Gustaw Rajmus, Angst, recenzja

Gustaw Rajmus, Angst, recenzja


Autor: Gustaw Rajmus
Tytuł: Angst
Wydawnictwo: Forma
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 120
Moja ocena: 8/10

Ostanio zastanawiałem się nad tym, czy możliwym jest napisanie solidnego tekstu grozy, mając do dyspozycji zaledwie cztery czy pięć stron A4? To pytanie pojawiło się w mojej głowie, kiedy sięgałem po zbiór krótkich opowiadań Gustawa Rajmusa pt. „Angst”. W środku znalazło się dwadzieścia cztery teksty i większość z nich zamyka się właśnie w kilku stronach.
„Angst” trudno jednoznacznie przypisać do konkretnego gatunku. Rajmus miesza tutaj realizm z horrorem i weird fiction, dorzucając do tego jeszcze mocno oniryczny klimat. Nakreśleni przez niego bohaterowie zmagają się często z problemami psychicznymi i emocjonalnymi, przeżywają kryzysy egzystencjalne, choroby, śmierć, przemoc, morderstwa, aborcje, a także doświadczają kontaktu z czymś niematerialnym, nadprzyrodzonym. W wielu opowiadaniach granica między rzeczywistością, a tym co dzieje się w umyśle bohatera, mocno się zaciera. Czasami trudno stwierdzić, czy bohater rzeczywiście doświadcza czegoś przerażającego, czy może wszystko rozgrywa się wyłącznie w jej chorej głowie. Właśnie ta niepewność jest jednym z mocniejszych punktów tego zbioru, a mi od razu skojarzyła się z twórczością H.P. Lovecrafta.
Autor nie daje nam przy tym prostych odpowiedzi. Większość opowiadań kończy się bez wyraźnego finału. Nie dowiadujemy się, dlaczego wydarzyło się to, co przed chwilą przeczytaliśmy. Osobiście najbardziej zapisało mi się w pamięci opowiadanie „Więzy”. To historia warszawskiej pary prześladowanej przez widmo ich dziecka, na którym po kryjomu dokonali chałupniczej aborcji „za garażami na Grochowie”. To naprawdę mocny tekst. Nie tylko ze względu na sam pomysł, ale przede wszystkim na sposób jego przedstawienia. Gustaw Rajmus nie wylewa na czytelnika hektolitrów krwi i kilogramów pokruszonych ludzkich kości, nie buduje też taniego strachu na zasadzie coś zaraz wyskoczy spod łóżka. Wystarczy poczucie winy, konsekwencje podjętej decyzji i coś, czego bohaterowie nie potrafią zostawić za sobą ponieważ to wraca. Po przeczytaniu „Więzów” musiałem odłożyć książkę i zrobić sobie przerwę. Potrzebowałem chwili, żeby odpocząć.
Na uwagę zasługuje również język. Autor dobrze posługuje się piórem. Potrafi stworzyć plastyczny, sugestywny opis, ale równie dobrze radzi sobie z dialogami. Sprawnie buduje klimat i pozwala szybko wejść w kolejne historie. „Angst” jest jednak książką, którą zdecydowanie lepiej czytać powoli. Nie dlatego, że jest trudna. Wręcz przeciwnie – krótkie teksty sprawiają, że czyta się ją bardzo szybko. Dla mnie „Angst” był najciekawszą tegoroczną podróżą do świata weird fiction. 


Easton Royce, Zły znak, recenzja

Easton Royce, Zły znak, recenzja

Autor: Easton Royce
Tytuł: Zły znak
Seria: „Z archiwum X” Seria Czerwona (tom III)
Wydawnictwo: Da Capo
Rok wydania: 1997
Liczba stron: 94
Moja ocena: 4/10


Są książki, które po przeczytaniu zostawiają człowieka z pewnym bagażem wspomnień i przemyśleniami, są też takie, o których zapomina się bardzo szybko. „Zły znak” Eastona Roycea należy niestety do tej drugiej kategorii. 
Agenci FBI Mulder i Scully przyjeżdżają do niewielkiego miasteczka, w którym dochodzi do serii niewyjaśnionych zgonów licealistów. Mieszkańcy obarczają winą wyimaginowaną sektę satanistów. Wszyscy rozmawiają o tajemniczych rytuałach, krwawych śladach i całej masie lokalnych plotek. Mulder i Scully próbują natomiast ustalić, co naprawdę wydarzyło się w miasteczku.
I właśnie początek książki był tym elementem, który dał mi nadzieję, że może jednak będzie z tego coś ciekawego. Motyw satanistycznej sekty został tutaj początkowo przedstawiony całkiem interesująco. Dana Scully poddaje analizie podobne przypadki znane FBI. Zwraca uwagę na niezwykle charakterystyczny mechanizm powstawania takich historii. Niemal zawsze pojawia się ołtarz, na którym rzekomo składana jest ofiara z noworodka, choć nikt nie zgłasza zaginięcia dziecka. Pojawia się krew, której później nigdzie nie można znaleźć. Jest też obowiązkowo jakieś wielkie i groźne zwierzę, najczęściej wąż. Również te elementy pojawiają się w zeznaniach dwóch dziewczyn podających się jako świadkowie czarnej mszy. Scully zauważa, że w podobnych przypadkach niemal nigdy nie ma rzeczywistych dowodów na działalność satanistów, a całą historię napędzają plotki, strach i zbiorowa histeria. Jedna osoba coś usłyszy, druga coś dopowie, trzecia doda kolejny szczegół i po pewnym czasie wszyscy są przekonani, że widzieli satanistyczny rytuał. To naprawdę był dobry punkt wyjścia. Przez chwilę liczyłem, że autor wykorzysta ten motyw do stworzenia historii o ludzkiej podatności na strach i manipulację. Niestety, bardzo szybko okazało się, że „Zły znak” zmierza w zupełnie inną stronę.
Głównym pomysłem książki jest bowiem syzygia, czyli ustawienie trzech ciał niebieskich w jednej linii, która ma wpływać na ludzi przebywających w miasteczku. I tutaj zaczyna się dramat tej książki. Pomysł, że zbliżająca się koniunkcja planet wpływa na zachowanie mieszkańców, wydaje mi się po prostu wyjątkowo głupi. Zabrakło mi tu przekonującego uzasadnienia, dlaczego właściwie miałoby się dziać to, co się dzieje. Zamiast tajemnicy, która stopniowo nabiera sensu, dostajemy rozwiązanie oparte na czymś, co trudno potraktować poważnie nawet jak na standardy tej serii. Otóż wyobraźmy sobie że koniunkcja trzech planet oddziałuje tylko na jedno miejsce na naszej planecie, normalnie absurd. 
Jeszcze gorzej wypadają bohaterowie. Dialogi między Mulderem i Scully bardzo szybko zaczynają się powtarzać. Do tego dochodzi zazdrość Scully o zainteresowanie Muldera detektyw White. Sam pomysł nie jest zły, szczególnie jeśli ktoś czytał „Plaga” (tom 10 serii zielonej) i relację między agentami, ale tutaj został wykorzystany w sposób dość toporny. Zamiast interesującego uzupełnienia relacji bohaterów dostajemy kolejne sceny, które sprawiają wrażenie dopisanych tylko po to, żeby przypomnieć czytelnikowi, że między Mulderem a Scully istnieje pewne napięcie.
Największym problemem jest zakończenie. Nie chodzi nawet o to, że nie jest ono zaskakujące. Jest przede wszystkim bezsensowne i głupie. Nie dostajemy porządnego wyjaśnienia, co właściwie stało się później z mieszkańcami miasteczka. Nie jest też powiedziane czy winni ponieśli odpowiedzialność za wszystkie popełnione morderstwa. Wątek, który powinien zostać rozwiązany, zamiast tego zostaje właściwie porzucony.
 „Zły znak” jest książką krótką, łatwą i szybką w lekturze (95 stron, szerokie marginesy), ale trudno znaleźć w niej coś, co zostaje w pamięci na dłużej.


Michał Cholewa, Głos Kompani, recenzja


Michał Cholewa, Głos Kompani, recenzja

Autor: Michał Cholewa

Tytuł: Głos Kompani

Wydawnictwo: Warbook

Data wydania: 2026

Liczba stron: 592

Moja ocena 8/10


 „Głos Kompanii” Michała Cholewy to powieść dark fantasy o wojnie widzianej z perspektywy ludzi, którzy znajdują się po stronie okupanta, co sprawia, że książka wyróżnia się na tle wielu typowych historii toczących się w realiach zawieruchy wojennej.
Ashven formalnie odzyskało pokój. Kapłani Kordesha zostali wyparci ze stolicy, król Joren odzyskał tron, a vidyjskie wojska mają pilnować porządku. Problem w tym, że wojna się nie skończyła. W górach pozostają siły uzurpatorki Larenny, w lasach działają lojaliści, a miejscowa ludność nie zamierza bez walki zaakceptować nowej rzeczywistości. W ten świat trafia Lirka. Początkowo jako pomocnik kupca, później jako tłumacz przydzielony do kompanii najemników współpracujących z vidyjskim korpusem ekspedycyjnym. Lirka jest idealistą. Próbuje zrozumieć sens tego, co się dzieje, i przede wszystkim przekonać innych, że wojna oraz okupacja są złe. Szybko jednak przekonuje się, że dla wielu żołnierzy, którzy nie mają zawodu, walka jest jedynym sposobem na zarobek. Zupełnie inną postawę prezentuje podsetnik Kaleas – człowieka, który zdaje się nie uznawać żadnych granic w czasie wojny. Jest brutalny, bezwzględny i przekonany o własnej bezkarności. Stanowi bardzo dobry kontrast dla Lirki. Jeden próbuje zachować resztki idealizmu, drugi dawno już się go pozbył. Ów kontrast między bohaterami to jedna z mocniejszych stron powieści. Michał Cholewa stworzył sporo wyrazistych postaci. Kapitan kompanii, sierżant Hagen, setniczka Casverden, Vexley, Genevieve czy wspomniany Kaleas, każdy z nich ma własny sposób patrzenia na wojnę i własne granice, których jest gotów – albo nie jest – przestrzegać.
Początek książki nie zrobił na mnie większego wrażenia. Historia rozwija się powoli i potrzeba czasu, żeby wejść w ten świat. Powieść została podzielona na cztery części: Lato, Jesień, Zima i Wiosna. Dopiero po pewnym czasie zacząłem naprawdę wsiąkać w przedstawioną historię. Szczególnie dobrze zadziałały fragmenty dotyczące działań pacyfikacyjnych i rekwizycji prowadzonych przez kompanie w okolicznych wioskach. Najmocniejszym fragmentem była dla mnie jednak pacyfikacja Rath i Myh’lai. Autor pokazuje tam wojnę bez filtrów i bez próby usprawiedliwiania którejkolwiek ze stron. To brutalny fragment, po którym musiałem po nim zrobić sobie przerwę. Rekwizycje, pacyfikacje, przemoc, strach i podporządkowanie ludności są częścią codzienności. Jednocześnie autor nie buduje prostego podziału na dobrych i złych. Pozytywnych postaci jest tutaj niewiele, a wojna szybko pokazuje, że moralność może być luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić.
 „Głos Kompanii” jest przy tym ciekawy również dlatego, że odwraca typową perspektywę. W wielu opowieściach o okupacji główny bohater należy do podziemia, partyzantki albo ruchu oporu. Tutaj Lirka znajduje się po stronie sił okupacyjnych. Dzięki temu czytelnik obserwuje konflikt od środka – razem z ludźmi, którzy wykonują rozkazy i uczestniczą w działaniach przeciwko miejscowej ludności. To książka mocno osadzona w wojskowym klimacie. Jest w niej dużo żołnierskiej codzienności, rozkazów, hierarchii, działań w terenie i brutalnej praktyki prowadzenia wojny. Dużym plusem jest też nieprzewidywalność. Czytając książkę praktycznie do samego końca, nie byłem pewien, dokąd autor zmierza i jak zakończy tę historię. Podobały mi się również drobne elementy budujące wojskowy charakter powieści. Okrzyk kompanii „Jedno stado” czy określenie człowieka sparaliżowanego strachem – „martwy w głowę”.
 „Głos Kompanii” to moje pierwsze spotkanie z Michałem Cholewą i zdecydowanie udane. Początek wymaga cierpliwości, ale kiedy powieść już się rozkręci, trudno się od niej oderwać. To konkretna, surowa i bardzo wojskowa fantastyka, która nie próbuje zrobić z wojny przygody.


Ellen Steiber, Ewa, recenzja

Ellen Steiber, Ewa, recenzja


Autor: Ellen Steiber
Tytuł: Ewa
Wydawnictwo: Da Capo
Cykl: Z Archiwum X (seria czerwona), tom II
Data wydania: 1997
Liczba stron: 95
Moja ocena 7/10


Powrót do książek inspirowanych serialem „Z Archiwum X” jest dla mnie zawsze okazją do zanurzenia się w wspomnieniach, gdy jako dzieciak po kryjomu oglądałem przygody Muldera i Sculy. „Ewa” Ellen Steiber to druga książka z czerwonej serii, która stanowi literacką adaptację jedenastego odcinka pierwszego sezonu serialu, zatytułowanego „Eve”.
Historia rozpoczyna się od makabrycznego odkrycia. Na posesji zostaje znaleziony martwy mężczyzna, z którego ciała niemal całkowicie usunięto krew. Jedynym świadkiem wydarzenia jest jego córka, Teena. Dziewczynka nie potrafi jednak powiedzieć, co właściwie się wydarzyło. Pamięta jedynie tajemnicze czerwone światło. Sprawa staje się jeszcze bardziej zagadkowa, gdy na drugim końcu Stanów Zjednoczonych dochodzi do identycznego morderstwa. Tym razem świadkiem jest Cindy – dziewczynka bliźniaczo podobna do Teeny.
„Ewa” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Przyznam, że początkowo dość sceptycznie podchodziłem do tej książki, przede wszystkim ze względu na jej objętość (zaledwie 94 strony). Tymczasem Ellen Steiber całkiem sprawnie wykorzystała niewielką przestrzeń znajdując miejsce na dwa plot twisty, które sprawiły, że historia okazała się dla mnie bardziej interesująca, niż początkowo zakładałem. 
Nie oznacza to jednak, że „Ewa” jest pozbawiona wad. Największym problemem pozostaje właśnie jej objętość. Historia ma naprawdę ciekawy punkt wyjścia i potencjał na znacznie bardziej rozbudowaną opowieść. Mam wrażenie, że gdyby Ellen Steiber dostała możliwość rozwinięcia tej historii, książka mogłaby zyskać jeszcze więcej.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Ewa” okazała się dla mnie bardzo przyjemną lekturą. To krótka, dynamiczna i pełna tajemnic opowieść, która dobrze oddaje klimat pierwszego sezonu „Z Archiwum X”. Nie jest to książka, przy której spędzimy wiele godzin, ale właśnie dzięki niewielkiej objętości świetnie sprawdzi się jako szybka lektura na jeden wieczór.