stron: 482 Moja ocena: ...













.jpg)






