„Alchemia Światła” Tomasza Kaczmarka to rozbudowana, wielowąttkowa historia. Autor zabiera czytelnika do mocno dystopijnego świata, w którym po apokalipsie pozostała niewielka enklawa nadająca się do życia. Jest nią Jeruzalem, nad którym pieczę sprawują biblijne anioły. Wokół miasta znajduje się Ciemność, stanowiąca bezpośrednie zagrożenie dla zamieszkujących je ludzi. Pomysł na świat przedstawiony zdecydowanie przypadł mi do gustu. Czytając książkę, miałem momentami wrażenie, że autor miał sporo zabawy przy tworzeniu własnej wizji świata po Apokalipsie. Mamy tutaj połączenie motywów biblijnych, dystopii, science fiction i horroru. Mnie całość kojarzyła się momentami z połączeniem „Starego Testamentu”, „Mechanicznej pomarańczy” Anthony’ego Burgessa i „Roku 1984” George’a Orwella. Szczególnie interesującym pomysłem wydała mi się kastowość społeczeństwa. Ludzie zostają oceniani między innymi na podstawie egzaminów, a ci, którzy osiągają najlepsze wyniki i mogą być najbardziej użyteczni dla społeczeństwa, otrzymują wyższy status. Wśród uprzywilejowanych znajdują się między innymi inżynierowie czy filozofowie. Mimo to ni wszystkie opowiadania wydały mi się ze sobą dobrze połączone, a brak chronologii wydarzeń powodował momentami spory chaos. Najbardziej podobały mi się fragmenty związane z narodzinami kambiona Merlina oraz późniejsze wydarzenia dotyczące Lolimy i Kaina. Szkoda, że autor nie zdecydował się mocniej rozwinąć losów Merlina, Lolimy, Leby, Ariela i Kaina i nie poświęcił im pełnoprawnej powieści. Na plus trzeba też zaliczyć kilka rozwiązań fabularnych, które potrafiły mnie zaskoczyć. Dzięki temu, mimo wspomnianego chaosu, z zaciekawieniem czytałem kolejne historie. „Alchemia Światła” nie jest książką idealną i zdecydowanie wymaga od czytelnika skupienia. Momentami trudno było mi połączyć ze sobą poszczególne wydarzenia i bohaterów. Mimo tego bawiłem się przy niej całkiem dobrze. Największą zaletą jest dla mnie sam pomysł na świat – oryginalny, odważny i łączący kilka różnych gatunków oraz motywów.