Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja
„Kod Pixeli” autorstwa Tomasz Cechowski to powieść łącząca thriller, science fiction i elementy sensacji. Już od początku widać, że autor miał konkretny pomysł na historię oraz na pokazanie świata, w którym rozwój technologii może wymknąć się spod kontroli.
Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja
Autor: Karina Łagowska
Tytuł: Sonata jesienna na kota i wilkonczelę
Wydawnictwo: OdeSFa
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 522
Wśród powieści wymykających się schematom i odważnie mieszających gatunki "Sonata jesienna na kota i wilkonczelę" autorstwa Karina Łagowska zdecydowanie
wyróżnia się na tle współczesnej literatury.Akcja toczy się na warszawskim Ursynowie i została podzielona na dwa momenty w
czasie – rok 1994 oraz 2008. Głównymi bohaterami jest grupa dwunastolatków z
jednej klasy: Mateusz, Felek, Artur „Byku”, Sonia i Agata. Łączy ich silna
przyjaźń i wspólne spędzanie czasu. Na początku wszystko wydaje się zwyczajne,
ale to właśnie ta codzienność ma znaczenie. Autorka dobrze oddaje klimat lat
90. – dzieci biegające po osiedlu, proste rozmowy i swobodę, jakiej dziś trochę
brakuje.Niewyjaśniona choroba jednej z bohaterek, ekscentryczny
Henryk oraz pojawienie się wilkonczeli – dziwnej istoty będącej połączeniem
wilka i wiolonczeli – sprawiają, że historia skręca w stronę horroru i science
fiction. Pojawiają się też Kataryniarze i tajemniczy Czarny Okręt. Mimo że
brzmi to nietypowo, całość jest spójna i dobrze poprowadzona.Największą siłą tej powieści są bohaterowie. Każde z dzieci
ma swój charakter, historię i ciężar, który niesie. Szczególnie zapadł mi w
pamięć Struna – osiedlowy bandzior, który ma „łeb jak sklep” – oraz Felek,
postać tragiczna, której po prostu nie da się nie współczuć. To właśnie przez
ich perspektywę oglądamy makabryczne wydarzenia, których do końca nie rozumieją
– i to nadaje historii dodatkowej głębi.Styl Łagowskiej jest bardzo barwny, momentami wręcz poetycki. Autorka chętnie
sięga po odniesienia do klasyki literatury, co dodaje tekstowi smaku, ale nie
przytłacza. Co ważne, potrafi też świetnie balansować między grozą a refleksją
– bo pod warstwą fantastyczno-horrorową kryje się opowieść o dorastaniu,
traumie i tym, jak dzieciństwo potrafi odcisnąć piętno na całym życiu.Nie jest to książka bez wad. Zbyt duże odstępy między
akapitami (Prawdopodobnie wynika to z polityki wydawnictwa – mam inną książkę
od tego samego wydawcy i tam również pojawiają się duże odstępy między
akapitami). i momentami bardzo rozbudowane bloki tekstu mogą wybijać z rytmu.
Trafiają się też literówki. Na szczęście są to rzeczy czysto techniczne, które
nie psują przyjemności z czytania.„Sonata jesienna…” to historia dla tych, którzy nie boją się
gatunkowych eksperymentów i lubią, kiedy książka zostawia po sobie lekki
niepokój. Trochę straszy, trochę wzrusza, a momentami zmusza do refleksji. I co
najważniejsze – zostaje w głowie na dłużej.
Poul Anderson, Podniebna krucjata, recenzja
„Podniebna krucjata”
Paula Andersona to jedna z tych książek, które trudno porównać z czymkolwiek
innym. Autor bierze klasyczną powieść science fiction, dodaje do niej
średniowiecznych rycerzy, krucjaty i humor, a potem miesza to wszystko w bardzo
udany sposób. Efekt jest zaskakująco spójny i przede wszystkim bardzo przyjemny
w lekturze.
Akcja rozpoczyna się w
1345 roku. Sir Roger de Tourneville zbiera rycerstwo, by wyruszyć na wojnę z
Francją u boku króla Edwarda. W tym samym czasie w jego włościach w Ansby
ląduje statek kosmiczny obcej rasy – Wersgorów, którzy chcą skolonizować
Ziemię. Plan szybko się jednak komplikuje, bo średniowieczni Anglicy, wspierani
duchowo przez brata Parvusa, okazują się przeciwnikiem znacznie groźniejszym,
niż obcy się spodziewali. Gdy jeden z Wersgorów zostaje pojmany, sir Roger
wpada na szalony pomysł: przejąć statek i wykorzystać go do przeprowadzenia
krucjaty – najpierw przeciw Francji, a potem ku Ziemi Świętej.
To właśnie to zderzenie
mentalności średniowiecznego rycerza z kosmiczną technologią jest największą
siłą powieści. Anderson pokazuje, jak ludzie XIV wieku próbują zrozumieć coś,
co zupełnie nie pasuje do ich świata, i robi to w sposób zabawny, ale też bardzo
konsekwentny.
Sir Roger de Tourneville
to postać szczególnie udana. Jest świetnym dowódcą i sprytnym strategiem,
potrafi planować i przewidywać ruchy przeciwnika, ale jednocześnie całkowicie
ulega swojej żonie, Lady Katarzynie. Ta z kolei jest chyba najbardziej irytującą
osobą w całej książce – wiecznie niezadowolona, marudna i jawnie flirtująca z
młodym rycerzem, sir Owainem. Flirt ten prowadzi niemal na oczach Rogera i
tworzy pomiędzy całą trójką bardzo ciekawy… układ.
Cała historia
opowiedziana jest w formie kroniki spisywanej przez brata Parvusa. To on
relacjonuje większość wydarzeń, a tam, gdzie go nie było, opisuje je tak, jak
„jego zdaniem mogło być”.
„Podniebna krucjata” to satyra na science
fiction, ale też na klasyczne opowieści o krucjatach i rycerskiej chwale.
Książka była na tyle popularna, że doczekała się ekranizacji w 1994 roku, w
której zagrał m.in. John Rhys-Davies, jednak to właśnie powieść najlepiej
oddaje jej humor i pomysłowość.
To lektura idealna dla osób, które lubią
inteligentną komedię w stylu Monty Pythona, ale także dla tych, którzy szukają
czegoś lżejszego pomiędzy trudniejszymi książkami. Dla mnie była to bardzo
udana, odprężająca przygoda – zabawna, pomysłowa i po prostu dobrze napisana.
Paweł Lukas, Boskie więzienie. Loch, recenzja
Robert A. Heinlein, Dubler, recenzja
Autor: Robert A. Heinlein
Tytuł: Dubler
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2000
Liczba stron: 158
Moja ocena 8/10
Tytuł: Dubler
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2000
Liczba stron: 158
Moja ocena 8/10
„Dubler” Roberta A. Heinleina to książka, która na pierwszy
rzut oka wygląda jak lekka, sensacyjna science fiction, ale bardzo szybko
okazuje się czymś znacznie poważniejszym. Pod warstwą intrygi i futurystycznej
otoczki kryją się pytania o władzę, odpowiedzialność i to, jaką cenę musi
zapłacić zwykły człowiek, gdy zostanie wciągnięty w wielką politykę. Dodam
tylko że to dla mnie już piąte spotkanie z twórczością Heinleina.Akcja powieści rozgrywa się w roku 2100. Lawrence Smythe to
przeciętny aktor, jeden z tych ludzi, którzy wciąż wierzą, że „ta jedna rola”
odmieni ich życie. Los – a raczej polityczna intryga o międzyplanetarnej skali
– daje mu taką szansę, choć w formie, której z pewnością się nie spodziewał. Po
porwaniu charyzmatycznego lidera opozycji, Johna Bonefortea, Lawrence zostaje
zmuszony do wcielenia się w jego rolę i tymczasowego zastąpienia go podczas
kluczowego wydarzenia politycznego. Stawką jest zachowanie pokoju między Ziemią
i Marsem. Heinlein sprawnie łączy tu political thriller z science
fiction. Intryga rozwija się powoli, a uwaga czytelnika skupia się na głównym
bohaterze, który musi grać polityka, wiedząc, że jeden fałszywy gest lub źle
dobrane słowo mogą mieć katastrofalne konsekwencje. Forma pierwszoosobowego
pamiętnika dodatkowo wzmacnia to wrażenie – czytelnik niemal cały czas tkwi w
głowie Lawrencea i obserwuje wszystkie wydarzenia jego oczami.Czytając „Dublera”, trudno było mi uciec od skojarzenia z
„Karierą Nikodema Dyzmy” – oczywiście w wersji science fiction i po
amerykańsku. Motyw człowieka z przypadku, który dzięki splotowi okoliczności
trafia na sam szczyt politycznej gry, jest tu wyraźnie obecny i stanowi jedno z
ciekawszych źródeł interpretacji powieści.Nie jest to jednak książka pozbawiona słabszych punktów. Z
pewnym niedosytem przyjąłem fakt, że Heinlein nie rozwinął szerzej rywalizacji
politycznej pomiędzy Partią Ekspansjonistyczną a Partią Ludzkości. Potencjał
tego konfliktu jest ogromny, a przedstawione zostaje on raczej szkicowo, jako
tło dla losów Lawrence’a, niż jako pełnoprawny temat analizy politycznej.
Również język powieści nie porywa – jest poprawny, chwilami surowy, ale daleki
od literackiego rozmachu znanego z najlepszych utworów autora.Na koniec warto wspomnieć o stronie edytorskiej. Wydanie
pozostawia wiele do życzenia: drobna czcionka i bardzo małe odstępy między
wierszami znacząco obniżają komfort lektury, co przy książce wymagającej
skupienia jest odczuwalne.Mimo tych zastrzeżeń „Dubler” to powieść, którą zdecydowanie
warto poznać – szczególnie jeśli ktoś interesuje się literaturą science fiction
zahaczającą o politykę i mechanizmy władzy.
Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja
Autor:
Harry HarrisonTytuł:
Filmowy wehikuł czasuWydawnictwo:
RebisRok
wydania: 2025Liczba
stron: 225Moja
ocena 8/10
„Filmowy wehikuł czasu” Harry’ego Harrisona okazał się dla mnie znakomitą
odskocznią od lektur cięższych tematycznie. To książka sprawnie łącząca science
fiction, satyrę i historyczną przygodę. Harrison bawi się konwencją,
jednocześnie bardzo trafnie punktując absurdy świata filmu – i robi to w
sposób, który mimo upływu ponad czterdziestu lat od pierwszego wydania wciąż
pozostaje zaskakująco aktualny.
Dla
mnie było to kolejne spotkanie z twórczością autora, którego znam już z takich
tytułów jak „Planeta Śmierci” (obie części), „Przestrzeni! Przestrzeni!” czy
„Planeta Przeklętych”. Harrison i tym razem nie zawodzi – pokazuje, że ma ogromne
wyczucie rytmu opowieści i świetne poczucie humoru. Punktem wyjścia fabuły jest
sytuacja rodem z hollywoodzkiego koszmaru: podupadłe studio Climactic stoi na
skraju bankructwa, a jego szef daje producentowi Barneyowi Hendricksonowi… pięć
dni na ukończenie wielkiego filmu, który ma uratować wytwórnię. Brzmi
absurdalnie? Oczywiście – ale właśnie na tym polega siła tej powieści.
Ratunkiem okazuje się cudowny wynalazek profesora Hewetta: wehikuł czasu.
Dzięki niemu ekipa filmowa przenosi się do roku 1003, by nakręcić
„hiperrealistyczny” film o wikingach, którzy odkryli Amerykę na długo przed
Kolumbem. Wszystko to w oszałamiającym technikolorze i… najlepiej w jeden
weekend.
Jednym
z największych atutów książki są bohaterowie – wyraziści, karykaturalni, ale
bardzo łatwi do polubienia. Wiking Ottar, który zgadza się zagrać w filmie w zamian
za butelkę whisky dziennie. Barney Hendrickson, reżyser, który nakręcił 73
filmy i żaden nie był dobry. Jest jeszcze profesor Hewett, genialny naukowiec
tak bardzo pochłonięty teorią czasu i przestrzeni, że momentami sam gubi się we
własnych wyjaśnieniach.
Na
duży plus zasługuje tempo narracji. Harrison świetnie oddaje gorączkową
atmosferę pracy na planie filmowym, presję czasu i chaos twórczy. Dużo się
dzieje, dialogi są żywe, a kolejne komplikacje pojawiają się z odpowiednią
częstotliwością, dzięki czemu książkę czyta się szybko i z wyraźną
przyjemnością. Nie ma tu dłużyzn ani momentów przestoju.
Mimo
lekkiej formy autor celnie punktuje patologie i nonsensy Hollywood – pogoń za
zyskiem, fikcję „wielkiego dzieła”, improwizację podszytą desperacją.
Przeniesienie tych mechanizmów do realiów XI wieku działa znakomicie i wydobywa
satyryczny potencjał opowieści.
„Filmowy
wehikuł czasu” to książka, która bawi, odpręża i poprawia humor. Jest
klimatyczna, dynamiczna i bardzo świadoma swojej konwencji. Nie sili się na
wielkie filozoficzne tezy, ale oferuje solidną, inteligentną rozrywkę –
dokładnie taką, jakiej czasem potrzeba najbardziej. Oceniam ją bardzo
pozytywnie i z czystym sumieniem polecam każdemu, kto ma ochotę na science
fiction z przymrużeniem oka, sporą dawką satyry i historycznym twistem.
Eric Frank Russell, Osa, recenzja
Autor: Eric Frank Russell
Tytuł: Osa
Wydawnictwo:
Dom Wydawniczy Rebis
Rok
wydania: 2021
Liczba
stron: 224
Moja
ocena 7/10
Erica Franka Russella to brytyjski oficer i weteran II wojny światowej. Autor opowiadań i powieści z gatunku science fiction,, nagrodzony pierwszą w historii nagrodą Hugo. „Osa” to jedna z mniej znanych jego powieści. Punktem wyjścia fabuły jest trwająca od niemal roku wojna Terran z Imperium Syrijskim. Przewaga liczebna przeciwnika sprawia, że klasyczne działania militarne tracą sens, a dowództwo Terry decyduje się na broń znacznie subtelniejszą: dywersję, sabotaż i dezinformację. Tytułowa osa staje się tu metaforą – pojedynczy, sprawny agent może wywołać chaos nieproporcjonalny do własnych sił. Taką rolę ma odegrać James Mowry, wysłany na planetę Jaimec, jedną z centralnych prowincji Imperium, zamieszkaną przez dziesiątki milionów Syrijczyków. Jego zadanie brzmi prosto: siać zamęt.
Największą siłą „Osy” jest sposób, w jaki Russell opisuje pracę dywersyjną. Nie ma tu patosu ani bohaterskich szarż – zamiast tego dostajemy precyzyjny zapis drobnych działań w postaci wypisywania haseł na murach, naklejania specjalnych naklejek na witryny sklepów, które z czasem zaczynają przynosić właściwy rezultat. „Osa” nie atakuje miast ani baz wojskowych, lecz podkopuje zaufanie, destabilizuje struktury władzy i stopniowo osłabia morale przeciwnika. Czytając, trudno oprzeć się wrażeniu, że jego działania są boleśnie logiczne i – co najbardziej niepokojące – skuteczne.
W trakcie lektury coraz częściej pojawia się myśl, że „OSA” tylko udaje klasyczne science fiction. Technologiczna otoczka schodzi na dalszy plan, a sednem powieści staje się psychologiczna wojna informacyjna. Szczególnie intrygujący jest wątek tajemniczej organizacji Dirac Angestun Geser – struktury, która w rzeczywistości jest w dużej mierze wytworem plotek, strachu i zbiorowej wyobraźni. Russell pokazuje tu mechanizm znany z historii XX wieku: mit bywa potężniejszy niż realna siła.
Powieść czyta się szybko – to książka raczej cienka, pozbawiona dłużyzn, z wyraźnie zaznaczonym tempem i kilkoma udanymi zwrotami akcji. Pod koniec autor pozwala sobie również na odrobinę czarnego humoru, który dobrze kontrastuje z ponurym wydźwiękiem całości.
„OSA” nie jest książką dla miłośników klasycznej SF, historii zimnowojennych strategii i literatury o wojnie psychologicznej. Idealna propozycja dla tych, którzy lubią science fiction myślące, a nie tylko efektowne.
Clifford D. Simak, Czas jest najprostszą rzeczą, recenzja
Autor: Clifford D. Simak
Tytuł: Czas jest najprostszą rzeczą
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2022
Liczba stron: 282
Clifford
D. Simak uważany jest za jednego z najbardziej zasłużonych pisarzy XX wieku, a
„Czas jest najprostszą rzeczą” to jedna z jego najbardziej rozpoznawalnych
powieści. Niestety, choć książka ma w sobie ogromny potencjał, ostatecznie
pozostawia czytelnika z poczuciem niedosytu. To jedna z tych książek, na
których najbardziej zawiodłem się w 2025 roku.
Punktem
wyjścia jest znakomity i świeży pomysł na eksplorację kosmosu. Ludzkość
rezygnuje z fizycznych podróży międzygwiezdnych, gdyż okazuje się że naszą
planetę otaczają niebezpieczne prądy które uniemożliwiają ludziom eksplorację
kosmosu. Zamiast tego w kosmos wysyłane są ludzkie umysły. W kontrolowanych
warunkach telepaci przemierzają wszechświat, odkrywając planety i cywilizacje,
a monopol na te badania ma potężna korporacja Fishhook.
Niestety,
mimo ogromnego potencjału Simak wykorzystuje go tylko częściowo. Owszem, świat
przedstawiony teoretycznie jest niezwykle atrakcyjny: zamożna Ziemia pozbawiona
głodu, kryzysów energetycznych czy ekologicznych. Jednak tych obrazów dostajemy
bardzo niewiele, a szkoda, bo mogła stanowić najciekawszy aspekt powieści.
Główny
bohater, Shepherd Blaine, zostaje wrzucony w wir wydarzeń po zetknięciu się z
obcą istotą, z którą wymienia świadomość. Zyskuje moce, które czynią go
zagrożeniem dla własnych pracodawców, i od tego momentu zaczyna się jego
ucieczka – przed korporacją, zabobonem i ludzką ignorancją. Niestety, Blaine
nie jest postacią, o której chciałoby się czytać. W zasadzie większość
bohaterów stworzonych przez Simaka sprawia wrażenie kartonowych – podobni do
siebie, pozbawieni głębi
Co
więcej, konstrukcja fabuły opiera się na niekończącym się ciągu zbiegów
okoliczności. Blaine prześlizguje się przez kolejne nieprawdopodobne sytuacje,
które zamiast budować napięcie, zaczynają męczyć i irytować. Do tego dochodzą
długie, monotonne monologi wewnętrzne, z których większość niewiele wnosi do
historii – raczej rozwadnia niż pogłębia narrację.
Najbardziej problematyczny pozostaje jednak motyw gwałtownego nawrotu zabobonów. W świecie pełnym technologicznego dobrobytu ludzie zaczynają wierzyć w czarownice, wilkołaki i inne stworzenia rodem z legend, uznając telepatów za potwory. Oczywiście metafory dotyczące ksenofobii, lęku przed innością oraz ciemnoty społecznej są jasne i wartościowe. Jednak sposób, w jaki Simak przedstawia to zjawisko, wydaje się nieprzekonujący i wymuszony. To świat, który nie działa zgodnie z własną logiką.
Choć książka ma niespełna 300 stron, potrafi zmęczyć. W moim przypadku lektura zajęła niemal dwa tygodnie – a to zawsze znak, że historia nie angażuje tak, jak powinna. Polecam głównie tym, którzy chcą poznać klasykę science fiction z obowiązku lub ciekawości. Dla reszty może to być lektura rozczarowująca, ja raczej po nią drugi raz nie sięgnę.
Philip K. Dick, Świat Jonesa, recenzja
Tytuł: Świat Jonesa
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 260
Moja ocena: 7/10
Moje kolejne spotkanie z twórczością Philipa K. Dicka
okazało się zaskakująco udane – choć nie bez zastrzeżeń. Po lekturze Ubika i
Człowieka z wysokiego zamku, które nie zrobiły na mnie większego wrażenia, do
Świata Jonesa podchodziłem z ostrożnością. Tym razem jednak historia wciągnęła
mnie bardziej i, co ważne, zostawiła kilka myśli, które wciąż do mnie wracają.
Dick kreśli tu dystopijną (czyli to co lubię najbardziej) wizję
Stanów Zjednoczonych w latach 90. XX wieku. To kraj po wojnie nuklearnej, gdzie
władzę sprawuje totalitarne państwo oparte na wojsku i wszechobecnych służbach
bezpieczeństwa. Opornych wysyła się do obozów pracy, a społeczeństwo trzyma w
ryzach nowa ideologia – relatywizm. W skrócie: możesz mówić wszystko, o ile
jesteś w stanie to udowodnić.
Wizja Dicka jest mroczna, ale i pomysłowa. Ludzie,
zniszczeni psychicznie przez wojnę, żyją w apatii. Niektórzy zostali zmutowani
przez promieniowanie, co otwiera przestrzeń dla wątków związanych z
odmiennością i wykluczeniem. Na tym tle pojawia się tytułowy Jones, człowiek
posiadający niezwykły dar: potrafi bezbłędnie przewidzieć przyszłość do roku
naprzód. Jego historia wciąga, choć w wielu miejscach miałem wrażenie, że autor
wzorował postać na Adolfie Hitlerze – widać to w sposobie, w jaki Jones zyskuje
wyznawców i manipuluje nimi.
Pod względem stylu Świat Jonesa czyta się dobrze – język
jest klarowny, a tempo odpowiednio szybkie. Nie jest to może najbardziej
złożona czy dopracowana książka Dicka, ale sprawdza się jako przykład wczesnej
dystopii z ciekawymi pytaniami filozoficznymi w tle. Zakończenie przewidywalne,
choć akceptowalne – nie psuje całości, ale nie zaskakuje tak, jak można by tego
oczekiwać.
Na osobne słowa zasługują ilustracje Wojciecha Siudmaka,
które świetnie dopełniają tekst.
Świat Jonesa to książka, którą warto przeczytać, choć nie
należy spodziewać się arcydzieła. Dla mnie to najlepsze spotkanie z Dickiem do
tej pory – wciąż jednak bardziej interesująca jako wizja i refleksja, niż jako
w pełni satysfakcjonująca fabuła.
Robert A. Henlein, Żołnierze Kosmosu, recenzja
Autor: Robert A. Heinlein
Tytuł: Żołnierze Kosmosu
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2023
Liczba stron: 256
Moja ocena: 9/10
Robert A. Heinlein (1907–1988) to jeden z filarów science fiction XX wieku – stawiany obok Isaaca Asimova czy Arthura C. Clarke’a. Weteran marynarki, inżynier, wizjoner. Jego książki łączą techniczną precyzję z pytaniami o człowieka, społeczeństwo i politykę. Nic dziwnego, że wciąż wywołują dyskusje, a on sam zapisał się w historii gatunku jako klasyk, którego głos brzmi do dziś.
Żołnierze kosmosu to powieść, która – podobnie jak głośny film Verhoevena z 1997 roku – wzbudza emocje, choć oba dzieła są zupełnie różne. Heinlein nie stawia na widowisko, lecz na refleksję. Owszem, mamy wojnę z obcymi, tzw. Arachnidami, ale autorowi zależy przede wszystkim na pytaniach o odpowiedzialność, obywatelskość i cenę wolności.
Narratorem jest młody kadet Johny Rico. To przez jego oczy poznajemy codzienność rekrutów, wojskową dyscyplinę i ustrój Federacji Ziemskiej. Heinlein świetnie pokazuje, że armia to nie tylko technologia i hierarchia, ale też trudne wybory moralne. Szczególnie mocno zapada w pamięć myśl, że prawdziwe przywództwo to gotowość poniesienia ryzyka – nawet wtedy, gdy oznacza to stanąć w pierwszym szeregu.
Choć książka powstała w 1959 roku, jej aktualność wciąż zaskakuje. Refleksje na temat społeczeństwa, władzy i poświęcenia brzmią niezwykle współcześnie, a liczne techniczne opisy sprzętu, statków czy systemów dowodzenia nadają powieści autentyczności. Co ciekawe, scen walki jest tu stosunkowo niewiele – Heinlein woli opowiadać o przygotowaniach, szkoleniu i filozofii wojny niż o samej akcji. Może dla niektórych będzie to wada, ale w moim odczuciu właśnie to sprawia, że powieść wyróżnia się na tle klasycznego military SF..
Na szczególne wyróżnienie zasługuje wątek relacji Rico z ojcem, który dodaje powieści głębi i osobistego charakteru. Całość czyta się lekko, nawet mimo obecności dłuższych rozważań autora. Najsłabszym elementem okazują się natomiast sceny walki z robalami – sprawiają wrażenie napisanych z obowiązku, bez próby nadania im barwności czy dynamiki. Na szczęście współczesne wydania nadrabiają to w pewnym stopniu klimatycznymi okładkami, doskonale oddającymi ducha tej historii.
Żołnierze kosmosu to klasyka, którą każdy fan science fiction powinien znać. To nie tylko wojna z obcymi, ale przede wszystkim refleksja nad tym, czym jest lojalność, odpowiedzialność i obywatelskość. Dla mnie była to już czwarta przygoda z Heinleinem – i z pewnością nie ostatnia.
Arthur C. Clark, Spotkanie z Ramą, recenzja
Autor:
Arthur C. Clark
Tytuł: Spotkanie
z Ramą
Cykl: Rama
(tom I)
Wydawnictwo:
Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania:
2023
Liczba
stron: 280
Moja ocena: 3/10
Arthur C. Clarke to jedno z najważniejszych nazwisk literatury science fiction
XX wieku, a jego Spotkanie z Ramą uznawane jest za jedno z arcydzieł
gatunku. Książka zdobyła niemal wszystkie prestiżowe nagrody, jakie można sobie
wyobrazić: Hugo, Nebulę, Locusa, BSFA, Campbella, Jupitera. Trudno więc podejść
do niej bez wysokich oczekiwań.
W naszym układzie słonecznym pojawia się obiekt o regularnym kształcie i gigantycznych rozmiarach pojawia się w Układzie Słonecznym. Szybko okazuje się, że to nie asteroida, lecz statek obcej cywilizacji, nazwany Rama (wybrano nazwę związaną z egipskim bóstwem, gdyż wyczerpano nazwy pochodzące z greckiej bądź rzymskiej mitologii). Na jego pokład dostaje się załoga statku Śmiałek, której zadaniem jest zbadanie konstrukcji i ustalenie, czy stanowi zagrożenie dla Ziemi. Pomysł – przynajmniej na poziomie ogólnym – jest intrygujący. Niestety, jego literacka realizacja pozbawiona została emocji. Narracja Clarke’a jest chłodna, techniczna, niemal zupełnie wyzuta z dramaturgii. W momentach, które powinny budzić fascynację, niepokój czy poczucie kontaktu z czymś niepojętym, autor pozostaje beznamiętny. Zamiast budowania atmosfery tajemnicy – suchy raport z obserwacji.
Jednym z najsłabszych elementów powieści są postacie. Komandor Norton i jego załoga to bohaterowie pozbawieni głębi, wyraziście zarysowanych cech czy relacji między sobą. Trudno zapamiętać ich imiona, nie mówiąc już o zaangażowaniu się w ich losy. Clarke długo buduje napięcie wokół zagadki Ramy – jednak oczekiwana kulminacja nigdy nie nadchodzi. Finał pozostawia poczucie niedosytu. Na tle pozostałych elementów jedynym wyraźnym atutem książki pozostaje kontekst przyszłości: zmiany społeczne i polityczne na Ziemi, kolonizacja innych planet, nowe normy dotyczące życia rodzinnego czy tak odważne idee jak osuszenie Morza Śródziemnego.
Spotkanie z Ramą
to powieść o ogromnym potencjale, który nie został wykorzystany. Mimo licznych
nagród i statusu klasyka, jest to książka adresowana głównie do najbardziej
cierpliwych miłośników hard science fiction. Pozostali czytelnicy mogą poczuć
się zawiedzeni.
Peter Watts, Rozgwiazda, tom 1, recenzja
Autor: Peter Watts
Tytuł: Rozgwiazda
Cykl: Trylogia Ryfterów (tom 1)
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2023
Liczba stron: 484
Moja ocena: 2/10
Choć pomysł na fabułę jest oryginalny i intrygujący,
wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Styl, którym posługuje się Watts, jest
wyjątkowo toporny. Narracja obfituje w naukowe terminy i techniczny żargon, co
często sprawia, że lektura staje się nużąca. Dialogi między bohaterami są
rozwlekłe i rzadko wnoszą coś istotnego do rozwoju fabuły czy historii postaci.
Szczególnie rozczarowuje sposób, w jaki autor przedstawia życie codzienne na
stacji, ograniczające się do spania, jedzenia i wychodzenia na powierzchnię.
Sięgając po tę książkę, liczyłem na klaustrofobiczny klimat oraz poczucie lęku
związane z otaczającą bohaterów głębią, a także na wpływ tego stanu na ich
psychikę i zachowanie. W rzeczywistości otrzymałem przeraźliwie nudne hard
science fiction, przy którym niemiłosiernie się wynudziłem.
Jedynym pozytywnym elementem, za który zapamiętam tę
książkę, jest jej oprawa graficzna. Okładka jest naprawdę piękna i klimatyczna,
doskonale oddająca mroczny i przytłaczający obraz życia w podmorskiej stacji,
który jednak nie został w pełni oddany na kartach powieści.
Jarosław Dobrowolski, Mecha Fiction: Episod 1, recenzja
Tytuł: Mecha Fiction: Epizod 1
Wydawnictwo: Sinister Project
Rok wydania: 2024
Liczba stron: 216
Moja ocena: 8/10
„Mecha Fiction: Epizod 1” to tytuł czwartej powieści Jarosława Dobrowolskiego, którą miałem przyjemność przeczytać w ostatnich latach. Gatunkowo łączy w sobie elementy science fiction z słowiańskim klimatem.
W roku 2198 świat staje na krawędzi katastrofy humanitarnej i ekologicznej, a instytucja państwa została zniesiona. Potężne korporacje przejęły władzę nad światem i toczą między sobą walkę o pozostałe bogactwa naturalne oraz obszary nadające się do życia. Witek jest jedną z ofiar tego konfliktu. W wyniku ataku terrorystycznego traci matkę, dom oraz władzę w rękach i nogach.
Podczas lektury odniosłem wrażenie, że autor czerpał inspirację z kultowego anime „Neon Genesis Evangelion”, komiksu „Sędzia Dredd” oraz filmu „Pacific Rim”. Mimo to unika powielania schematów znanych fanom gatunku, wprowadzając świeże spojrzenie na tę tematykę. Jednym z najmocniejszych elementów powieści jest jej główny bohater – Witek. Mimo straszliwego wypadku i utraty matki stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Uczy się nowych rzeczy, aby odsunąć tragiczne wspomnienia. W finałowej scenie staje przed trudnym wyborem, a decyzja, którą podejmuje, zaskakuje mnie i wydaje się nie do końca racjonalna.
Na uwagę zasługują również czarno-białe ilustracje zamieszczone w książce. Dodają one klimatu powieści i pomagają lepiej wyobrazić sobie potężne maszyny oraz sceny walki z ich udziałem. Starcia robotów z myśliwcami oraz maszynami kroczącymi stanowią, moim zdaniem, najmocniejszy element książki.
Książki Jarosława Dobrowolskiego charakteryzują się lekkością i szybkością czytania. Nie inaczej jest w przypadku „Mecha Fiction: Epizod 1”. Pomimo połączenia futurystycznych i słowiańskich klimatów, narracja pozostaje przystępna nawet dla czytelników mniej zaznajomionych z gatunkiem. Osobiście mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości autor zdecyduje się na kontynuację historii wielkich robotów.
W mojej ocenie "Mecha Fiction: Epizod 1" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników ogromnych mechów oraz futurystyczno-cyberpunkowych klimatów.
Lesław Chowaniec, Gość pod podłogą, recenzja
Autor: Lesław Chowaniec
Tytuł: Gość pod podłogą
Wydawnictwo: Selfpublishing
Rok wydania: 2023
Liczba stron: 188
„Gość pod podłogą” to tytuł zbioru opowiadań autorstwa
Lesława Chowańca, który nie tylko wciąga swoją tematyką i oryginalnością, ale
przede wszystkim zachwyca kunsztem literackim. W książce znalazło się osiem
opowiadań: pięć z nich można określić jako gatunkową grozę, dwa to thrillery, a
jedno to science fiction.
Lektura antologii „Gość pod podłogą” była moim czwartym
spotkaniem z twórczością Lesława Chowańca. Po trylogii fantasy pt. „Cesarz
umysłów” moje oczekiwania wobec kolejnej książki były bardzo wysokie.
W zbiorze znalazły się następujące opowiadania:
– „Grzechy młodości” – opowiadanie grozy, moim zdaniem
inspirowane powieścią Stephena Kinga „Chudszy”.
– „Wymarzona randka” – thriller/dramat.
– „Nocna aura” – opowiadanie grozy, które ma potencjał, aby
zostać rozwinięte do formy powieści.
– „Podróż w czasie” – opowiadanie science fiction.
– „Zapomnij!” – bardzo mocne opowiadanie, które ociera się o
horror ekstremalny.
– „Chatka w lesie” – połączenie grozy i czarnego humoru.
– „Wykolejeni” – opowiadanie grozy, którego akcja rozgrywa
się na Syberii.
– „Gość pod podłogą” – tytułowa historia, opowiadająca o
parze, która kupuje dom z dzikim lokatorem.
Osobiście najbardziej przypadły mi do gustu dwa opowiadania:
„Nocna aura” i „Chatka w lesie”. Każda z historii jest starannie dopracowana, a
styl pisania lekki i naturalny, co sprawia, że czyta się je z dużą
przyjemnością. Ponadto autor umiejętnie buduje napięcie i wprowadza czytelnika
w odpowiedni klimat.
„Gość pod podłogą” to w mojej ocenie pozycja obowiązkowa dla
wszystkich miłośników opowiadań z dreszczykiem. Serdecznie polecam.
Dawid Przybysz, Thomas staje się wilkiem, recenzja
Autor: Dawid Przybysz
Tytuł: Thomas staje się wilkiem
Wydawnictwo: Self-publishing
Rok wydania: 2024
Liczba stron: 240
moja ocena: 10/10
„Thomas staje się wilkiem” to wciągająca opowieść o chłopcu,
który dzięki nowoczesnej technologii może przenieść się do umysłu zwierzęcia.
Książka ta angażuje czytelnika od pierwszej strony, skłaniając do głębokich
przemyśleń i refleksji nad otaczającym nas światem.
Dawid Przybysz serwuje czytelnikom historię
szesnastoletniego Thomasa, którego życie na pierwszy rzut oka nie różni się od
życia jego rówieśników. Chłopak uczęszcza do szkoły, stara się wywiązywać z
domowych obowiązków i marzy o własnym komputerze, aby nie odstawać od kolegów.
Bardzo dokucza mu samotność, za którą wini swojego ojca alkoholika. Wstydzi się
otworzyć na innych ludzi i zaprosić kogoś do domu, obawiając się, że odkryją
smutną prawdę o jego rodzinie. „Thomas staje się wilkiem” to wciągająca opowieść
o chłopcu, który dzięki nowoczesnej technologii może przenieść się do umysłu
zwierzęcia. Chłopak postanawia wydać wszystkie swoje oszczędności na upragniony
gadżet. Pewnego dnia natrafia w Internecie na reklamę urządzenia, które pozwala
przenieść świadomość użytkownika do umysłu zwierzęcia, dając mu kontrolę nad
jego zachowaniem.
Sięgając po lekturę „Thomas staje się wilkiem”, nie
spodziewałem się, że wywrze na mnie tak duże wrażenie. Na okładce widnieje
oznaczenie 11+, a ja swoje jedenaste urodziny miałem ćwierć wieku temu. Moje
zaskoczenie było tym większe, gdy już pierwszego dnia przeczytałem jedną
trzecią książki. To, co przykuło moją uwagę, to umiejętne budowanie napięcia
oraz stopniowe odkrywanie tajemnic związanych z życiem Thomasa i jego rodziny.
Ojciec chłopaka pracuje zęby mieć na alkohol lub wręcz pracuje za butelkę, stosuje
przemoc fizyczną i psychiczną. Na początku przejmowanie władzy nad umysłami
domowych pupili wydaje się zabawne, jednak prawdziwa ekscytacja przychodzi z
kontrolą nad dzikimi drapieżnikami, co prowadzi do tragicznych konsekwencji.
„Thomas staje się wilkiem” to książka, która łamie bariery
międzypokoleniowe. Napisana jest lekkim i przyjemnym stylem, a także
atrakcyjnie wydana (brzegi kartek są barwione). Uważam, że to idealna lektura
dla młodzieży, osób, które zaczynają swoją przygodę z literaturą, lub tych,
którzy chcą „przewietrzyć umysł” i przeczytać coś odprężającego. Serdecznie
dziękuję Autorowi za możliwość poznania tej historii oraz za egzemplarz do
recenzji. Polecam.
Michał Wójcik, Ona. Brzemię legendy, recenzja
Autor: Michał Wójcik
Tytuł: Ona. Brzemię legendy
Cykl: Sługa Piasku
Wydawnictwo: Self-publishing
Rok wydania: 2024
Liczba stron: 356
moja ocena: 8/10
„Ona. Brzemię legendy” to trzeci tom cyklu „Sługa Piasku”
autorstwa Michała Wójcika. W swojej najnowszej powieści autor ponownie zabiera
czytelników w emocjonującą podróż, pełną brutalnej przemocy, intryg i złamanych
serc, do najdalszych zakątków kosmosu.
Główna bohaterka, Anna, po dramatycznych wydarzeniach z
poprzedniej części, postanawia wyrównać rachunki z człowiekiem, którego obwinia
za tragedię oraz wszelkie krzywdy, jakie spadły na nią i jej rodzinę. Pragnie
zamknąć wszystkie sprawy związane z jej przeszłością na planecie Tung. W tym
celu zamierza rozwikłać zagadkę legendarnej księgi Edwarda Teacha i odnaleźć
skarb legendarnego pirata. Jednak w wyniku wybuchu wojny między Republiką a
Federacją jej plany ulegają komplikacji. W obliczu wielkiego galaktycznego
konfliktu piracka wspólnota staje się narzędziem w rękach walczących ze sobą
politycznych potęg.
Lektura najnowszej powieści Michała Wójcika była dla mnie
niezwykle interesującym doświadczeniem. Uważam, że najmocniejszym punktem
książki jest kreacja głównej bohaterki – Anny. Jako kapitan pirackiego statku
niczym rasowa wojowniczka o prawa kobiet wykazuje się zdecydowaniem, pewnością
siebie, brawurą i lekkomyślnością. Po raz kolejny przekonałem się, że Michał
Wójcik w swojej twórczości koncentruje się na budowaniu napięcia poprzez
dynamiczne (niekiedy wulgarne) dialogi oraz dramatyczne sceny, w których
bohaterowie giną lub doznają krzywd. Te doświadczenia rzutują na ich późniejsze
wybory, decydując, czy staną po ciemnej, czy jasnej stronie mocy. Czytając
„Ona. Brzemię legendy”, zauważyłem, że w tej historii miłość, przyjaźń i
zaufanie schodzą na dalszy plan, a pierwsze skrzypce grają zemsta, nienawiść,
zdrada, morderstwo i dążenie do władzy. Od samego początku akcja rozwija się
bardzo szybko, co sprawia, że czytelnik nie może się nudzić. Warto również
zauważyć, że, podobnie jak w poprzednich tomach, autor wprowadza odniesienia do
klasyków science fiction, tym razem do drugiej i trzeciej trylogii „Gwiezdnych
wojen”.
Pod względem językowym i redakcyjnym książka jest napisana
bardzo poprawnie. Jedynym elementem, który raził mnie w trakcie czytania, był
brak rozwinięcia motywu historii Anny pomiędzy ucieczką Brego z Tung a
zaciągnięciem się przez nią na statek piratów. Michał bardzo lakonicznie opisał
dramatyczne przeżycia i okrucieństwa, jakich doświadczyła, a które miały, jak
się zdaje, ogromny wpływ na jej postępowanie i brak skrupułów względem ludzi,
którzy ją zdradzili lub wyrządzili jej krzywdę.
„Ona. Brzemię
legendy” to książka, którą śmiało mogę polecić wszystkim fanom mrocznego,
brutalnego science fiction.
Radosław Lewandowski, Yggdrasill Exodus, recenzja
Autor: Radosław
Lewandowski
Tytuł: Yggdrasil. Exodus
Cykl: Yggdrasil, Tom II
Wydawnictwo: H.D.K.
Lewandowska
Rok wydania: 2024
Liczba stron: 330
Moja ocena: 7/10
„Yggdrasill Exodus” to
drugi tom dylogii „Yggdrasill” autorstwa Radosława Lewandowskiego. Poznajemy w
niej dalsze przygody Erika Erikssona, który wraz z drużyną Waregów oraz
mieszkańcami słowiańskiej osady zostaje przeniesiony w czasy paleolitu. Dumny
Wiking, po utracie przyjaciół, postanawia wypełnić wolę Siewcy. W towarzystwie
neandertalczyków, wyrusza do Czerwonej Skały, aby wypełnić wolę potężnego bytu.
To wydarzenie ma ogromny wpływ nie tylko na przyszłość Eryka, ale także na losy
całej planety oraz równoległych światów.
Druga część „Yggdrasill”
zaskoczyła mnie wprowadzeniem przez autora drugiego głównego bohatera admirała
Heza Tolova, żyjącego w XXXV wieku. Otrzymuje on zadanie ochrony ludzkości oraz
sprzymierzonych ras przed atakiem Najeźców, a także przygotowania ludzi do
opuszczenia ich rodzimego świata w poszukiwaniu nowego domu. Lektura
„Yggdrasill Exodus” nie należy do najłatwiejszych. Fragmenty poświęcone
przygodom Eryka czytało mi się bardzo dobrze, jednak gdy w książce były
omawiane techniczne aspekty związane z m. in. podróżami kosmicznymi, fizyką,
astronomią, budową wszechświata i sztuczną inteligencją, przyjemność z czytania
znacząco zmalała. Myślę że gdyby ten element został ograniczony do niezbędnego
minimum czytałoby się ją znacznie łatwiej. Mimo to opisywanie tak trudnych i
skomplikowanych kwestii świadczy o duże wiedzy autora. W swojej książce
Radosław Lewandowski nie szczędzi czytelnikom plastycznych i barwnych opisów
bitew toczonych w przestrzeni kosmicznej między statkami ludzi a
Niszczycielami. Jako ciekawostkę wskazałbym pewne odnośniki i nawiązania do
takich klasyków kina jak „Gwiezdne Wojny”, „Star Trek” i „Gwiezdne Wrota”.
Na wyróżnienie zasługuje zakończenie,
które pozwala snuć domysły, że admirał Hez i Eryk mogą w przyszłości powrócić.
Osobiście polecam „Yggdrasill Exodus” autorstwa Radosława Lewandowskiego
wszystkim fanom literatury science fiction.
#podróżwczasie #paleolit
#sciencefiction #wwikingowie
Radosław Lewandowski, Yggdrasil. Struny czasu, recenzja
Autor: Radosław Lewandowski
Tytuł: Yggdrasil. Struny czasu
Cykl: Yggdrasil
Wydawnictwo: H.D.K. Lewandowska
Rok wydania: 2024
Liczba stron: 350
Moja ocena: 8/10
Potężna korporacja NOVA chcąc wzmocnić swoją pozycje w
galaktyce, decyduje się na wysłanie w daleką przeszłość mikro urządzenia
rejestrującego, odbywa się to za pośrednictwem odkrytej w kosmosie czarnej
dziury. Eksperyment zostaje jednak zakłócony przez nieznaną siłę, w wyniku
czego do okresu paleolitu zostaje przeniesiona słowiańska wioska wraz z jej
mieszkańcami i drużyną najemnych Wikingów, na czele której stoi Eryk, syn jarla
Skandynawii Eryka Zwycięskiego. W nowej rzeczywistości bohaterom przychodzi
zmierzyć się z niegościnnym klimatem, stadami wilków i mamutów oraz dzikimi
plemionami zamieszkującymi ówczesną Europę Środkową. Korzystając z posiadanej
wiedzy i umiejętności oraz przy użyciu mieczy, tarcz i toporów Waregowie torują
sobie drogę przez niegościnna krainę, szukając miejsca gdzie można by rozpocząć
nowe życie.
Lektura „Yggdrasil. Struny Czasu” wywarła na mnie bardzo
duże wrażenie. Mimo że jest to powieść science fiction, której wątkiem
przewodnim są podróże w czasie, autor wplótł w opisywana historię wątki
zaczerpnięte z mitologii słowiańskiej, nordyckiej, historii Grecji, krajów
Półwyspu Iberyjskiego i innych. Historia
opiera się na starannie skonstruowanej fabule i niekiedy zaskakuje zwrotami
akcji. Jednym z największych atutów książki jest jej język. Radosław
Lewandowski posługuje się barwnymi i plastycznymi opisami życia, flory i fauny
okresu Paleolitu.
Zarówno Eryk jak i inni Waregowie, poprzez swoje rubaszne
poczucie humoru, pociąg do dziewek, bitek i miodu potrafią wzbudzić sympatię i
dodają powieści dużo kolorytu, a przeżywane przez nich przygody potrafią
przykuć uwagę. Jedynymi fragmentem historii, który kompletnie nie przypadł mi
do gustu i był nieco niezrozumiały był prolog i pierwszy rozdział (hard science
fiction, które skojarzyło mi się z filmami „Dzień niepodległości” i
„Surogaci”). prolog i pierwszy rozdział książki książki mnie zaskoczył, bo było
to zupełnie co innego, niż mogłaby sugerować okładka. Potężne science fiction
pełną parą, które skojarzyło mi się z filmami „Dzień niepodległości” i
„Surogaci”.
W mojej ocenie „Yggdrasil. Struny czasu” to opowieść, którą
serdecznie polecam wszystkim fanom
fantasy i science fiction z elementami słowiańskiej i nordyckiej mitologii.
Luiza Dobrzyńska, Pol Trek. Na dobre u jeszcze gorsze, recenzja
Autor: Luiza Dobrzyńska
Tytuł: Pol Trek. Na dobre i jeszcze gorsze
Wydawnictwo: Wydawnictwo Książkowe HM
Rok wydania: 2024
Liczba stron: 330
„Poltrek. Na dobre i na jeszcze gorsze”
autorstwa Luizy Dobrzańskiej to druga odsłona pełnej humoru serii science
fiction, opowiadającej o przygodach polskiej załogi statku kosmicznego „Hermasz”.
Akcja powieści rozgrywa się dwa lata po wydarzeniach znanych z „Pol Trek. W
imieniu Rzeczpospolitej”. Kapitan Liliana Zakrzewska oraz pozostali członkowie
załogi przechodzą niezbędne kursy i szkolenia w Akademii Gwiezdnej Armady. Po
sukcesie pierwszej misji oczekiwania wobec Polaków rosną, a liczba osób
pragnących dołączyć do załogi również się zwiększa. Do załogi statku dołącza Keras Klingorgianka, która zostaje żoną Zajczika, oraz pisarz-dziennikarz Wojciech
Cepowski, który uwielbia spacerować boso. Załoga „Hermasza” otrzymuje niezwykle
niebezpieczne zadanie: dotrzeć tam, gdzie nie dotarł dotąd żaden statek.
Tradycyjnie na pokładzie
„Hermasza” czytelnik spotka niezwykle barwną i kłótliwą załogę, która stopniowo
powiększa się o kolejnych pasażerów na gapę. Każdy z nich ma swoje unikalne
cechy, które dodają załodze charakteru i sprawiają, że jej działania stają się
nieprzewidywalne. Tak jak w pierwszej części, moim ulubionym załogantem był
kapelan, ojciec Tadeusz Muchomorek, który swoją postawą, gorliwością religijną
i niezwykłym talentem do wplątywania się w różnego rodzaju dyskusje z ateistami
i obcymi rasami zdobył moje głębokie uznanie. Książka obfituje w odniesienia do
aktualnej sytuacji politycznej w Polsce i na świecie, a także do popkultury,
klasyków kina i literatury. W porównaniu do pierwszej części jest o jedną
trzecią krótsza, co wcale nie jest wadą, a wręcz zaletą.
Mimo że „Pol Trek. Na dobre
i na jeszcze gorsze” to ciekawa i oryginalna powieść science fiction z ogromną
dawką humoru, niestety nieco mnie zawiodła. Głównie z powodu powtarzających się
schematów i załogi, która niemal nie zmieniła się od pierwszej części. Mamy co
prawda nowych członków, Wróbla i Cepowskiego, ale nie wnoszą oni nic
szczególnego do historii, co jest dużą stratą. Po przeczytaniu książki miałam
wrażenie, że autorka wszystkie najlepsze pomysły przelała na karty pierwszej
części cyklu, przez co druga część wydawała mi się uboższa pod względem
fabularnym i pod kątem występujących w niej bohaterów.
„Pol Trek. Na dobre i na
jeszcze gorsze” to bardzo przyjemna książka i świetna propozycja dla fanów
lekkiego science fiction, którzy cenią sobie dobry humor. Osobiście gorąco
polecam ją wszystkim miłośnikom tego gatunku.
Luiza Dobrzyńska, Pol Trek w imieniu Rzeczpospolitej, recenzja
Autor: Luiza Dobrzyńska
Tytuł: Pol Trek w imieniu Rzeczpospolite
Wydawnictwo: Wydawnictwo Odmienne Stany Fantastyki
Rok wydania: 2022
Liczba stron: 492
„Pol Trek w imieniu Rzeczypospolitej” to jedna z tych
książek, obok których nie sposób przejść obojętnie. Zarówno okładka, na której
widnieje statek kosmiczny przypominający dziecięcą konstrukcję z papieru, jak i
tytuł nawiązujący do legendarnego serialu „Star Trek”, sprawiają, że nie można
się oprzeć pokusie sięgnięcia po tę lekturę.
Luiza Dobrzańska rozpoczyna swoją opowieść od serii żartów i
szalonych zwrotów akcji. W skrócie można to ująć tak: decyzja o budowie
polskiego statku kosmicznego zapadła w gabinecie pewnego wysokiej rangi
polityka, który, zmagając się z uporczywym kacem, podpisywał wszystkie
dokumenty bez zastanowienia, w tym projekt budowy statku. Okręt kosmiczny
powstał z części z demobilu oraz silnika podarowanego przez obcą rasę, tworząc
przysłowiowy „składak”, który ochrzczono imieniem „Hermasz”. Największym jednak
problemem okazało się skompletowanie załogi. Każdy kandydat znajdował tysiące
powodów, by nie służyć na statku, o którym mówiono, że najpewniej rozpadnie się
zaraz po starcie. Ostatecznie załoga pochodząca z „łapanki” złożona z Polaków,
Rosjan, Niemców, Romów, Afrykanina i kilku przedstawicieli obcej cywilizacji.
Warto dodać, że ludzka część załogi nie przeszła niezbędnych kursów i szkoleń,
które umożliwiłyby jej pracę na statku. Tak skompletowana drużyna wyruszyła w
pierwszą w dziejach naszego kraju podróż kosmiczną, której celem było zbadanie
nieodkrytej przestrzeni kosmicznej.
„Pol Trek” to przykład powieści, która ma bawić i dostarczać
rozrywki. Już sam skład załogi statku daje pewność, że między bohaterami będą
miały miejsce kłótnie, awantury, ale także chwile radości i zabawy. W książce
występuje wiele postaci, a moją ulubioną był ojciec Tadeusz Muchomorek z
Torunia, nawiązujący do postaci ojca Tadeusza Rydzyka. W trakcie całego lotu ów
kapelan był inicjatorem wielu przezabawnych przedsięwzięć, takich jak
organizacja Tłustego Czwartku czy Wielkanocy, a także starał się nawrócić
ateistów i członków załogi z innych planet na katolicyzm.
W mojej ocenie liczna załoga „Hermasza” stanowi atut
książki, gdyż każdy czytelnik może wybrać postać, której chce kibicować i z
którą się utożsamiać. W powieści można znaleźć wiele nawiązań do współczesnej
historii, polityki, popkultury i literatury, takich jak „Świat według
Kiepskich”, „Na dobre i na złe”, „M jak miłość”, „Odyseja kosmiczna” i wiele
innych.
„Pol Trek w imieniu Rzeczypospolitej” to książka, która
zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Myślę, że przypadnie do gustu fanom
literatury science fiction, którzy cenią sobie humorystyczne elementy w
książkach.
-
Tytuł: "Nawiedzona Wagina" Autor: Carlton Mellick III Wydawnictwo: Dom Horroru Ilość stron: 101 Rok Wydania: 2019 Ocena: 9/10 Cz...
-
Dziś chciałbym podzielić się z Wami moją opinią na temat książki Franciszka Piątkowskiego Powiernik . Jest to debiut literacki pisar...
-
Autor: E.Raj Tytuł: Uczeń Nekromanty, tom 1. Plaga Wydawnictwo: Novae Res Rok wydania: 2019 Ocena: 11/10 Niewielu jest autorów, po któ...
-
Tytuł: „Dzieci Starych Bogów " Autor: Agnieszka Miela Wydawnictwo: Kłobook Ilość stron: 430 Rok Wydania: 2019 Ocena: 8 /10 Witam...
-
Autor: Jarosław Dobrowolski Tytuł: Delirium Cykl: Krwiopijca Wydawnictwo: Planeta Czytelnika Rok wydania: 2022 Ilość stron: 482 Moja ocena: ...



















