Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science-Fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science-Fiction. Pokaż wszystkie posty

Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja

 

Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja

Autor: Tomasz Cechowski
Tytuł: Kod Pixeli
Wydawnictwo: Amazon KDP
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 300
Moja ocena: 8/10

 

„Kod Pixeli” autorstwa Tomasz Cechowski to powieść łącząca thriller, science fiction i elementy sensacji. Już od początku widać, że autor miał konkretny pomysł na historię oraz na pokazanie świata, w którym rozwój technologii może wymknąć się spod kontroli.
Fabuła skupia się na Alexie Smithie, który po osobistej tragedii rzuca się w wir pracy nad nowatorskim projektem technologicznym. Szybko okazuje się jednak, że rozwój technologii może prowadzić w bardzo niebezpiecznym kierunku.
Autor sprawnie buduje atmosferę zagrożenia i pokazuje świat, w którym postęp wymyka się spod kontroli.
Dużym plusem książki jest to, że mimo licznych odniesień do technologii i przyszłościowych rozwiązań, autor nie zasypuje czytelnika trudnym technicznym słownictwem.
Dzięki temu „Kod Pixeli” pozostaje przystępną lekturą nawet dla osób, które na co dzień nie interesują się tematami związanymi z informatyką czy rozwojem sztucznej inteligencji. Styl autora również oceniam pozytywnie — książkę czyta się szybko i lekko, czemu dodatkowo sprzyja niewielka objętość oraz podział na aż 44 krótkie rozdziały. To sprawia, że bardzo łatwo powiedzieć sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”.
Nie jest jednak tak, że książka całkowicie mnie porwała.
Momentami brakowało mi większego przyspieszenia fabuły i mocniejszych zwrotów akcji, które jeszcze bardziej podbiłyby napięcie. Czasami miałem też wrażenie, że dialogi brzmią nieco sztywno, przez co pojedyncze sceny wypadały mniej naturalnie, niż powinny.
Mimo tych kilku zastrzeżeń
„Kod Pixeli” uważam za całkiem udany debiut lub przynajmniej bardzo solidną propozycję dla fanów lekkiego science fiction z thrillerowym zacięciem. Najbardziej podobało mi się to, że pod warstwą sensacyjnej historii autor próbuje przemycić pytanie o to, czy istnieje granica rozwoju technologii, której jako ludzie nie powinniśmy przekraczać. I właśnie takie refleksje po zakończeniu książki zostają w głowie najdłużej.

Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja

 

Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja

Autor: Karina Łagowska

Tytuł: Sonata jesienna na kota i wilkonczelę

Wydawnictwo: OdeSFa

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 522

Moja ocena 9/10


Wśród powieści wymykających się schematom i odważnie mieszających gatunki "Sonata jesienna na kota i wilkonczelę" autorstwa Karina Łagowska zdecydowanie wyróżnia się na tle współczesnej literatury.
Akcja toczy się na warszawskim Ursynowie i została podzielona na dwa momenty w czasie – rok 1994 oraz 2008. Głównymi bohaterami jest grupa dwunastolatków z jednej klasy: Mateusz, Felek, Artur „Byku”, Sonia i Agata. Łączy ich silna przyjaźń i wspólne spędzanie czasu. Na początku wszystko wydaje się zwyczajne, ale to właśnie ta codzienność ma znaczenie. Autorka dobrze oddaje klimat lat 90. – dzieci biegające po osiedlu, proste rozmowy i swobodę, jakiej dziś trochę brakuje.
Niewyjaśniona choroba jednej z bohaterek, ekscentryczny Henryk oraz pojawienie się wilkonczeli – dziwnej istoty będącej połączeniem wilka i wiolonczeli – sprawiają, że historia skręca w stronę horroru i science fiction. Pojawiają się też Kataryniarze i tajemniczy Czarny Okręt. Mimo że brzmi to nietypowo, całość jest spójna i dobrze poprowadzona.
Największą siłą tej powieści są bohaterowie. Każde z dzieci ma swój charakter, historię i ciężar, który niesie. Szczególnie zapadł mi w pamięć Struna – osiedlowy bandzior, który ma „łeb jak sklep” – oraz Felek, postać tragiczna, której po prostu nie da się nie współczuć. To właśnie przez ich perspektywę oglądamy makabryczne wydarzenia, których do końca nie rozumieją – i to nadaje historii dodatkowej głębi.
Styl Łagowskiej jest bardzo barwny, momentami wręcz poetycki. Autorka chętnie sięga po odniesienia do klasyki literatury, co dodaje tekstowi smaku, ale nie przytłacza. Co ważne, potrafi też świetnie balansować między grozą a refleksją – bo pod warstwą fantastyczno-horrorową kryje się opowieść o dorastaniu, traumie i tym, jak dzieciństwo potrafi odcisnąć piętno na całym życiu.
Nie jest to książka bez wad. Zbyt duże odstępy między akapitami (Prawdopodobnie wynika to z polityki wydawnictwa – mam inną książkę od tego samego wydawcy i tam również pojawiają się duże odstępy między akapitami). i momentami bardzo rozbudowane bloki tekstu mogą wybijać z rytmu. Trafiają się też literówki. Na szczęście są to rzeczy czysto techniczne, które nie psują przyjemności z czytania.
„Sonata jesienna…” to historia dla tych, którzy nie boją się gatunkowych eksperymentów i lubią, kiedy książka zostawia po sobie lekki niepokój. Trochę straszy, trochę wzrusza, a momentami zmusza do refleksji. I co najważniejsze – zostaje w głowie na dłużej.

Poul Anderson, Podniebna krucjata, recenzja

Poul Anderson, Podniebna krucjata, recenzja

Autor: Paul Anderson
Tytuł: Podniebna krucjata
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 192
Moja ocena 8/10

„Podniebna krucjata” Paula Andersona to jedna z tych książek, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Autor bierze klasyczną powieść science fiction, dodaje do niej średniowiecznych rycerzy, krucjaty i humor, a potem miesza to wszystko w bardzo udany sposób. Efekt jest zaskakująco spójny i przede wszystkim bardzo przyjemny w lekturze.
Akcja rozpoczyna się w 1345 roku. Sir Roger de Tourneville zbiera rycerstwo, by wyruszyć na wojnę z Francją u boku króla Edwarda. W tym samym czasie w jego włościach w Ansby ląduje statek kosmiczny obcej rasy – Wersgorów, którzy chcą skolonizować Ziemię. Plan szybko się jednak komplikuje, bo średniowieczni Anglicy, wspierani duchowo przez brata Parvusa, okazują się przeciwnikiem znacznie groźniejszym, niż obcy się spodziewali. Gdy jeden z Wersgorów zostaje pojmany, sir Roger wpada na szalony pomysł: przejąć statek i wykorzystać go do przeprowadzenia krucjaty – najpierw przeciw Francji, a potem ku Ziemi Świętej.
To właśnie to zderzenie mentalności średniowiecznego rycerza z kosmiczną technologią jest największą siłą powieści. Anderson pokazuje, jak ludzie XIV wieku próbują zrozumieć coś, co zupełnie nie pasuje do ich świata, i robi to w sposób zabawny, ale też bardzo konsekwentny.
Sir Roger de Tourneville to postać szczególnie udana. Jest świetnym dowódcą i sprytnym strategiem, potrafi planować i przewidywać ruchy przeciwnika, ale jednocześnie całkowicie ulega swojej żonie, Lady Katarzynie. Ta z kolei jest chyba najbardziej irytującą osobą w całej książce – wiecznie niezadowolona, marudna i jawnie flirtująca z młodym rycerzem, sir Owainem. Flirt ten prowadzi niemal na oczach Rogera i tworzy pomiędzy całą trójką bardzo ciekawy… układ.
Cała historia opowiedziana jest w formie kroniki spisywanej przez brata Parvusa. To on relacjonuje większość wydarzeń, a tam, gdzie go nie było, opisuje je tak, jak „jego zdaniem mogło być”.
„Podniebna krucjata” to satyra na science fiction, ale też na klasyczne opowieści o krucjatach i rycerskiej chwale. Książka była na tyle popularna, że doczekała się ekranizacji w 1994 roku, w której zagrał m.in. John Rhys-Davies, jednak to właśnie powieść najlepiej oddaje jej humor i pomysłowość.
To lektura idealna dla osób, które lubią inteligentną komedię w stylu Monty Pythona, ale także dla tych, którzy szukają czegoś lżejszego pomiędzy trudniejszymi książkami. Dla mnie była to bardzo udana, odprężająca przygoda – zabawna, pomysłowa i po prostu dobrze napisana.
 


Paweł Lukas, Boskie więzienie. Loch, recenzja

Paweł Lukas, Boskie więzienie. Loch, recenzja

Autor: Paweł Lukas
Tytuł: Boskie więzienie. Loch
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 513
Moja ocena 10/10


Są takie książki, które od pierwszych stron wciągają bez reszty. „Boskie więzienie. Loch” Pawła Lukasa to właśnie jedna z nich – dynamiczna, mroczna i zaskakująca od której trudno się oderwać.
Jako fan klasycznych RPG w duchu Gothica czy The Elder Scrolls poczułem się tu jak w domu. Zaczynamy jako więzień. Jest propozycja nie do odrzucenia. Jest brutalny świat, którego zasady trzeba pojąć, by przeżyć. Aleks Kwiecień budzi się w mrocznym Babilonie, nad którym góruje monumentalne Yggdrasil. W jego wnętrzu znajduje się Loch – stu­piętrowa, śmiercionośna konstrukcja, którą Eksploratorzy przemierzają w zamian za spełnienie życzenia.
Pomysł z klasami postaci (Mysz, Królik, Kot, Sęp, Wilk, Niedźwiedź, Lew) zdobywaniem punktów doświadczenia, rozwojem umiejętności i bossami działa znakomicie, mnie wciągnęło natychmiast.
Ogromnym atutem książki jest międzynarodowa i międzyepokowa obsada. Bohaterowie pochodzą z Polski, Niemiec, Rosji, Słowacji, Anglii, Francji, Japonii, Ameryki i wielu innych krajów – a także z różnych epok i równoległych światów. Zderzenie mentalności i doświadczeń tworzy fascynującą mieszankę. Lukas sprawnie łączy fantasy z mitologią nordycką, grecką i Stary testament, dodając nutę grozy i science fiction. Walki z potworami – od krwiożerczych szczurów po przerażającego Szczurołaka – mają ciężar i klimat. Gdy w drużynie pojawia się sabotażysta, napięcie rośnie do granic możliwości.
Największą siłą powieści są jednak bohaterowie. Aleks przechodzi wiarygodną drogę od zagubionego chłopaka do kogoś, kto zaczyna rozumieć mechanizmy rządzące Lochem. Olaf Reichet, szef Cerbera, intryguje niejasnymi motywacjami i bezwzględnością. Lukrecja przyciąga tajemnicą, Jasper Jones przeraża czystym szaleństwem, a Zara Vaker – w moim odczuciu najciekawsza postać – łączy bezwzględność stratega z wewnętrznym zagubieniem. Każda z tych postaci ma własne cele, marzenia i demony.
Do tego dochodzą twisty, które naprawdę wywracają fabułę do góry nogami. Kilka razy byłem pewien, że wiem, dokąd to zmierza – i za każdym razem autor udowadniał mi, że się mylę. Akcja galopuje od pierwszej do ostatniej strony. Nie było tu fragmentu, który by mnie nużył.
Owszem, można znaleźć drobne błędy redaktorskie, ale przy pierwszym wydaniu jestem w stanie je wybaczyć – zwłaszcza przy tak ambitnym projekcie.
„Boskie więzienie. Loch” to mroczne fantasy z RPG-owym sercem, świetnym pomysłem i wciągającą realizacją. Jeśli kolejna część byłaby już dostępna, bez wahania sięgnąłbym po nią od razu.

Robert A. Heinlein, Dubler, recenzja

Robert A. Heinlein, Dubler, recenzja

Autor: Robert A. Heinlein
Tytuł: Dubler
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2000
Liczba stron: 158
Moja ocena 8/10



„Dubler” Roberta A. Heinleina to książka, która na pierwszy rzut oka wygląda jak lekka, sensacyjna science fiction, ale bardzo szybko okazuje się czymś znacznie poważniejszym. Pod warstwą intrygi i futurystycznej otoczki kryją się pytania o władzę, odpowiedzialność i to, jaką cenę musi zapłacić zwykły człowiek, gdy zostanie wciągnięty w wielką politykę. Dodam tylko że to dla mnie już piąte spotkanie z twórczością Heinleina.
Akcja powieści rozgrywa się w roku 2100. Lawrence Smythe to przeciętny aktor, jeden z tych ludzi, którzy wciąż wierzą, że „ta jedna rola” odmieni ich życie. Los – a raczej polityczna intryga o międzyplanetarnej skali – daje mu taką szansę, choć w formie, której z pewnością się nie spodziewał. Po porwaniu charyzmatycznego lidera opozycji, Johna Bonefortea, Lawrence zostaje zmuszony do wcielenia się w jego rolę i tymczasowego zastąpienia go podczas kluczowego wydarzenia politycznego. Stawką jest zachowanie pokoju między Ziemią i Marsem.
Heinlein sprawnie łączy tu political thriller z science fiction. Intryga rozwija się powoli, a uwaga czytelnika skupia się na głównym bohaterze, który musi grać polityka, wiedząc, że jeden fałszywy gest lub źle dobrane słowo mogą mieć katastrofalne konsekwencje. Forma pierwszoosobowego pamiętnika dodatkowo wzmacnia to wrażenie – czytelnik niemal cały czas tkwi w głowie Lawrencea i obserwuje wszystkie wydarzenia jego oczami.
Czytając „Dublera”, trudno było mi uciec od skojarzenia z „Karierą Nikodema Dyzmy” – oczywiście w wersji science fiction i po amerykańsku. Motyw człowieka z przypadku, który dzięki splotowi okoliczności trafia na sam szczyt politycznej gry, jest tu wyraźnie obecny i stanowi jedno z ciekawszych źródeł interpretacji powieści.
Nie jest to jednak książka pozbawiona słabszych punktów. Z pewnym niedosytem przyjąłem fakt, że Heinlein nie rozwinął szerzej rywalizacji politycznej pomiędzy Partią Ekspansjonistyczną a Partią Ludzkości. Potencjał tego konfliktu jest ogromny, a przedstawione zostaje on raczej szkicowo, jako tło dla losów Lawrence’a, niż jako pełnoprawny temat analizy politycznej. Również język powieści nie porywa – jest poprawny, chwilami surowy, ale daleki od literackiego rozmachu znanego z najlepszych utworów autora.
Na koniec warto wspomnieć o stronie edytorskiej. Wydanie pozostawia wiele do życzenia: drobna czcionka i bardzo małe odstępy między wierszami znacząco obniżają komfort lektury, co przy książce wymagającej skupienia jest odczuwalne.
Mimo tych zastrzeżeń „Dubler” to powieść, którą zdecydowanie warto poznać – szczególnie jeśli ktoś interesuje się literaturą science fiction zahaczającą o politykę i mechanizmy władzy.


Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja

 
Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja


Autor: Harry Harrison
Tytuł: Filmowy wehikuł czasu
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 225
Moja ocena 8/10


„Filmowy wehikuł czasu” Harry’ego Harrisona okazał się dla mnie znakomitą odskocznią od lektur cięższych tematycznie. To książka sprawnie łącząca science fiction, satyrę i historyczną przygodę. Harrison bawi się konwencją, jednocześnie bardzo trafnie punktując absurdy świata filmu – i robi to w sposób, który mimo upływu ponad czterdziestu lat od pierwszego wydania wciąż pozostaje zaskakująco aktualny.
Dla mnie było to kolejne spotkanie z twórczością autora, którego znam już z takich tytułów jak „Planeta Śmierci” (obie części), „Przestrzeni! Przestrzeni!” czy „Planeta Przeklętych”. Harrison i tym razem nie zawodzi – pokazuje, że ma ogromne wyczucie rytmu opowieści i świetne poczucie humoru. Punktem wyjścia fabuły jest sytuacja rodem z hollywoodzkiego koszmaru: podupadłe studio Climactic stoi na skraju bankructwa, a jego szef daje producentowi Barneyowi Hendricksonowi… pięć dni na ukończenie wielkiego filmu, który ma uratować wytwórnię. Brzmi absurdalnie? Oczywiście – ale właśnie na tym polega siła tej powieści. Ratunkiem okazuje się cudowny wynalazek profesora Hewetta: wehikuł czasu. Dzięki niemu ekipa filmowa przenosi się do roku 1003, by nakręcić „hiperrealistyczny” film o wikingach, którzy odkryli Amerykę na długo przed Kolumbem. Wszystko to w oszałamiającym technikolorze i… najlepiej w jeden weekend.
Jednym z największych atutów książki są bohaterowie – wyraziści, karykaturalni, ale bardzo łatwi do polubienia. Wiking Ottar, który zgadza się zagrać w filmie w zamian za butelkę whisky dziennie. Barney Hendrickson, reżyser, który nakręcił 73 filmy i żaden nie był dobry. Jest jeszcze profesor Hewett, genialny naukowiec tak bardzo pochłonięty teorią czasu i przestrzeni, że momentami sam gubi się we własnych wyjaśnieniach.
Na duży plus zasługuje tempo narracji. Harrison świetnie oddaje gorączkową atmosferę pracy na planie filmowym, presję czasu i chaos twórczy. Dużo się dzieje, dialogi są żywe, a kolejne komplikacje pojawiają się z odpowiednią częstotliwością, dzięki czemu książkę czyta się szybko i z wyraźną przyjemnością. Nie ma tu dłużyzn ani momentów przestoju.
Mimo lekkiej formy autor celnie punktuje patologie i nonsensy Hollywood – pogoń za zyskiem, fikcję „wielkiego dzieła”, improwizację podszytą desperacją. Przeniesienie tych mechanizmów do realiów XI wieku działa znakomicie i wydobywa satyryczny potencjał opowieści.
„Filmowy wehikuł czasu” to książka, która bawi, odpręża i poprawia humor. Jest klimatyczna, dynamiczna i bardzo świadoma swojej konwencji. Nie sili się na wielkie filozoficzne tezy, ale oferuje solidną, inteligentną rozrywkę – dokładnie taką, jakiej czasem potrzeba najbardziej. Oceniam ją bardzo pozytywnie i z czystym sumieniem polecam każdemu, kto ma ochotę na science fiction z przymrużeniem oka, sporą dawką satyry i historycznym twistem.

Eric Frank Russell, Osa, recenzja

 

Eric Frank Russell, Osa, recenzja

Autor: Eric Frank Russell

Tytuł: Osa

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Rok wydania: 2021

Liczba stron: 224

Moja ocena 7/10


„OSA” Erica Franka Russella to jedna z tych powieści science fiction, które zaskakują nie efektami specjalnymi ani rozbudowaną wizją przyszłości, lecz konsekwencją pomysłu i precyzją wykonania. Choć od jej pierwszego wydania minęło blisko 77 lat, książka wciąż potrafi zainteresować współczesnego czytelnika – być może nawet bardziej dziś niż w momencie premiery.
Erica Franka Russella to brytyjski oficer i weteran II wojny światowej. Autor opowiadań i powieści z gatunku science fiction,, nagrodzony pierwszą w historii nagrodą Hugo. „Osa” to jedna z mniej znanych jego powieści. Punktem wyjścia fabuły jest trwająca od niemal roku wojna Terran z Imperium Syrijskim. Przewaga liczebna przeciwnika sprawia, że klasyczne działania militarne tracą sens, a dowództwo Terry decyduje się na broń znacznie subtelniejszą: dywersję, sabotaż i dezinformację. Tytułowa osa staje się tu metaforą – pojedynczy, sprawny agent może wywołać chaos nieproporcjonalny do własnych sił. Taką rolę ma odegrać James Mowry, wysłany na planetę Jaimec, jedną z centralnych prowincji Imperium, zamieszkaną przez dziesiątki milionów Syrijczyków. Jego zadanie brzmi prosto: siać zamęt.
Największą siłą „Osy” jest sposób, w jaki Russell opisuje pracę dywersyjną. Nie ma tu patosu ani bohaterskich szarż – zamiast tego dostajemy precyzyjny zapis drobnych działań w postaci wypisywania haseł na murach, naklejania specjalnych naklejek na witryny sklepów, które z czasem zaczynają przynosić właściwy rezultat. „Osa” nie atakuje miast ani baz wojskowych, lecz podkopuje zaufanie, destabilizuje struktury władzy i stopniowo osłabia morale przeciwnika. Czytając, trudno oprzeć się wrażeniu, że jego działania są boleśnie logiczne i – co najbardziej niepokojące – skuteczne.
W trakcie lektury coraz częściej pojawia się myśl, że „OSA” tylko udaje klasyczne science fiction. Technologiczna otoczka schodzi na dalszy plan, a sednem powieści staje się psychologiczna wojna informacyjna. Szczególnie intrygujący jest wątek tajemniczej organizacji Dirac Angestun Geser – struktury, która w rzeczywistości jest w dużej mierze wytworem plotek, strachu i zbiorowej wyobraźni. Russell pokazuje tu mechanizm znany z historii XX wieku: mit bywa potężniejszy niż realna siła.
Powieść czyta się szybko – to książka raczej cienka, pozbawiona dłużyzn, z wyraźnie zaznaczonym tempem i kilkoma udanymi zwrotami akcji. Pod koniec autor pozwala sobie również na odrobinę czarnego humoru, który dobrze kontrastuje z ponurym wydźwiękiem całości.
„OSA” nie jest książką
dla miłośników klasycznej SF, historii zimnowojennych strategii i literatury o wojnie psychologicznej. Idealna propozycja dla tych, którzy lubią science fiction myślące, a nie tylko efektowne.

Clifford D. Simak, Czas jest najprostszą rzeczą, recenzja

Clifford D. Simak, Czas jest najprostszą rzeczą, recenzja

 

Autor: Clifford D. Simak

Tytuł: Czas jest najprostszą rzeczą

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Rok wydania: 2022

Liczba stron: 282

Moja ocena 5/10

Clifford D. Simak uważany jest za jednego z najbardziej zasłużonych pisarzy XX wieku, a „Czas jest najprostszą rzeczą” to jedna z jego najbardziej rozpoznawalnych powieści. Niestety, choć książka ma w sobie ogromny potencjał, ostatecznie pozostawia czytelnika z poczuciem niedosytu. To jedna z tych książek, na których najbardziej zawiodłem się w 2025 roku.

Punktem wyjścia jest znakomity i świeży pomysł na eksplorację kosmosu. Ludzkość rezygnuje z fizycznych podróży międzygwiezdnych, gdyż okazuje się że naszą planetę otaczają niebezpieczne prądy które uniemożliwiają ludziom eksplorację kosmosu. Zamiast tego w kosmos wysyłane są ludzkie umysły. W kontrolowanych warunkach telepaci przemierzają wszechświat, odkrywając planety i cywilizacje, a monopol na te badania ma potężna korporacja Fishhook.

Niestety, mimo ogromnego potencjału Simak wykorzystuje go tylko częściowo. Owszem, świat przedstawiony teoretycznie jest niezwykle atrakcyjny: zamożna Ziemia pozbawiona głodu, kryzysów energetycznych czy ekologicznych. Jednak tych obrazów dostajemy bardzo niewiele, a szkoda, bo mogła stanowić najciekawszy aspekt powieści.

Główny bohater, Shepherd Blaine, zostaje wrzucony w wir wydarzeń po zetknięciu się z obcą istotą, z którą wymienia świadomość. Zyskuje moce, które czynią go zagrożeniem dla własnych pracodawców, i od tego momentu zaczyna się jego ucieczka – przed korporacją, zabobonem i ludzką ignorancją. Niestety, Blaine nie jest postacią, o której chciałoby się czytać. W zasadzie większość bohaterów stworzonych przez Simaka sprawia wrażenie kartonowych – podobni do siebie, pozbawieni głębi

Co więcej, konstrukcja fabuły opiera się na niekończącym się ciągu zbiegów okoliczności. Blaine prześlizguje się przez kolejne nieprawdopodobne sytuacje, które zamiast budować napięcie, zaczynają męczyć i irytować. Do tego dochodzą długie, monotonne monologi wewnętrzne, z których większość niewiele wnosi do historii – raczej rozwadnia niż pogłębia narrację.

Najbardziej problematyczny pozostaje jednak motyw gwałtownego nawrotu zabobonów. W świecie pełnym technologicznego dobrobytu ludzie zaczynają wierzyć w czarownice, wilkołaki i inne stworzenia rodem z legend, uznając telepatów za potwory. Oczywiście metafory dotyczące ksenofobii, lęku przed innością oraz ciemnoty społecznej są jasne i wartościowe. Jednak sposób, w jaki Simak przedstawia to zjawisko, wydaje się nieprzekonujący i wymuszony. To świat, który nie działa zgodnie z własną logiką.

Choć książka ma niespełna 300 stron, potrafi zmęczyć. W moim przypadku lektura zajęła niemal dwa tygodnie – a to zawsze znak, że historia nie angażuje tak, jak powinna. Polecam głównie tym, którzy chcą poznać klasykę science fiction z obowiązku lub ciekawości. Dla reszty może to być lektura rozczarowująca, ja raczej po nią drugi raz nie sięgnę.


Philip K. Dick, Świat Jonesa, recenzja

Philip K. Dick, Świat Jonesa, recenzja

Autor: Philip K. Dick

Tytuł: Świat Jonesa

Wydawnictwo: Rebis

Rok wydania: 2013

Liczba stron: 260

Moja ocena: 7/10

Moje kolejne spotkanie z twórczością Philipa K. Dicka okazało się zaskakująco udane – choć nie bez zastrzeżeń. Po lekturze Ubika i Człowieka z wysokiego zamku, które nie zrobiły na mnie większego wrażenia, do Świata Jonesa podchodziłem z ostrożnością. Tym razem jednak historia wciągnęła mnie bardziej i, co ważne, zostawiła kilka myśli, które wciąż do mnie wracają.

Dick kreśli tu dystopijną (czyli to co lubię najbardziej) wizję Stanów Zjednoczonych w latach 90. XX wieku. To kraj po wojnie nuklearnej, gdzie władzę sprawuje totalitarne państwo oparte na wojsku i wszechobecnych służbach bezpieczeństwa. Opornych wysyła się do obozów pracy, a społeczeństwo trzyma w ryzach nowa ideologia – relatywizm. W skrócie: możesz mówić wszystko, o ile jesteś w stanie to udowodnić.

Wizja Dicka jest mroczna, ale i pomysłowa. Ludzie, zniszczeni psychicznie przez wojnę, żyją w apatii. Niektórzy zostali zmutowani przez promieniowanie, co otwiera przestrzeń dla wątków związanych z odmiennością i wykluczeniem. Na tym tle pojawia się tytułowy Jones, człowiek posiadający niezwykły dar: potrafi bezbłędnie przewidzieć przyszłość do roku naprzód. Jego historia wciąga, choć w wielu miejscach miałem wrażenie, że autor wzorował postać na Adolfie Hitlerze – widać to w sposobie, w jaki Jones zyskuje wyznawców i manipuluje nimi.

Pod względem stylu Świat Jonesa czyta się dobrze – język jest klarowny, a tempo odpowiednio szybkie. Nie jest to może najbardziej złożona czy dopracowana książka Dicka, ale sprawdza się jako przykład wczesnej dystopii z ciekawymi pytaniami filozoficznymi w tle. Zakończenie przewidywalne, choć akceptowalne – nie psuje całości, ale nie zaskakuje tak, jak można by tego oczekiwać.

Na osobne słowa zasługują ilustracje Wojciecha Siudmaka, które świetnie dopełniają tekst.

Świat Jonesa to książka, którą warto przeczytać, choć nie należy spodziewać się arcydzieła. Dla mnie to najlepsze spotkanie z Dickiem do tej pory – wciąż jednak bardziej interesująca jako wizja i refleksja, niż jako w pełni satysfakcjonująca fabuła.

Robert A. Henlein, Żołnierze Kosmosu, recenzja

Robert A. Henlein, Żołnierze Kosmosu, recenzja

Autor: Robert A. Heinlein

Tytuł: Żołnierze Kosmosu

Wydawnictwo: Mag

Rok wydania: 2023

Liczba stron: 256

Moja ocena: 9/10


Robert A. Heinlein (1907–1988) to jeden z filarów science fiction XX wieku – stawiany obok Isaaca Asimova czy Arthura C. Clarke’a. Weteran marynarki, inżynier, wizjoner. Jego książki łączą techniczną precyzję z pytaniami o człowieka, społeczeństwo i politykę. Nic dziwnego, że wciąż wywołują dyskusje, a on sam zapisał się w historii gatunku jako klasyk, którego głos brzmi do dziś.

Żołnierze kosmosu to powieść, która – podobnie jak głośny film Verhoevena z 1997 roku – wzbudza emocje, choć oba dzieła są zupełnie różne. Heinlein nie stawia na widowisko, lecz na refleksję. Owszem, mamy wojnę z obcymi, tzw. Arachnidami, ale autorowi zależy przede wszystkim na pytaniach o odpowiedzialność, obywatelskość i cenę wolności.

Narratorem jest młody kadet Johny Rico. To przez jego oczy poznajemy codzienność rekrutów, wojskową dyscyplinę i ustrój Federacji Ziemskiej. Heinlein świetnie pokazuje, że armia to nie tylko technologia i hierarchia, ale też trudne wybory moralne. Szczególnie mocno zapada w pamięć myśl, że prawdziwe przywództwo to gotowość poniesienia ryzyka – nawet wtedy, gdy oznacza to stanąć w pierwszym szeregu.

Choć książka powstała w 1959 roku, jej aktualność wciąż zaskakuje. Refleksje na temat społeczeństwa, władzy i poświęcenia brzmią niezwykle współcześnie, a liczne techniczne opisy sprzętu, statków czy systemów dowodzenia nadają powieści autentyczności. Co ciekawe, scen walki jest tu stosunkowo niewiele – Heinlein woli opowiadać o przygotowaniach, szkoleniu i filozofii wojny niż o samej akcji. Może dla niektórych będzie to wada, ale w moim odczuciu właśnie to sprawia, że powieść wyróżnia się na tle klasycznego military SF..

Na szczególne wyróżnienie zasługuje wątek relacji Rico z ojcem, który dodaje powieści głębi i osobistego charakteru. Całość czyta się lekko, nawet mimo obecności dłuższych rozważań autora. Najsłabszym elementem okazują się natomiast sceny walki z robalami – sprawiają wrażenie napisanych z obowiązku, bez próby nadania im barwności czy dynamiki. Na szczęście współczesne wydania nadrabiają to w pewnym stopniu klimatycznymi okładkami, doskonale oddającymi ducha tej historii.

Żołnierze kosmosu to klasyka, którą każdy fan science fiction powinien znać. To nie tylko wojna z obcymi, ale przede wszystkim refleksja nad tym, czym jest lojalność, odpowiedzialność i obywatelskość. Dla mnie była to już czwarta przygoda z Heinleinem – i z pewnością nie ostatnia.

Arthur C. Clark, Spotkanie z Ramą, recenzja

 

Arthur C. Clark, Spotkanie z Ramą, recenzja

Autor: Arthur C. Clark

Tytuł: Spotkanie z Ramą

Cykl: Rama (tom I)

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Rok wydania: 2023

Liczba stron: 280

Moja ocena: 3/10


Arthur C. Clarke to jedno z najważniejszych nazwisk literatury science fiction XX wieku, a jego Spotkanie z Ramą uznawane jest za jedno z arcydzieł gatunku. Książka zdobyła niemal wszystkie prestiżowe nagrody, jakie można sobie wyobrazić: Hugo, Nebulę, Locusa, BSFA, Campbella, Jupitera. Trudno więc podejść do niej bez wysokich oczekiwań.

W naszym układzie słonecznym pojawia się obiekt o regularnym kształcie i gigantycznych rozmiarach pojawia się w Układzie Słonecznym. Szybko okazuje się, że to nie asteroida, lecz statek obcej cywilizacji, nazwany Rama (wybrano nazwę związaną z egipskim bóstwem, gdyż wyczerpano nazwy pochodzące z greckiej bądź rzymskiej mitologii). Na jego pokład dostaje się załoga statku Śmiałek, której zadaniem jest zbadanie konstrukcji i ustalenie, czy stanowi zagrożenie dla Ziemi. Pomysł – przynajmniej na poziomie ogólnym – jest intrygujący. Niestety, jego literacka realizacja pozbawiona została emocji. Narracja Clarke’a jest chłodna, techniczna, niemal zupełnie wyzuta z dramaturgii. W momentach, które powinny budzić fascynację, niepokój czy poczucie kontaktu z czymś niepojętym, autor pozostaje beznamiętny. Zamiast budowania atmosfery tajemnicy – suchy raport z obserwacji.

Jednym z najsłabszych elementów powieści są postacie. Komandor Norton i jego załoga to bohaterowie pozbawieni głębi, wyraziście zarysowanych cech czy relacji między sobą. Trudno zapamiętać ich imiona, nie mówiąc już o zaangażowaniu się w ich losy. Clarke długo buduje napięcie wokół zagadki Ramy – jednak oczekiwana kulminacja nigdy nie nadchodzi. Finał pozostawia poczucie niedosytu. Na tle pozostałych elementów jedynym wyraźnym atutem książki pozostaje kontekst przyszłości: zmiany społeczne i polityczne na Ziemi, kolonizacja innych planet, nowe normy dotyczące życia rodzinnego czy tak odważne idee jak osuszenie Morza Śródziemnego.

Spotkanie z Ramą to powieść o ogromnym potencjale, który nie został wykorzystany. Mimo licznych nagród i statusu klasyka, jest to książka adresowana głównie do najbardziej cierpliwych miłośników hard science fiction. Pozostali czytelnicy mogą poczuć się zawiedzeni.

Peter Watts, Rozgwiazda, tom 1, recenzja

Peter Watts, Rozgwiazda, tom 1, recenzja

Autor: Peter Watts

Tytuł: Rozgwiazda

Cykl: Trylogia Ryfterów (tom 1)

Wydawnictwo: Vesper

Rok wydania: 2023

Liczba stron: 484

Moja ocena: 2/10



„Rozgwiazda” to powieść science fiction autorstwa Petera Wattsa, której akcja rozgrywa się w mrocznych głębinach Oceanu Spokojnego. W podmorskiej stacji „Bebee”, zlokalizowanej u grzbietu morskiego Juan de Fuca, zespół pracowników, zwany ryfterami (posiadającymi unikalną umiejętność oddychania pod wodą dzięki przeszczepionym skrzelom), prowadzi badania nad pozyskiwaniem energii geotermalnej z dna oceanicznego. Ze względu na ekstremalne warunki, w stacji mogą pracować jedynie osoby z zaburzeniami psychicznymi, zmagające się z traumą, psychopaci i wykolejeńcy.

Choć pomysł na fabułę jest oryginalny i intrygujący, wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Styl, którym posługuje się Watts, jest wyjątkowo toporny. Narracja obfituje w naukowe terminy i techniczny żargon, co często sprawia, że lektura staje się nużąca. Dialogi między bohaterami są rozwlekłe i rzadko wnoszą coś istotnego do rozwoju fabuły czy historii postaci. Szczególnie rozczarowuje sposób, w jaki autor przedstawia życie codzienne na stacji, ograniczające się do spania, jedzenia i wychodzenia na powierzchnię. Sięgając po tę książkę, liczyłem na klaustrofobiczny klimat oraz poczucie lęku związane z otaczającą bohaterów głębią, a także na wpływ tego stanu na ich psychikę i zachowanie. W rzeczywistości otrzymałem przeraźliwie nudne hard science fiction, przy którym niemiłosiernie się wynudziłem.

Jedynym pozytywnym elementem, za który zapamiętam tę książkę, jest jej oprawa graficzna. Okładka jest naprawdę piękna i klimatyczna, doskonale oddająca mroczny i przytłaczający obraz życia w podmorskiej stacji, który jednak nie został w pełni oddany na kartach powieści.

Jarosław Dobrowolski, Mecha Fiction: Episod 1, recenzja

Jarosław Dobrowolski, Mecha Fiction: Episod 1, recenzja


Autor: Jarosław Dobrowolski

Tytuł: Mecha Fiction: Epizod 1

Wydawnictwo: Sinister Project

Rok wydania: 2024

Liczba stron: 216

Moja ocena: 8/10


Mecha Fiction: Epizod 1” to tytuł czwartej powieści Jarosława Dobrowolskiego, którą miałem przyjemność przeczytać w ostatnich latach. Gatunkowo łączy w sobie elementy science fiction z słowiańskim klimatem.

W roku 2198 świat staje na krawędzi katastrofy humanitarnej i ekologicznej, a instytucja państwa została zniesiona. Potężne korporacje przejęły władzę nad światem i toczą między sobą walkę o pozostałe bogactwa naturalne oraz obszary nadające się do życia. Witek jest jedną z ofiar tego konfliktu. W wyniku ataku terrorystycznego traci matkę, dom oraz władzę w rękach i nogach. 

Podczas lektury odniosłem wrażenie, że autor czerpał inspirację z kultowego anime „Neon Genesis Evangelion”, komiksu „Sędzia Dredd” oraz filmu „Pacific Rim”. Mimo to unika powielania schematów znanych fanom gatunku, wprowadzając świeże spojrzenie na tę tematykę. Jednym z najmocniejszych elementów powieści jest jej główny bohater – Witek. Mimo straszliwego wypadku i utraty matki stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Uczy się nowych rzeczy, aby odsunąć tragiczne wspomnienia. W finałowej scenie staje przed trudnym wyborem, a decyzja, którą podejmuje, zaskakuje mnie i wydaje się nie do końca racjonalna.

Na uwagę zasługują również czarno-białe ilustracje zamieszczone w książce. Dodają one klimatu powieści i pomagają lepiej wyobrazić sobie potężne maszyny oraz sceny walki z ich udziałem. Starcia robotów z myśliwcami oraz maszynami kroczącymi stanowią, moim zdaniem, najmocniejszy element książki.

Książki Jarosława Dobrowolskiego charakteryzują się lekkością i szybkością czytania. Nie inaczej jest w przypadku „Mecha Fiction: Epizod 1”. Pomimo połączenia futurystycznych i słowiańskich klimatów, narracja pozostaje przystępna nawet dla czytelników mniej zaznajomionych z gatunkiem. Osobiście mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości autor zdecyduje się na kontynuację historii wielkich robotów.

W mojej ocenie "Mecha Fiction: Epizod 1" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników ogromnych mechów oraz futurystyczno-cyberpunkowych klimatów.

Lesław Chowaniec, Gość pod podłogą, recenzja

Lesław Chowaniec, Gość pod podłogą, recenzja

  

Autor: Lesław Chowaniec

Tytuł: Gość pod podłogą

Wydawnictwo: Selfpublishing

Rok wydania: 2023

Liczba stron: 188

Moja ocena: 8/10

„Gość pod podłogą” to tytuł zbioru opowiadań autorstwa Lesława Chowańca, który nie tylko wciąga swoją tematyką i oryginalnością, ale przede wszystkim zachwyca kunsztem literackim. W książce znalazło się osiem opowiadań: pięć z nich można określić jako gatunkową grozę, dwa to thrillery, a jedno to science fiction.

Lektura antologii „Gość pod podłogą” była moim czwartym spotkaniem z twórczością Lesława Chowańca. Po trylogii fantasy pt. „Cesarz umysłów” moje oczekiwania wobec kolejnej książki były bardzo wysokie.

W zbiorze znalazły się następujące opowiadania:

– „Grzechy młodości” – opowiadanie grozy, moim zdaniem inspirowane powieścią Stephena Kinga „Chudszy”.

– „Wymarzona randka” – thriller/dramat.

– „Nocna aura” – opowiadanie grozy, które ma potencjał, aby zostać rozwinięte do formy powieści.

– „Podróż w czasie” – opowiadanie science fiction.

– „Zapomnij!” – bardzo mocne opowiadanie, które ociera się o horror ekstremalny.

– „Chatka w lesie” – połączenie grozy i czarnego humoru.

– „Wykolejeni” – opowiadanie grozy, którego akcja rozgrywa się na Syberii.

– „Gość pod podłogą” – tytułowa historia, opowiadająca o parze, która kupuje dom z dzikim lokatorem.

Osobiście najbardziej przypadły mi do gustu dwa opowiadania: „Nocna aura” i „Chatka w lesie”. Każda z historii jest starannie dopracowana, a styl pisania lekki i naturalny, co sprawia, że czyta się je z dużą przyjemnością. Ponadto autor umiejętnie buduje napięcie i wprowadza czytelnika w odpowiedni klimat.

„Gość pod podłogą” to w mojej ocenie pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników opowiadań z dreszczykiem. Serdecznie polecam.


Dawid Przybysz, Thomas staje się wilkiem, recenzja

Dawid Przybysz, Thomas staje się wilkiem, recenzja

 

Autor: Dawid Przybysz

Tytuł: Thomas staje się wilkiem

Wydawnictwo: Self-publishing

Rok wydania: 2024

Liczba stron: 240

moja ocena: 10/10

„Thomas staje się wilkiem” to wciągająca opowieść o chłopcu, który dzięki nowoczesnej technologii może przenieść się do umysłu zwierzęcia. Książka ta angażuje czytelnika od pierwszej strony, skłaniając do głębokich przemyśleń i refleksji nad otaczającym nas światem.

Dawid Przybysz serwuje czytelnikom historię szesnastoletniego Thomasa, którego życie na pierwszy rzut oka nie różni się od życia jego rówieśników. Chłopak uczęszcza do szkoły, stara się wywiązywać z domowych obowiązków i marzy o własnym komputerze, aby nie odstawać od kolegów. Bardzo dokucza mu samotność, za którą wini swojego ojca alkoholika. Wstydzi się otworzyć na innych ludzi i zaprosić kogoś do domu, obawiając się, że odkryją smutną prawdę o jego rodzinie. „Thomas staje się wilkiem” to wciągająca opowieść o chłopcu, który dzięki nowoczesnej technologii może przenieść się do umysłu zwierzęcia. Chłopak postanawia wydać wszystkie swoje oszczędności na upragniony gadżet. Pewnego dnia natrafia w Internecie na reklamę urządzenia, które pozwala przenieść świadomość użytkownika do umysłu zwierzęcia, dając mu kontrolę nad jego zachowaniem.

Sięgając po lekturę „Thomas staje się wilkiem”, nie spodziewałem się, że wywrze na mnie tak duże wrażenie. Na okładce widnieje oznaczenie 11+, a ja swoje jedenaste urodziny miałem ćwierć wieku temu. Moje zaskoczenie było tym większe, gdy już pierwszego dnia przeczytałem jedną trzecią książki. To, co przykuło moją uwagę, to umiejętne budowanie napięcia oraz stopniowe odkrywanie tajemnic związanych z życiem Thomasa i jego rodziny. Ojciec chłopaka pracuje zęby mieć na alkohol lub wręcz pracuje za butelkę, stosuje przemoc fizyczną i psychiczną. Na początku przejmowanie władzy nad umysłami domowych pupili wydaje się zabawne, jednak prawdziwa ekscytacja przychodzi z kontrolą nad dzikimi drapieżnikami, co prowadzi do tragicznych konsekwencji.

„Thomas staje się wilkiem” to książka, która łamie bariery międzypokoleniowe. Napisana jest lekkim i przyjemnym stylem, a także atrakcyjnie wydana (brzegi kartek są barwione). Uważam, że to idealna lektura dla młodzieży, osób, które zaczynają swoją przygodę z literaturą, lub tych, którzy chcą „przewietrzyć umysł” i przeczytać coś odprężającego. Serdecznie dziękuję Autorowi za możliwość poznania tej historii oraz za egzemplarz do recenzji. Polecam.

Michał Wójcik, Ona. Brzemię legendy, recenzja

 

Michał Wójcik, Ona. Brzemię legendy, recenzja

Autor: Michał Wójcik

Tytuł: Ona. Brzemię legendy

Cykl: Sługa Piasku

Wydawnictwo: Self-publishing

Rok wydania: 2024

Liczba stron: 356

moja ocena: 8/10

 

Ona. Brzemię legendy” to trzeci tom cyklu „Sługa Piasku” autorstwa Michała Wójcika. W swojej najnowszej powieści autor ponownie zabiera czytelników w emocjonującą podróż, pełną brutalnej przemocy, intryg i złamanych serc, do najdalszych zakątków kosmosu.

Główna bohaterka, Anna, po dramatycznych wydarzeniach z poprzedniej części, postanawia wyrównać rachunki z człowiekiem, którego obwinia za tragedię oraz wszelkie krzywdy, jakie spadły na nią i jej rodzinę. Pragnie zamknąć wszystkie sprawy związane z jej przeszłością na planecie Tung. W tym celu zamierza rozwikłać zagadkę legendarnej księgi Edwarda Teacha i odnaleźć skarb legendarnego pirata. Jednak w wyniku wybuchu wojny między Republiką a Federacją jej plany ulegają komplikacji. W obliczu wielkiego galaktycznego konfliktu piracka wspólnota staje się narzędziem w rękach walczących ze sobą politycznych potęg.

Lektura najnowszej powieści Michała Wójcika była dla mnie niezwykle interesującym doświadczeniem. Uważam, że najmocniejszym punktem książki jest kreacja głównej bohaterki – Anny. Jako kapitan pirackiego statku niczym rasowa wojowniczka o prawa kobiet wykazuje się zdecydowaniem, pewnością siebie, brawurą i lekkomyślnością. Po raz kolejny przekonałem się, że Michał Wójcik w swojej twórczości koncentruje się na budowaniu napięcia poprzez dynamiczne (niekiedy wulgarne) dialogi oraz dramatyczne sceny, w których bohaterowie giną lub doznają krzywd. Te doświadczenia rzutują na ich późniejsze wybory, decydując, czy staną po ciemnej, czy jasnej stronie mocy. Czytając „Ona. Brzemię legendy”, zauważyłem, że w tej historii miłość, przyjaźń i zaufanie schodzą na dalszy plan, a pierwsze skrzypce grają zemsta, nienawiść, zdrada, morderstwo i dążenie do władzy. Od samego początku akcja rozwija się bardzo szybko, co sprawia, że czytelnik nie może się nudzić. Warto również zauważyć, że, podobnie jak w poprzednich tomach, autor wprowadza odniesienia do klasyków science fiction, tym razem do drugiej i trzeciej trylogii „Gwiezdnych wojen”.

Pod względem językowym i redakcyjnym książka jest napisana bardzo poprawnie. Jedynym elementem, który raził mnie w trakcie czytania, był brak rozwinięcia motywu historii Anny pomiędzy ucieczką Brego z Tung a zaciągnięciem się przez nią na statek piratów. Michał bardzo lakonicznie opisał dramatyczne przeżycia i okrucieństwa, jakich doświadczyła, a które miały, jak się zdaje, ogromny wpływ na jej postępowanie i brak skrupułów względem ludzi, którzy ją zdradzili lub wyrządzili jej krzywdę.

 Ona. Brzemię legendy” to książka, którą śmiało mogę polecić wszystkim fanom mrocznego, brutalnego science fiction.

 

Radosław Lewandowski, Yggdrasill Exodus, recenzja

 

Radosław Lewandowski, Yggdrasill Exodus, recenzja

Autor: Radosław Lewandowski

Tytuł: Yggdrasil. Exodus

Cykl: Yggdrasil, Tom II

Wydawnictwo: H.D.K. Lewandowska

Rok wydania: 2024

Liczba stron: 330

Moja ocena: 7/10

 

„Yggdrasill Exodus” to drugi tom dylogii „Yggdrasill” autorstwa Radosława Lewandowskiego. Poznajemy w niej dalsze przygody Erika Erikssona, który wraz z drużyną Waregów oraz mieszkańcami słowiańskiej osady zostaje przeniesiony w czasy paleolitu. Dumny Wiking, po utracie przyjaciół, postanawia wypełnić wolę Siewcy. W towarzystwie neandertalczyków, wyrusza do Czerwonej Skały, aby wypełnić wolę potężnego bytu. To wydarzenie ma ogromny wpływ nie tylko na przyszłość Eryka, ale także na losy całej planety oraz równoległych światów.

Druga część „Yggdrasill” zaskoczyła mnie wprowadzeniem przez autora drugiego głównego bohatera admirała Heza Tolova, żyjącego w XXXV wieku. Otrzymuje on zadanie ochrony ludzkości oraz sprzymierzonych ras przed atakiem Najeźców, a także przygotowania ludzi do opuszczenia ich rodzimego świata w poszukiwaniu nowego domu. Lektura „Yggdrasill Exodus” nie należy do najłatwiejszych. Fragmenty poświęcone przygodom Eryka czytało mi się bardzo dobrze, jednak gdy w książce były omawiane techniczne aspekty związane z m. in. podróżami kosmicznymi, fizyką, astronomią, budową wszechświata i sztuczną inteligencją, przyjemność z czytania znacząco zmalała. Myślę że gdyby ten element został ograniczony do niezbędnego minimum czytałoby się ją znacznie łatwiej. Mimo to opisywanie tak trudnych i skomplikowanych kwestii świadczy o duże wiedzy autora. W swojej książce Radosław Lewandowski nie szczędzi czytelnikom plastycznych i barwnych opisów bitew toczonych w przestrzeni kosmicznej między statkami ludzi a Niszczycielami. Jako ciekawostkę wskazałbym pewne odnośniki i nawiązania do takich klasyków kina jak „Gwiezdne Wojny”, „Star Trek” i „Gwiezdne Wrota”.

Na wyróżnienie zasługuje zakończenie, które pozwala snuć domysły, że admirał Hez i Eryk mogą w przyszłości powrócić. Osobiście polecam „Yggdrasill Exodus” autorstwa Radosława Lewandowskiego wszystkim fanom literatury science fiction.

#podróżwczasie #paleolit #sciencefiction #wwikingowie

Radosław Lewandowski, Yggdrasil. Struny czasu, recenzja

 

Radosław Lewandowski, Yggdrasil. Struny czasu, recenzja

Autor: Radosław Lewandowski

Tytuł: Yggdrasil. Struny czasu

Cykl: Yggdrasil

Wydawnictwo: H.D.K. Lewandowska

Rok wydania: 2024

Liczba stron: 350

Moja ocena: 8/10



„Yggdrasil. Struny czasu” to tytuł powieści science fiction autorstwa Radosława Lewandowskiego. Książka stanowi pierwszy tom cyklu „Yggdrasil” i kontynuację czterotomowego cyklu „Wikingowie”. Akcja powieści toczy się w 30 wieku, następnie na chwile przenosi się do X wieku, a potem czytelnicy zostają przeniesieni 40 tyś. lat przed narodzeniem Chrystusa.

Potężna korporacja NOVA chcąc wzmocnić swoją pozycje w galaktyce, decyduje się na wysłanie w daleką przeszłość mikro urządzenia rejestrującego, odbywa się to za pośrednictwem odkrytej w kosmosie czarnej dziury. Eksperyment zostaje jednak zakłócony przez nieznaną siłę, w wyniku czego do okresu paleolitu zostaje przeniesiona słowiańska wioska wraz z jej mieszkańcami i drużyną najemnych Wikingów, na czele której stoi Eryk, syn jarla Skandynawii Eryka Zwycięskiego. W nowej rzeczywistości bohaterom przychodzi zmierzyć się z niegościnnym klimatem, stadami wilków i mamutów oraz dzikimi plemionami zamieszkującymi ówczesną Europę Środkową. Korzystając z posiadanej wiedzy i umiejętności oraz przy użyciu mieczy, tarcz i toporów Waregowie torują sobie drogę przez niegościnna krainę, szukając miejsca gdzie można by rozpocząć nowe życie. 

Lektura „Yggdrasil. Struny Czasu” wywarła na mnie bardzo duże wrażenie. Mimo że jest to powieść science fiction, której wątkiem przewodnim są podróże w czasie, autor wplótł w opisywana historię wątki zaczerpnięte z mitologii słowiańskiej, nordyckiej, historii Grecji, krajów Półwyspu Iberyjskiego i innych.  Historia opiera się na starannie skonstruowanej fabule i niekiedy zaskakuje zwrotami akcji. Jednym z największych atutów książki jest jej język. Radosław Lewandowski posługuje się barwnymi i plastycznymi opisami życia, flory i fauny okresu Paleolitu.

Zarówno Eryk jak i inni Waregowie, poprzez swoje rubaszne poczucie humoru, pociąg do dziewek, bitek i miodu potrafią wzbudzić sympatię i dodają powieści dużo kolorytu, a przeżywane przez nich przygody potrafią przykuć uwagę. Jedynymi fragmentem historii, który kompletnie nie przypadł mi do gustu i był nieco niezrozumiały był prolog i pierwszy rozdział (hard science fiction, które skojarzyło mi się z filmami „Dzień niepodległości” i „Surogaci”). prolog i pierwszy rozdział książki książki mnie zaskoczył, bo było to zupełnie co innego, niż mogłaby sugerować okładka. Potężne science fiction pełną parą, które skojarzyło mi się z filmami „Dzień niepodległości” i „Surogaci”.

W mojej ocenie „Yggdrasil. Struny czasu” to opowieść, którą serdecznie polecam  wszystkim fanom fantasy i science fiction z elementami słowiańskiej i nordyckiej mitologii.

Luiza Dobrzyńska, Pol Trek. Na dobre u jeszcze gorsze, recenzja

Luiza Dobrzańska, Pol Trek. Na dobre u jeszcze gorsze, recenzja

Autor: Luiza Dobrzyńska

Tytuł: Pol Trek. Na dobre i jeszcze gorsze

Wydawnictwo: Wydawnictwo Książkowe HM

Rok wydania: 2024

Liczba stron: 330

Moja ocena: 8/10

 „Poltrek. Na dobre i na jeszcze gorsze” autorstwa Luizy Dobrzańskiej to druga odsłona pełnej humoru serii science fiction, opowiadającej o przygodach polskiej załogi statku kosmicznego „Hermasz”. Akcja powieści rozgrywa się dwa lata po wydarzeniach znanych z „Pol Trek. W imieniu Rzeczpospolitej”. Kapitan Liliana Zakrzewska oraz pozostali członkowie załogi przechodzą niezbędne kursy i szkolenia w Akademii Gwiezdnej Armady. Po sukcesie pierwszej misji oczekiwania wobec Polaków rosną, a liczba osób pragnących dołączyć do załogi również się zwiększa. Do załogi statku dołącza Keras Klingorgianka, która zostaje żoną Zajczika, oraz pisarz-dziennikarz Wojciech Cepowski, który uwielbia spacerować boso. Załoga „Hermasza” otrzymuje niezwykle niebezpieczne zadanie: dotrzeć tam, gdzie nie dotarł dotąd żaden statek.

Tradycyjnie na pokładzie „Hermasza” czytelnik spotka niezwykle barwną i kłótliwą załogę, która stopniowo powiększa się o kolejnych pasażerów na gapę. Każdy z nich ma swoje unikalne cechy, które dodają załodze charakteru i sprawiają, że jej działania stają się nieprzewidywalne. Tak jak w pierwszej części, moim ulubionym załogantem był kapelan, ojciec Tadeusz Muchomorek, który swoją postawą, gorliwością religijną i niezwykłym talentem do wplątywania się w różnego rodzaju dyskusje z ateistami i obcymi rasami zdobył moje głębokie uznanie. Książka obfituje w odniesienia do aktualnej sytuacji politycznej w Polsce i na świecie, a także do popkultury, klasyków kina i literatury. W porównaniu do pierwszej części jest o jedną trzecią krótsza, co wcale nie jest wadą, a wręcz zaletą.

Mimo że „Pol Trek. Na dobre i na jeszcze gorsze” to ciekawa i oryginalna powieść science fiction z ogromną dawką humoru, niestety nieco mnie zawiodła. Głównie z powodu powtarzających się schematów i załogi, która niemal nie zmieniła się od pierwszej części. Mamy co prawda nowych członków, Wróbla i Cepowskiego, ale nie wnoszą oni nic szczególnego do historii, co jest dużą stratą. Po przeczytaniu książki miałam wrażenie, że autorka wszystkie najlepsze pomysły przelała na karty pierwszej części cyklu, przez co druga część wydawała mi się uboższa pod względem fabularnym i pod kątem występujących w niej bohaterów.

„Pol Trek. Na dobre i na jeszcze gorsze” to bardzo przyjemna książka i świetna propozycja dla fanów lekkiego science fiction, którzy cenią sobie dobry humor. Osobiście gorąco polecam ją wszystkim miłośnikom tego gatunku.

Luiza Dobrzyńska, Pol Trek w imieniu Rzeczpospolitej, recenzja

Luiza Dobrzańska, Pol Trek w imieniu Rzeczpospolitej, recenzja

Autor: Luiza Dobrzyńska

Tytuł: Pol Trek w imieniu Rzeczpospolite

Wydawnictwo: Wydawnictwo Odmienne Stany Fantastyki

Rok wydania: 2022

Liczba stron: 492

Moja ocena: 8/10


Pol Trek w imieniu Rzeczypospolitej” to jedna z tych książek, obok których nie sposób przejść obojętnie. Zarówno okładka, na której widnieje statek kosmiczny przypominający dziecięcą konstrukcję z papieru, jak i tytuł nawiązujący do legendarnego serialu „Star Trek”, sprawiają, że nie można się oprzeć pokusie sięgnięcia po tę lekturę.

Luiza Dobrzańska rozpoczyna swoją opowieść od serii żartów i szalonych zwrotów akcji. W skrócie można to ująć tak: decyzja o budowie polskiego statku kosmicznego zapadła w gabinecie pewnego wysokiej rangi polityka, który, zmagając się z uporczywym kacem, podpisywał wszystkie dokumenty bez zastanowienia, w tym projekt budowy statku. Okręt kosmiczny powstał z części z demobilu oraz silnika podarowanego przez obcą rasę, tworząc przysłowiowy „składak”, który ochrzczono imieniem „Hermasz”. Największym jednak problemem okazało się skompletowanie załogi. Każdy kandydat znajdował tysiące powodów, by nie służyć na statku, o którym mówiono, że najpewniej rozpadnie się zaraz po starcie. Ostatecznie załoga pochodząca z „łapanki” złożona z Polaków, Rosjan, Niemców, Romów, Afrykanina i kilku przedstawicieli obcej cywilizacji. Warto dodać, że ludzka część załogi nie przeszła niezbędnych kursów i szkoleń, które umożliwiłyby jej pracę na statku. Tak skompletowana drużyna wyruszyła w pierwszą w dziejach naszego kraju podróż kosmiczną, której celem było zbadanie nieodkrytej przestrzeni kosmicznej.

Pol Trek” to przykład powieści, która ma bawić i dostarczać rozrywki. Już sam skład załogi statku daje pewność, że między bohaterami będą miały miejsce kłótnie, awantury, ale także chwile radości i zabawy. W książce występuje wiele postaci, a moją ulubioną był ojciec Tadeusz Muchomorek z Torunia, nawiązujący do postaci ojca Tadeusza Rydzyka. W trakcie całego lotu ów kapelan był inicjatorem wielu przezabawnych przedsięwzięć, takich jak organizacja Tłustego Czwartku czy Wielkanocy, a także starał się nawrócić ateistów i członków załogi z innych planet na katolicyzm.

W mojej ocenie liczna załoga „Hermasza” stanowi atut książki, gdyż każdy czytelnik może wybrać postać, której chce kibicować i z którą się utożsamiać. W powieści można znaleźć wiele nawiązań do współczesnej historii, polityki, popkultury i literatury, takich jak „Świat według Kiepskich”, „Na dobre i na złe”, „M jak miłość”, „Odyseja kosmiczna” i wiele innych.

Pol Trek w imieniu Rzeczypospolitej” to książka, która zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Myślę, że przypadnie do gustu fanom literatury science fiction, którzy cenią sobie humorystyczne elementy w książkach.