Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja

 
Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja


Autor: Harry Harrison
Tytuł: Filmowy wehikuł czasu
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 225
Moja ocena 8/10


„Filmowy wehikuł czasu” Harry’ego Harrisona okazał się dla mnie znakomitą odskocznią od lektur cięższych tematycznie. To książka sprawnie łącząca science fiction, satyrę i historyczną przygodę. Harrison bawi się konwencją, jednocześnie bardzo trafnie punktując absurdy świata filmu – i robi to w sposób, który mimo upływu ponad czterdziestu lat od pierwszego wydania wciąż pozostaje zaskakująco aktualny.
Dla mnie było to kolejne spotkanie z twórczością autora, którego znam już z takich tytułów jak „Planeta Śmierci” (obie części), „Przestrzeni! Przestrzeni!” czy „Planeta Przeklętych”. Harrison i tym razem nie zawodzi – pokazuje, że ma ogromne wyczucie rytmu opowieści i świetne poczucie humoru. Punktem wyjścia fabuły jest sytuacja rodem z hollywoodzkiego koszmaru: podupadłe studio Climactic stoi na skraju bankructwa, a jego szef daje producentowi Barneyowi Hendricksonowi… pięć dni na ukończenie wielkiego filmu, który ma uratować wytwórnię. Brzmi absurdalnie? Oczywiście – ale właśnie na tym polega siła tej powieści. Ratunkiem okazuje się cudowny wynalazek profesora Hewetta: wehikuł czasu. Dzięki niemu ekipa filmowa przenosi się do roku 1003, by nakręcić „hiperrealistyczny” film o wikingach, którzy odkryli Amerykę na długo przed Kolumbem. Wszystko to w oszałamiającym technikolorze i… najlepiej w jeden weekend.
Jednym z największych atutów książki są bohaterowie – wyraziści, karykaturalni, ale bardzo łatwi do polubienia. Wiking Ottar, który zgadza się zagrać w filmie w zamian za butelkę whisky dziennie. Barney Hendrickson, reżyser, który nakręcił 73 filmy i żaden nie był dobry. Jest jeszcze profesor Hewett, genialny naukowiec tak bardzo pochłonięty teorią czasu i przestrzeni, że momentami sam gubi się we własnych wyjaśnieniach.
Na duży plus zasługuje tempo narracji. Harrison świetnie oddaje gorączkową atmosferę pracy na planie filmowym, presję czasu i chaos twórczy. Dużo się dzieje, dialogi są żywe, a kolejne komplikacje pojawiają się z odpowiednią częstotliwością, dzięki czemu książkę czyta się szybko i z wyraźną przyjemnością. Nie ma tu dłużyzn ani momentów przestoju.
Mimo lekkiej formy autor celnie punktuje patologie i nonsensy Hollywood – pogoń za zyskiem, fikcję „wielkiego dzieła”, improwizację podszytą desperacją. Przeniesienie tych mechanizmów do realiów XI wieku działa znakomicie i wydobywa satyryczny potencjał opowieści.
„Filmowy wehikuł czasu” to książka, która bawi, odpręża i poprawia humor. Jest klimatyczna, dynamiczna i bardzo świadoma swojej konwencji. Nie sili się na wielkie filozoficzne tezy, ale oferuje solidną, inteligentną rozrywkę – dokładnie taką, jakiej czasem potrzeba najbardziej. Oceniam ją bardzo pozytywnie i z czystym sumieniem polecam każdemu, kto ma ochotę na science fiction z przymrużeniem oka, sporą dawką satyry i historycznym twistem.

Franciszek M. Piątkowski, Zamawiacz, recenzja

 

Autor: Eric Frank Russell  Tytuł: Osa  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis  Rok wydania: 2021  Liczba stron: 224  Moja ocena 7/10

Autor: Franciszek M. Piątkowski

Tytuł: Zamawiacz

Wydawnictwo: Self-publishing

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 309

Moja ocena 9/10


„Zamawiacz” Franciszka M. Piątkowskiego to powieść, która swobodnie łączy kilka gatunków. Kryminał, urban fantasy i słowiańska mitologia spotykają się tu w jednej historii, tworząc opowieść mroczną, a jednocześnie bardzo przystępną i wciągającą. To książka, która nie tylko sprawnie prowadzi fabułę, lecz także konsekwentnie buduje własny świat i wyraźnie pokazuje, że nie jest kolejną odsłoną Uniwersum Powiernika, lecz samodzielną, autonomiczną historią. 
W mrożących krew w żyłach okolicznościach ginie młoda kobieta, Bogna. Jej chłopak, Miłosz Siemion, zostaje wrobiony w dokonanie tej zbrodni. Prokurator Michał Grela oraz komisarz Agata Modrzejewska próbują rozwikłać sprawę, która bardzo szybko wymyka się racjonalnym ramom. Fakty nie chcą się połączyć w logiczną całość, a główny podejrzany opuszcza komisariat w tajemniczych okolicznościach. W tle pojawiają się ludzie w szarych garniturach oraz słowiańskie potwory, które próbują przejąć kontrolę nad Zamawiaczem.
W mojej ocenie jednym z największych atutów „Zamawiacza” jest świetnie poprowadzony wątek kryminalny. Z jednej strony mamy duet śledczych – prokuratora i policjantkę – którzy starają się zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Z drugiej strony głównego bohatera, który również próbuje dotrzeć do prawdy. Co istotne, Miłosz nie działa w pojedynkę – pomaga mu osobliwa drużyna zaprzyjaźnionych potworów. Akcja powieści rozwija się w dobrze dobranym tempie: dynamiczne, intensywne sceny przeplatają się z wolniejszymi fragmentami.
Bardzo ciekawie wypada porównanie „Zamawiacza” z „Powiernikiem”. Znając wcześniejsze książki Franciszka M. Piątkowskiego, łatwo było założyć, że otrzymamy kolejną odsłonę znanego już świata. Tymczasem autor wyraźnie poszedł w inną stronę. Różnice między tymi uniwersami są znaczące i szybko dają się odczuć. W „Powierniku” słowiańskie istoty funkcjonowały raczej na uboczu – niewidoczne dla zwykłych ludzi. W „Zamawiaczu” jest odwrotnie: żyją tuż obok nas, są częścią codzienności i realnie wpływają na to, co dzieje się w świecie ludzi.
Na plus wypadają także drobne elementy humorystyczne, które skutecznie przełamują mroczny klimat powieści. Świetnym przykładem jest motyw Biedy, pracującej jako dyrektor sieci aptek w Lublinie – i, co szczególnie zabawne, radzącej sobie finansowo całkiem dobrze. Równie interesująco wypada wątek operacji przeprowadzanej przez doktor Agnieszkę, który zapada w pamięć.
„Zamawiacz” to słowiański kryminał urban fantasy, po który zdecydowanie warto sięgnąć. Książka zostawia czytelnika z wyraźnym poczuciem niedosytu i autentyczną ciekawością tego, co wydarzy się dalej. Ja na kontynuację tej historii czekam z dużym zainteresowaniem.


William Hope Hodgson, Kraina Nocy, recenzja

William Hope Hodgson, Kraina Nocy, recenzja

Autor: William Hope Hodgson

Tytuł: Kraina Nocy

Wydawnictwo: Wydawnictwo IX

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 586

Moja ocena 5/10



„Kraina nocy” Williama Hope’a Hodgsona to powieść radykalnie inna od większości znanych utworów z pogranicza grozy, science fiction i postapokalipsy. I właśnie w tej inności tkwi zarówno jej największa siła, jak i zasadniczy problem. Z jednej strony mamy do czynienia z dziełem absolutnie wyjątkowym pod względem wyobraźni i skali wykreowanego świata, z drugiej – z książką archaiczną, stylistycznie męczącą i boleśnie monotonną. To lektura, która pozostawia po sobie bardzo ambiwalentne wrażenia.

Już na poziomie wydania „Kraina nocy” potrafi przyciągnąć uwagę. Klimatyczna grafika doskonale współgra z ponurą, kosmiczno-egzystencjalną wizją świata przedstawionego. Sam koncept jest jednym z tych, które zapadają w pamięć na długo: martwa planeta pogrążona w wiecznej nocy, wygasłe Słońce i resztki ludzkości skupione w gigantycznej metalowej piramidzie liczącej ponad 1300 pięter. Konstrukcja ta chroniona jest przez tzw. „prąd ziemski” – pole energetyczne, które uniemożliwia zbliżenie się potworom, mutantom i nieokreślonym siłom ciemności, a jednocześnie zapewnia energię do funkcjonowania całej struktury. Żywność pochodzi z podziemnych plantacji sięgających setki mil w głąb planety. To wizja schyłku cywilizacji doprowadzona do logicznego i przerażającego ekstremum.

Świat na zewnątrz piramidy jest bezsprzecznie jednym z najmocniejszych elementów powieści. Hodgson z dużą plastycznością kreśli krajobraz wiecznej nocy: przepaści, uskoki, rzeki magmy oraz odległe gwiazdy stanowiące jedyne źródła światła w tym martwym świecie. Grasujące tam potwory – często tylko sugerowane, nie do końca opisane – działają na wyobraźnię znacznie silniej niż dosłowny horror. „Kraina nocy” nie straszy nagłymi atakami czy tanimi efektami. Jej groza opiera się na ciszy, bezkresie i mroku. To horror kosmiczny i egzystencjalny, melancholijny w tonie, wyraźnie zapowiadający to, co później rozwiną inni twórcy – z H.P. Lovecraftem na czele.

Niestety, wszystkie te atuty toną w formie, która dla współczesnego czytelnika może okazać się bardzo trudna do przebrnięcia. „Kraina nocy” to powieść pisana na początku XX wieku, utrzymana w specyficznym, archaicznym stylu, całkowicie pozbawiona dialogów. Narracja jest gęsta, rozwlekła i często nużąca. Hodgson z niemal obsesyjną dokładnością opisuje kolejne etapy marszu w ciemności: nieustanne nasłuchiwanie, obserwowanie niewyraźnych świateł, wypatrywanie nienazwanych zagrożeń. Początkowo buduje to napięcie, lecz z czasem zamienia się w monotonię, która skutecznie wyczerpuje czytelnika.

Problemem jest również sama fabuła. Jest ona boleśnie szczątkowa. Nie poznajemy nawet imienia głównego bohatera – wiemy jedynie, że w swoim „pierwszym” życiu był bogatym angielskim ziemianinem. Jego ukochana nosi imię Mirdath, a w odległej przyszłości, w piramidzie, jej odpowiednikiem jest Naani. Po śmierci Mirdath książka gwałtownie zmienia rejestr i przenosi akcję do dalekiej przyszłości, w której Słońce dawno już zgasło. Od tego momentu narracja skupia się niemal wyłącznie na wyprawie Narratora z wielkiej piramidy do mniejszej, w celu odnalezienia i sprowadzenia ukochanej z powrotem. I właściwie… niewiele więcej się tu dzieje.

Przy objętości 586 stron książka sprawia wrażenie sztucznie rozdętej. Bez większego uszczerbku dla świata przedstawionego i wymowy całości można by ją skrócić o jedną trzecią. Bogactwo opisów zmian, jakie zaszły na planecie po wygaśnięciu Słońca, nie rekompensuje braku wyraźnie rozwiniętej fabuły i dramaturgii. Monotonia narracji zabija napięcie, a lektura momentami przypomina wyczerpujący marsz – bardzo podobny do tego, który odbywa sam bohater.

Nie sposób jednak odmówić „Krainie nocy” ogromnego znaczenia historycznoliterackiego. Wielu badaczy uznaje ją za fundament podgatunku science fiction określanego mianem „Umierającej Ziemi” i trudno się z tym nie zgodzić. To powieść pełna fascynujących, dziwacznych i odważnych pomysłów, które zdecydowanie wyprzedzały swoją epokę. Szczególnie pierwsza połowa książki potrafi zachwycić rozmachem wizji i atmosferą schyłku wszystkiego, co znane.

Podsumowując: „Kraina nocy” to dzieło ważne, ambitne i skrajnie nieprzystępne. Nie próbuje przypodobać się czytelnikowi i nie idzie na żadne kompromisy – co jednych zachwyci, a innych skutecznie zniechęci. Dla mnie to książka o ogromnym potencjale wyobraźni, niestety w dużej mierze zmarnowanym przez monotonię, archaiczną formę i niemal szczątkową fabułę. Doceniam jej wpływ na rozwój gatunku, jednak jako doświadczenie czytelnicze pozostawiła mnie bardziej zmęczonym niż poruszonym. 5/10.

  

Eric Frank Russell, Osa, recenzja

 

Eric Frank Russell, Osa, recenzja

Autor: Eric Frank Russell

Tytuł: Osa

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Rok wydania: 2021

Liczba stron: 224

Moja ocena 7/10


„OSA” Erica Franka Russella to jedna z tych powieści science fiction, które zaskakują nie efektami specjalnymi ani rozbudowaną wizją przyszłości, lecz konsekwencją pomysłu i precyzją wykonania. Choć od jej pierwszego wydania minęło blisko 77 lat, książka wciąż potrafi zainteresować współczesnego czytelnika – być może nawet bardziej dziś niż w momencie premiery.
Erica Franka Russella to brytyjski oficer i weteran II wojny światowej. Autor opowiadań i powieści z gatunku science fiction,, nagrodzony pierwszą w historii nagrodą Hugo. „Osa” to jedna z mniej znanych jego powieści. Punktem wyjścia fabuły jest trwająca od niemal roku wojna Terran z Imperium Syrijskim. Przewaga liczebna przeciwnika sprawia, że klasyczne działania militarne tracą sens, a dowództwo Terry decyduje się na broń znacznie subtelniejszą: dywersję, sabotaż i dezinformację. Tytułowa osa staje się tu metaforą – pojedynczy, sprawny agent może wywołać chaos nieproporcjonalny do własnych sił. Taką rolę ma odegrać James Mowry, wysłany na planetę Jaimec, jedną z centralnych prowincji Imperium, zamieszkaną przez dziesiątki milionów Syrijczyków. Jego zadanie brzmi prosto: siać zamęt.
Największą siłą „Osy” jest sposób, w jaki Russell opisuje pracę dywersyjną. Nie ma tu patosu ani bohaterskich szarż – zamiast tego dostajemy precyzyjny zapis drobnych działań w postaci wypisywania haseł na murach, naklejania specjalnych naklejek na witryny sklepów, które z czasem zaczynają przynosić właściwy rezultat. „Osa” nie atakuje miast ani baz wojskowych, lecz podkopuje zaufanie, destabilizuje struktury władzy i stopniowo osłabia morale przeciwnika. Czytając, trudno oprzeć się wrażeniu, że jego działania są boleśnie logiczne i – co najbardziej niepokojące – skuteczne.
W trakcie lektury coraz częściej pojawia się myśl, że „OSA” tylko udaje klasyczne science fiction. Technologiczna otoczka schodzi na dalszy plan, a sednem powieści staje się psychologiczna wojna informacyjna. Szczególnie intrygujący jest wątek tajemniczej organizacji Dirac Angestun Geser – struktury, która w rzeczywistości jest w dużej mierze wytworem plotek, strachu i zbiorowej wyobraźni. Russell pokazuje tu mechanizm znany z historii XX wieku: mit bywa potężniejszy niż realna siła.
Powieść czyta się szybko – to książka raczej cienka, pozbawiona dłużyzn, z wyraźnie zaznaczonym tempem i kilkoma udanymi zwrotami akcji. Pod koniec autor pozwala sobie również na odrobinę czarnego humoru, który dobrze kontrastuje z ponurym wydźwiękiem całości.
„OSA” nie jest książką
dla miłośników klasycznej SF, historii zimnowojennych strategii i literatury o wojnie psychologicznej. Idealna propozycja dla tych, którzy lubią science fiction myślące, a nie tylko efektowne.

Paweł Rochala, Niemcza 1017, recenzja

 

Paweł Rochala, Niemcza 1017, recenzja

Autor: Paweł Rochala

Tytuł: Niemcza 1017

Wydawnictwo: Bellona

Ilość Stron: 244

Rok Wydania: 2004

Ocena: 8/10

 

Obrona Niemczy w 1017 roku to jeden z tych momentów wczesnopiastowskich dziejów, które – choć rzadziej przywoływane w powszechnej świadomości niż Cedynia czy późniejszy Budziszyn – miały fundamentalne znaczenie dla kształtu i pozycji państwa Bolesława Chrobrego. Książka Pawła Rochali, wydana w ramach cenionej serii Historyczne Bitwy Wydawnictwa Bellona, bardzo dobrze wypełnia lukę w popularnonaukowej narracji o długotrwałym konflikcie polsko-niemieckim przełomu X i XI wieku.
Autor wychodzi od szerokiego tła politycznego, pokazując genezę wojny między księciem (a od 1025 roku królem) Polski Bolesławem I Chrobrym a królem i cesarzem niemieckim Henrykiem II. Ponad połowa książki poświęcona została stosunkom polsko-niemieckim, od chwilowych sojuszy, poprzez układy dynastyczne i zbrojne konflikty. Dzięki temu oblężenie Niemczy nie jest przedstawione jako oderwany epizod militarny, lecz jako logiczne następstwo wieloletniej rywalizacji dwóch ambitnych władców.
Sam opis kampanii 1017 roku i obrony dolnośląskiego grodu ukazuje Niemczę jako kulminacyjny moment wielkiej wyprawy cesarza Henryka II na Polskę, prowadzonej przy wsparciu czeskich i lucickich sojuszników. Najazd ten w założeniu miał doprowadzić do podporządkowania Bolesława Chrobrego władzy cesarskiej oraz odebrania Polsce zachodnich ziem: Moraw, Łużyc, Milska, a w dalszej perspektywie nawet Śląska. Na szczególne podkreślenie zasługuje język książki. Niemcza 1017 została napisana przystępnie, klarownie i bez zbędnych archaizmów, co w przypadku popularyzacji wiedzy historycznej jest wartością kluczową. Autor nie upraszcza nadmiernie problematyki, ale potrafi ją wyłożyć w sposób zrozumiały także dla czytelnika, który nie zajmuje się zawodowo wczesnym średniowieczem. To cecha charakterystyczna twórczości Rochali, znanego popularyzatora historii, i tutaj również została ona w pełni zachowana.
Warto również zauważyć, że książka dobrze wpisuje się w standard serii Historyczne Bitwy: mamy do czynienia z połączeniem narracji politycznej, wojskowej, dyplomatycznej, uzupełnionej o niezbędny kontekst geograficzny i archeologiczny.
Niemcza 1017 to jedna z trzech książek Pawła Rochali wydanych w tej serii, obok Cedyni 972 oraz Lasu Teutoburskiego 9 r. n.e.. W każdej z nich autor udowadnia, że potrafi łączyć rzetelność warsztatową z narracją atrakcyjną dla szerokiego grona odbiorców.
To lektura godna polecenia zarówno osobom rozpoczynającym przygodę z historią wczesnośredniowiecznej Polski, jak i czytelnikom bardziej zaawansowanym, którzy chcą uporządkować wiedzę o jednym z kluczowych epizodów panowania Bolesława Chrobrego. Dla miłośników serii Historyczne Bitwy – pozycja obowiązkowa.

Pierre Bordage, Paryż: Lewy Brzeg, recenzja

 

Pierre Bordage, Paryż: Lewy Brzeg, recenzja

Autor: Pierre Bordage

Tytuł: Paryż. Lewy Brzeg

Wydawnictwo: Insignis

Ilość Stron: 484

Rok Wydania: 2023

Ocena: 9/10

Po zagładzie nuklearnej mieszkańcy Paryż zeszli pod ziemię. W tunelach metra Lewego Brzegu przetrwały niewielkie społeczności, skazane na życie w ciemności, strachu i permanentnym konflikcie. Wyjście na powierzchnie oznacza śmierć, a Prawy Brzeg stał się synonimem przekleństwa. W takich realiach Pierre Bordage osadza powieść „Paryż: Lewy Brzeg”, jedną z najmocniejszych odsłon Uniwersum Metro 2033.
Centralną postacią tej mrocznej układanki jest Madonna z Bac – charyzmatyczna, bezwzględna przywódczyni, która próbuje ocalić to, co pozostało z populacji dawnej stolicy Francji. Jej celem jest zjednoczenie wszystkich stacji i stworzenie Federacji, która miałaby zagwarantować wszystkim mieszkańcom przestrzeń życiową i sprawiedliwy podział dóbr. W paryskim metrze nie ma miejsca na sentymenty, Bordage bardzo konsekwentnie buduje wizję świata, w którym moralność ulega wypaczeniu, a przemoc staje się codziennym narzędziem przetrwania. 
„Lewy Brzeg” to pierwszy tom trylogii „Uniwersum Metro 2033. Paryż” i jednocześnie jedna z najbardziej oryginalnych odsłon całego cyklu. Autor świadomie zrywa z wieloma schematami znanymi z innych powieści osadzonych w tym świecie. Akcja rozgrywa się co najmniej pięć pokoleń po wojnie, a więc znacznie później niż w większości książek uniwersum. Dzięki temu mamy do czynienia nie z ludźmi pamiętającymi powierzchnię, lecz z bohaterami, dla których metro jest jedyną znaną rzeczywistością – pełnoprawnym światem, a nie tylko schronieniem.
Na uwagę zasługuje także sposób konstruowania postaci. Bordage niemal całkowicie rezygnuje z opisu wyglądu bohaterów, w tym koloru skóry – co można interpretować jako ukłon w stronę współczesnej poprawności politycznej. Bohaterowie są bardzo wyraziści, zarówno pierwszoplanowi – Zorza, Madonna, Juss – jak i postacie drugiego planu, które nie giną w tle, lecz realnie wpływają na rozwój fabuły.
Nie sposób pominąć faktu, że jest to jedna z najbardziej brutalnych powieści w całym Uniwersum Metro 2033. Stałe zagrożenie napaścią seksualną, przemoc fizyczna i psychiczna oraz wszechobecny strach sprawiają, że lektura bywa ciężka, momentami wręcz przytłaczająca.
Po stronie minusów warto odnotować wydanie książki, a konkretnie tylną okładkę z mapą paryskiego metra. Kolory linii są słabo widoczne, a brak tłumaczenia nazw stacji (pozostawionych w oryginalnym języku francuskim) może stanowić problem dla części czytelników. To drobny, ale jednak zauważalny mankament, zwłaszcza że topografia metra odgrywa w tej powieści istotną rolę.
Mimo tych niedociągnięć „Paryż: Lewy Brzeg” uważam za jedną z najlepszych powieści w całym Uniwersum Metro 2033. To książka mroczna, gęsta od emocji, brutalna, ale jednocześnie dojrzała i przemyślana. Bordage stworzył wizję, która nie tylko znakomicie wpisuje się w świat wykreowany przez Dmitrija Glukhovskyego, lecz także wyraźnie się od niego odróżnia.
Pozostaje czekać na kontynuację – bo jeśli kolejne tomy utrzymają ten poziom, paryskie metro ma szansę stać się jednym z najmocniejszych punktów całego uniwersum.