Obscura, tom 1, recenzja

Obscura, tom 1, recenzja


Autor: Bartłomiej Fitas, Michał Pleskacz, Piotr Barej, Jakub Gańko, Przemysław Cichoń, Agata Poważyńska, Agnieszka Biskup, Dagmara Adwentowska, Patrycja Żurek, Adrian Konopka, Anita Kurowska, Bartłomiej Grubich, Piotr T. Dudek, Katarzyna Sikora-Borowiecka, Damian Cieślik, Grzegorz Kopiec

Tytuł: Obscura
tom: 1
Wydawnictwo: Phantom Books Horror
Rok wydania: 2020
Liczba stron: 326
Moja ocena 7/10


Antologia „Obscura. Tom 1” od dłuższego czasu kurzyła mi się na półce. W końcu przyszedł jednak dzień, kiedy postanowiłem po nią sięgnąć – i był to całkiem dobry wybór.
Książka składa się z szesnastu opowiadań grozy napisanych przez różnych autorów. Już po kilku tekstach widać, że twórcy podeszli do tematu w bardzo różny sposób. Znajdziemy tu zarówno bardziej subtelną, klimatyczną grozę, jak i opowiadania ocierające się o body horror czy nawet momentami o gore. Historie poruszają wiele tematów, jednak nie chcę zdradzać szczegółów, żeby nie psuć nikomu przyjemności z odkrywania ich samodzielnie.
Najbardziej zapadły mi w pamięć trzy opowiadania: „Bądź moim przyjacielem” Piotra Bareja, „Czerwone korale” Anity Kurowskiej oraz „Miasteczko porzuconych nadziei” Grzegorza Kopca. Każde z nich buduje niepokojący klimat na swój własny sposób i pokazuje, jak różnorodna potrafi być literacka groza.
W przypadku części autorów było to moje pierwsze spotkanie z ich twórczością i myślę, że nie ostatnie. Antologie mają tę zaletę, że pozwalają poznać wielu pisarzy naraz – i „Obscura” dobrze spełnia tę rolę.
Nie wszystkie opowiadania zapadły mi w pamięć w równym stopniu, ale całość czytało się przyjemnie. To zbiór, który może zainteresować zarówno osoby już lubiące grozę, jak i tych, którzy dopiero chcą rozpocząć swoją przygodę z tym gatunkiem.

Autorzy i opowiadania w tomie:


Bartłomiej Fitas – Echo zza grobu
Michał Pleskacz – Mój ojciec nekromaniak
Piotr Barej – Bądź moim przyjacielem
Jakub Gańko – Serce wieloryba
Przemysław Cichoń – Smród nad wysypiskiem
Agata Poważyńska – Ślepnę
Agnieszka Biskup – Mięso
Dagmara Adwentowska – Ocet czterech złodziei
Patrycja Żurek – Swoją własną bronią
Adrian Konopka – Przysmak
Anita Kurowska – Czerwone korale
Bartłomiej Grubich – Tramwajem numer sześć wjechałem na pętlę
Piotr T. Dudek – Nieznośny ciężar bytu
Katarzyna Sikora-Borowiecka – Szczyt
Damian Cieślik – Cykl robaka
Grzegorz Kopiec – Miasteczko porzuconych nadziei


„Obscura. Tom 1” to ciekawa antologia, która pokazuje, jak szerokim i różnorodnym gatunkiem jest literacka groza. Jeśli lubicie krótkie, mroczne historie – warto dać jej szansę.

Dan Simmons, Pieśń bogini Kali, recenzja

Dan Simmons, Pieśń bogini Kali, recenzja


 Autor: Dan Simmons
Tytuł: Pieśń bogini Kali
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2021
Liczba stron: 290
Moja ocena 7/10


Akcja powieści przenosi czytelnika do Kalkuty lat 70. XX wieku. To miasto przedstawione jest jako ogromne, duszne i przytłaczające miejsce, pełne kontrastów. Z jednej strony fascynuje swoją historią, z drugiej przeraża biedą, chorobami i codziennym cierpieniem mieszkańców.
Głównym bohaterem jest
Robert Luczak, Amerykanin polskiego pochodzenia, który przyjeżdża do Kalkuty razem z żoną Amritą i małą córeczką Wiktorią. Jako wysłannik amerykańskiego czasopisma literackiego ma zdobyć prawa do publikacji nowego poematu słynnego indyjskiego poety – M. Dasa. Problem w tym, że poeta od kilku lat uznawany jest za zmarłego. Poszukiwania szybko prowadzą Luczaka w sam środek niebezpiecznej intrygi związanej z wyznawcami krwawej bogini Kali.
To moje czwarte spotkanie z twórczością Dana Simmonsa. Wcześniej czytałem znakomity „Terror”, dość przeciętnego „Hyperiona” oraz bardzo słabą „Abominację”. Z tego powodu do „Pieśni bogini Kali” podszedłem z umiarkowanym optymizmem i ciekawością, jak wypadnie debiutancka powieść autora.
Powieść napisana jest w formie wspomnień głównego bohatera. Już na początku Luczak stwierdza, że po wydarzeniach, których był świadkiem, Kalkuta powinna zostać zniszczona w atomowej pożodze. Taki wstęp od razu budzi ciekawość i sprawia, że trudno odłożyć książkę na bok.
Dan Simmons sporo miejsca poświęca opisowi miasta, jego mieszkańców oraz lokalnej kultury. Nie unika przy tym mocnych scen i brutalnych obrazów codzienności. Opisy biedy i przemocy potrafią być naprawdę poruszające, a jednocześnie pokazują, jak skomplikowane jest życie w świecie zdominowanym przez tradycję i system kastowy.
Obok tego rozwija się historia rodziny Luczaków i wątek nadprzyrodzony. Mam jednak wrażenie, że elementy grozy mogłyby być nieco bardziej dopracowane. Brakowało mi momentami większej tajemnicy, bo część rzeczy zostaje ujawniona zbyt szybko. Również zakończenie wydaje się trochę zbyt długie.
Mimo tych drobnych zastrzeżeń „Pieśń bogini Kali” to ciekawa i klimatyczna powieść. Szczególnie warto docenić fakt, że jak na debiut Simmons wykonał dużą pracę, aby wiarygodnie przedstawić realia Indii i atmosferę Kalkuty. To książka, która potrafi wciągnąć i na długo zostawia czytelnika z niepokojącymi obrazami w głowie.

Paweł Famus, Zemścior, recenzja

Paweł Famus, Zemścior, recenzja


 Autor: Paweł Famus
Tytuł: Zemścior
Cykl: Szczynściorz, tom 2
Wydawnictwo: Selfpublishing
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 352
Moja ocena 8/10

„Zemścior” Pawła Famusa to druga odsłona cyklu "Szczynściorz", utrzymanego w konwencji urban fantasy. To książka, która od początku stawia na tempo i przygodę i sporą dawkę humoru
Spokój świata magów zostaje brutalnie przerwany. Planowany przed wiekami koniec świata ma nastąpić… za kilka dni. Czasu jest niewiele, a w samym środku wydarzeń znajduje się stary mag Zemścior. Szybko wychodzi na jaw, że nie tylko on próbuje odkryć przyczynę naruszenia osnowy magii. Śledztwo prowadzi bohaterów przez Europę – od Barcelony po Stambuł.
Na duży plus zasługuje świat przedstawiony. Autor konsekwentnie rozwija system magii: mamy magię głównego nurtu, żywiołów, zakazaną, a także nowoczesne techniki i potężne artefakty, które potrafią realnie zmienić bieg wydarzeń. To wszystko jest podane w przystępny sposób – bez zbędnych wykładów, raczej w trakcie akcji niż obok niej.
Na duży plus zasługuje wizja świata stworzona przez autora. To świat bogaty i barwny, pełen niespodzianek, cudów oraz magii. Największą siłą „Zemściora” pozostają jednak bohaterowie, a nowe postacie wypadają naprawdę bardzo dobrze.
Ewiwa – zmiennokształtna – to bohaterka z ogromnym potencjałem i zdecydowanie taka, której historię chciałoby się poznać głębiej w kolejnych tomach. Aurelia, elfka „śpiewająca do kotleta”, wnosi do powieści sporo humoru i luzu. Marcjusz, potężny mag z Barcelony, mimo swojej siły nie jest wolny od wpadek, co czyni go postacią bardziej ludzką. Po drugiej stronie stoi Semiran – wyrazisty czarny charakter, brutalny, bezwzględny i nienawykły do półśrodków. To antagonista, którego warto zapamiętać.
Książkę czytało mi się całkiem nieźle. Akcja pędzi do przodu, dużo się dzieje i nie ma miejsca na dłużyzny ani niepotrzebne przestoje. Autor wyraźnie stawia na dynamikę i przygodę – i ten zabieg się sprawdza. Dodatkowym atutem są elementy humorystyczne, które skutecznie rozładowują napięcie i nadają historii lekkości.
„Zemścior” to solidna i wciągająca kontynuacja serii Szczęściarz. Dla fanów urban fantasy, szybkiej akcji oraz barwnych bohaterów jest to pozycja zdecydowanie warta uwagi. Jeśli pierwszy tom przypadł Wam do gustu, tutaj bez problemu poczujecie się jak w domu.


Przemysław Budziński, Agonia Bursztynowych Ważek, recenzja

Przemysław Budziński, Agonia Bursztynowych Ważek, recenzja

Autor: Przemysław Budziński
Tytuł: Agonia Bursztynowych Ważek
Wydawnictwo: Abyssos
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 185
Moja ocena 10/10

W przypadku "Agonia bursztynowych ważek" Przemysława Budzińskiego naprawdę trudno nie mówić o czymś więcej niż tylko „dobrej książce”. To jest literackie wydarzenie – mroczne, bezkompromisowe, chwilami mocne aż do bólu, a przy tym niezwykle prawdziwe w opowieści o człowieku postawionym pod ścianą historii.
To moje czwarte spotkanie z twórczością Przemysława Budzińsiego – po „Szczecinowiercy”, „Kieszenie pełne ślimaków” oraz „Cisza roju. Insektorium Tom 1”. Jego styl jest rozpoznawalny: gęsty od emocji, dopracowany, świadomy. To nie jest proza „na szybko”. Trzeba jej poświęcić uwagę, ale w zamian dostaje się prawdziwą czytelniczą ucztę.
Akcja rozgrywa się na powojennym pograniczu Pomorza Zachodniego, w czasie, gdy wprowadzana jest polska administracja. Chaos, napięcie, brutalność codzienności – w takiej rzeczywistości spotykają się dawni niemieccy mieszkańcy i nowi osadnicy zza Buga. Budziński dzieli tę historię na cztery części, symbolicznie powiązane z jeźdźcami Apokalipsy: Wojną, Zarazą, Śmiercią i Głodem.
Pierwsze opowiadanie skupia się na żołnierzach niemieckich oddziałów Werwolf, którzy dopuszczają się mordów i grabieży na polskich osadnikach. Historyczny realizm jest tu bardzo surowy, ale autor przełamuje go wprowadzeniem motywu słowiańskiej wiedźmy. W drugim opowiadaniu trafiamy do obozu, gdzie niemieccy oprawcy znęcają się nad Cygankami. Trzecia część opowiada o Arturze uciekającym na Zachód przed własną przeszłością. Gdy dociera do Polic, musi w końcu zmierzyć się z losem i z samym sobą. To bardzo poruszająca historia o winie i pamięci. Ostatnie opowiadanie jest najbardziej symboliczne – opowiada o czworonogu ocalonym przed śmiercią przez tajemniczą istotę–organizm.
Jedną z największych zalet tej książki jest to, że nie ma tu prostych podziałów. Nie znajdziemy łatwego schematu: dobrzy Polacy, źli Niemcy czy Sowieci. Wszyscy są uwikłani w powojenną traumę, strach i potrzebę odwetu. Granice dobra i zła rozmywają się, a czytelnik musi sam zmierzyć się z niewygodnymi pytaniami. Jednocześnie Budziński nie odbiera swoim bohaterom człowieczeństwa – nawet w najbardziej mrocznych momentach.
W mojej ocenie „Agonia Bursztynowych Ważek” to nie jest lektura „do poduszki”. To powieść, którą się przeżywa i która zostawia po sobie niepokój – taki, który nie znika wraz z zamknięciem ostatniej strony. Przemysław Budziński po raz kolejny udowadnia, że jego proza to nie tylko literacka przyjemność, ale przede wszystkim mocne, długo rezonujące doświadczenie.

Poul Anderson, Podniebna krucjata, recenzja

Poul Anderson, Podniebna krucjata, recenzja

Autor: Paul Anderson
Tytuł: Podniebna krucjata
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 192
Moja ocena 8/10

„Podniebna krucjata” Paula Andersona to jedna z tych książek, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Autor bierze klasyczną powieść science fiction, dodaje do niej średniowiecznych rycerzy, krucjaty i humor, a potem miesza to wszystko w bardzo udany sposób. Efekt jest zaskakująco spójny i przede wszystkim bardzo przyjemny w lekturze.
Akcja rozpoczyna się w 1345 roku. Sir Roger de Tourneville zbiera rycerstwo, by wyruszyć na wojnę z Francją u boku króla Edwarda. W tym samym czasie w jego włościach w Ansby ląduje statek kosmiczny obcej rasy – Wersgorów, którzy chcą skolonizować Ziemię. Plan szybko się jednak komplikuje, bo średniowieczni Anglicy, wspierani duchowo przez brata Parvusa, okazują się przeciwnikiem znacznie groźniejszym, niż obcy się spodziewali. Gdy jeden z Wersgorów zostaje pojmany, sir Roger wpada na szalony pomysł: przejąć statek i wykorzystać go do przeprowadzenia krucjaty – najpierw przeciw Francji, a potem ku Ziemi Świętej.
To właśnie to zderzenie mentalności średniowiecznego rycerza z kosmiczną technologią jest największą siłą powieści. Anderson pokazuje, jak ludzie XIV wieku próbują zrozumieć coś, co zupełnie nie pasuje do ich świata, i robi to w sposób zabawny, ale też bardzo konsekwentny.
Sir Roger de Tourneville to postać szczególnie udana. Jest świetnym dowódcą i sprytnym strategiem, potrafi planować i przewidywać ruchy przeciwnika, ale jednocześnie całkowicie ulega swojej żonie, Lady Katarzynie. Ta z kolei jest chyba najbardziej irytującą osobą w całej książce – wiecznie niezadowolona, marudna i jawnie flirtująca z młodym rycerzem, sir Owainem. Flirt ten prowadzi niemal na oczach Rogera i tworzy pomiędzy całą trójką bardzo ciekawy… układ.
Cała historia opowiedziana jest w formie kroniki spisywanej przez brata Parvusa. To on relacjonuje większość wydarzeń, a tam, gdzie go nie było, opisuje je tak, jak „jego zdaniem mogło być”.
„Podniebna krucjata” to satyra na science fiction, ale też na klasyczne opowieści o krucjatach i rycerskiej chwale. Książka była na tyle popularna, że doczekała się ekranizacji w 1994 roku, w której zagrał m.in. John Rhys-Davies, jednak to właśnie powieść najlepiej oddaje jej humor i pomysłowość.
To lektura idealna dla osób, które lubią inteligentną komedię w stylu Monty Pythona, ale także dla tych, którzy szukają czegoś lżejszego pomiędzy trudniejszymi książkami. Dla mnie była to bardzo udana, odprężająca przygoda – zabawna, pomysłowa i po prostu dobrze napisana.
 


Paweł Lukas, Boskie więzienie. Loch, recenzja

Paweł Lukas, Boskie więzienie. Loch, recenzja

Autor: Paweł Lukas
Tytuł: Boskie więzienie. Loch
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 513
Moja ocena 10/10


Są takie książki, które od pierwszych stron wciągają bez reszty. „Boskie więzienie. Loch” Pawła Lukasa to właśnie jedna z nich – dynamiczna, mroczna i zaskakująca od której trudno się oderwać.
Jako fan klasycznych RPG w duchu Gothica czy The Elder Scrolls poczułem się tu jak w domu. Zaczynamy jako więzień. Jest propozycja nie do odrzucenia. Jest brutalny świat, którego zasady trzeba pojąć, by przeżyć. Aleks Kwiecień budzi się w mrocznym Babilonie, nad którym góruje monumentalne Yggdrasil. W jego wnętrzu znajduje się Loch – stu­piętrowa, śmiercionośna konstrukcja, którą Eksploratorzy przemierzają w zamian za spełnienie życzenia.
Pomysł z klasami postaci (Mysz, Królik, Kot, Sęp, Wilk, Niedźwiedź, Lew) zdobywaniem punktów doświadczenia, rozwojem umiejętności i bossami działa znakomicie, mnie wciągnęło natychmiast.
Ogromnym atutem książki jest międzynarodowa i międzyepokowa obsada. Bohaterowie pochodzą z Polski, Niemiec, Rosji, Słowacji, Anglii, Francji, Japonii, Ameryki i wielu innych krajów – a także z różnych epok i równoległych światów. Zderzenie mentalności i doświadczeń tworzy fascynującą mieszankę. Lukas sprawnie łączy fantasy z mitologią nordycką, grecką i Stary testament, dodając nutę grozy i science fiction. Walki z potworami – od krwiożerczych szczurów po przerażającego Szczurołaka – mają ciężar i klimat. Gdy w drużynie pojawia się sabotażysta, napięcie rośnie do granic możliwości.
Największą siłą powieści są jednak bohaterowie. Aleks przechodzi wiarygodną drogę od zagubionego chłopaka do kogoś, kto zaczyna rozumieć mechanizmy rządzące Lochem. Olaf Reichet, szef Cerbera, intryguje niejasnymi motywacjami i bezwzględnością. Lukrecja przyciąga tajemnicą, Jasper Jones przeraża czystym szaleństwem, a Zara Vaker – w moim odczuciu najciekawsza postać – łączy bezwzględność stratega z wewnętrznym zagubieniem. Każda z tych postaci ma własne cele, marzenia i demony.
Do tego dochodzą twisty, które naprawdę wywracają fabułę do góry nogami. Kilka razy byłem pewien, że wiem, dokąd to zmierza – i za każdym razem autor udowadniał mi, że się mylę. Akcja galopuje od pierwszej do ostatniej strony. Nie było tu fragmentu, który by mnie nużył.
Owszem, można znaleźć drobne błędy redaktorskie, ale przy pierwszym wydaniu jestem w stanie je wybaczyć – zwłaszcza przy tak ambitnym projekcie.
„Boskie więzienie. Loch” to mroczne fantasy z RPG-owym sercem, świetnym pomysłem i wciągającą realizacją. Jeśli kolejna część byłaby już dostępna, bez wahania sięgnąłbym po nią od razu.

Wanda Siubiela, Przyjaciółki z wirtualnego podwórka, recenzja

Wanda Siubiela, Przyjaciółki z wirtualnego podwórka, recenzja


Autor: Wanda Siubiela
Tytuł: Przyjaciółki z wirtualnego podwórka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Gaja
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 416
Moja ocena 7/10


„Przyjaciółki z wirtualnego podwórka” Wanda Siubiela to powieść, która zachwyca już od pierwszego kontaktu – twarda oprawa, lakierowany papier, wyraziste kolory i ilustracje sprawiają, że to jedna z tych książek, które cieszą oko jeszcze zanim zaczniemy czytać. Na szczęście za estetyką idzie także interesująca historia.
To nie jest thriller pędzący na złamanie karku, lecz historia o przyjaźni, odwadze i cenie prawdy, opowiedziana lekkim, bogatym językiem. Jeśli szukacie literatury bardziej refleksyjnej niż sensacyjnej, ta książka może Was pozytywnie zaskoczyć.
Opowieść zaczyna się od SMS-a, który otrzymuje Zofia – informacji o odnalezieniu ciała jej przyjaciółki Beaty, zaginionej kilka miesięcy wcześniej. Oficjalnie mówi się o samobójstwie, ale bohaterka nie wierzy w tę wersję. Dziennik i pendrive pozostawione przez Beatę stają się początkiem śledztwa prowadzącego z wielkopolskiego Kępna, aż do neonowego Tokio. Kontrast między kameralnym miasteczkiem, „gdzie wszyscy się znają”, a pełną masek metropolią wypada bardzo ciekawie.
To połączenie kryminału i powieści psychologicznej. Narracja skupia się głównie na emocjach Zofii – jej rozpaczy, poczuciu winy, gniewie i determinacji, by odkryć prawdę. Autorka dużo miejsca poświęca refleksjom o sensie życia, relacjach międzyludzkich oraz wpływie mediów społecznościowych – Facebooka, Instagrama czy TikToka – na budowanie więzi i poczucie własnej wartości. Wątek uzależnienia od social mediów jest aktualny i dobrze wpisuje się w temat książki. 
Akcja rozwija się raczej spokojnie, poprzez odsłanianie kolejnych warstw tajemnicy niż dynamiczne zwroty. Największe wrażenie zrobiły na mnie plastyczne opisy Japonii – zwłaszcza obrazy góry Fuji i ogrodów zen – które momentami były nawet mocniejsze niż sama warstwa kryminalna.

Iza Ryżek, Łzy niewiernego, recenzja

 

Iza Ryżek, Łzy niewiernego, recenzja

Autor: Iza Ryżek

Tytuł: Łzy niewiernego

Wydawnictwo: Wydawnictwo HM

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 492

Moja ocena 7/10


 

"Łzy niewiernego" autorstwa Izy Ryżek to książka, która nie próbuje imponować rozbudowanym światem, ani klasycznym rozmachem fantasy/science-fiction – zamiast tego skupia się na bohaterach postawionych pod ścianą i na wyborach, które niszczą, odbierają godność, dalekie są od honorowych rozwiązań. Autorka prowadzi czytelnika przez historię Varrena, który w desperackiej próbie ocalenia Averyn oddaje swoje życie w ręce totalitarnego państwa, zostając jednym z jego najlepszych żołnierzy.
To nie jest książka o bohaterstwie. To książka o przetrwaniu w świecie, który niszczy wszystkich – ofiary i katów. Akademia wojskowa pokazana jest jako miejsce systemowej deprawacji: przemoc, narkotyki, ciągłe intrygi, kumoterstwo, bezkarność oficerów. Szkoda jednak, że sam obraz państwa i wojny pozostaje w tle – kontekst polityczny mógłby być bogatszy.
Najmocniejszą stroną powieści są relacje między bohaterami. Varren i Averyn tworzą emocjonalne centrum fabuły – jego obsesja, by ją ocalić nawet wbrew jej woli. Równie ciekawy jest kontrast między Aurorą i Livią: pierwsza symbolizuje resztki normalności i ciepła, druga – świat donosów, spisków i przemocy.
Interesujący, choć zbyt słabo rozwinięty, jest motyw wszczepianych „serc” oraz magii, która pozostaje raczej tłem niż realną siłą fabularną. Podobnie tempo – Ryżek stawia bardziej na analizę emocji niż na dynamikę wydarzeń, co nie każdemu przypadnie do gustu. Styl jest solidny, choć ciężki – gęsty i poważny, dobrze oddający klimat świata, ale momentami męczący.
Łzy niewiernego to udane połączenie low fantasy i dystopii: świata, w którym magia nie ratuje, a największym zagrożeniem jest sam system. To książka niewygodna, ale właśnie dlatego zostaje w pamięci.

Robert A. Heinlein, Dubler, recenzja

Robert A. Heinlein, Dubler, recenzja

Autor: Robert A. Heinlein
Tytuł: Dubler
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2000
Liczba stron: 158
Moja ocena 8/10



„Dubler” Roberta A. Heinleina to książka, która na pierwszy rzut oka wygląda jak lekka, sensacyjna science fiction, ale bardzo szybko okazuje się czymś znacznie poważniejszym. Pod warstwą intrygi i futurystycznej otoczki kryją się pytania o władzę, odpowiedzialność i to, jaką cenę musi zapłacić zwykły człowiek, gdy zostanie wciągnięty w wielką politykę. Dodam tylko że to dla mnie już piąte spotkanie z twórczością Heinleina.
Akcja powieści rozgrywa się w roku 2100. Lawrence Smythe to przeciętny aktor, jeden z tych ludzi, którzy wciąż wierzą, że „ta jedna rola” odmieni ich życie. Los – a raczej polityczna intryga o międzyplanetarnej skali – daje mu taką szansę, choć w formie, której z pewnością się nie spodziewał. Po porwaniu charyzmatycznego lidera opozycji, Johna Bonefortea, Lawrence zostaje zmuszony do wcielenia się w jego rolę i tymczasowego zastąpienia go podczas kluczowego wydarzenia politycznego. Stawką jest zachowanie pokoju między Ziemią i Marsem.
Heinlein sprawnie łączy tu political thriller z science fiction. Intryga rozwija się powoli, a uwaga czytelnika skupia się na głównym bohaterze, który musi grać polityka, wiedząc, że jeden fałszywy gest lub źle dobrane słowo mogą mieć katastrofalne konsekwencje. Forma pierwszoosobowego pamiętnika dodatkowo wzmacnia to wrażenie – czytelnik niemal cały czas tkwi w głowie Lawrencea i obserwuje wszystkie wydarzenia jego oczami.
Czytając „Dublera”, trudno było mi uciec od skojarzenia z „Karierą Nikodema Dyzmy” – oczywiście w wersji science fiction i po amerykańsku. Motyw człowieka z przypadku, który dzięki splotowi okoliczności trafia na sam szczyt politycznej gry, jest tu wyraźnie obecny i stanowi jedno z ciekawszych źródeł interpretacji powieści.
Nie jest to jednak książka pozbawiona słabszych punktów. Z pewnym niedosytem przyjąłem fakt, że Heinlein nie rozwinął szerzej rywalizacji politycznej pomiędzy Partią Ekspansjonistyczną a Partią Ludzkości. Potencjał tego konfliktu jest ogromny, a przedstawione zostaje on raczej szkicowo, jako tło dla losów Lawrence’a, niż jako pełnoprawny temat analizy politycznej. Również język powieści nie porywa – jest poprawny, chwilami surowy, ale daleki od literackiego rozmachu znanego z najlepszych utworów autora.
Na koniec warto wspomnieć o stronie edytorskiej. Wydanie pozostawia wiele do życzenia: drobna czcionka i bardzo małe odstępy między wierszami znacząco obniżają komfort lektury, co przy książce wymagającej skupienia jest odczuwalne.
Mimo tych zastrzeżeń „Dubler” to powieść, którą zdecydowanie warto poznać – szczególnie jeśli ktoś interesuje się literaturą science fiction zahaczającą o politykę i mechanizmy władzy.


Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja

 
Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja


Autor: Harry Harrison
Tytuł: Filmowy wehikuł czasu
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 225
Moja ocena 8/10


„Filmowy wehikuł czasu” Harry’ego Harrisona okazał się dla mnie znakomitą odskocznią od lektur cięższych tematycznie. To książka sprawnie łącząca science fiction, satyrę i historyczną przygodę. Harrison bawi się konwencją, jednocześnie bardzo trafnie punktując absurdy świata filmu – i robi to w sposób, który mimo upływu ponad czterdziestu lat od pierwszego wydania wciąż pozostaje zaskakująco aktualny.
Dla mnie było to kolejne spotkanie z twórczością autora, którego znam już z takich tytułów jak „Planeta Śmierci” (obie części), „Przestrzeni! Przestrzeni!” czy „Planeta Przeklętych”. Harrison i tym razem nie zawodzi – pokazuje, że ma ogromne wyczucie rytmu opowieści i świetne poczucie humoru. Punktem wyjścia fabuły jest sytuacja rodem z hollywoodzkiego koszmaru: podupadłe studio Climactic stoi na skraju bankructwa, a jego szef daje producentowi Barneyowi Hendricksonowi… pięć dni na ukończenie wielkiego filmu, który ma uratować wytwórnię. Brzmi absurdalnie? Oczywiście – ale właśnie na tym polega siła tej powieści. Ratunkiem okazuje się cudowny wynalazek profesora Hewetta: wehikuł czasu. Dzięki niemu ekipa filmowa przenosi się do roku 1003, by nakręcić „hiperrealistyczny” film o wikingach, którzy odkryli Amerykę na długo przed Kolumbem. Wszystko to w oszałamiającym technikolorze i… najlepiej w jeden weekend.
Jednym z największych atutów książki są bohaterowie – wyraziści, karykaturalni, ale bardzo łatwi do polubienia. Wiking Ottar, który zgadza się zagrać w filmie w zamian za butelkę whisky dziennie. Barney Hendrickson, reżyser, który nakręcił 73 filmy i żaden nie był dobry. Jest jeszcze profesor Hewett, genialny naukowiec tak bardzo pochłonięty teorią czasu i przestrzeni, że momentami sam gubi się we własnych wyjaśnieniach.
Na duży plus zasługuje tempo narracji. Harrison świetnie oddaje gorączkową atmosferę pracy na planie filmowym, presję czasu i chaos twórczy. Dużo się dzieje, dialogi są żywe, a kolejne komplikacje pojawiają się z odpowiednią częstotliwością, dzięki czemu książkę czyta się szybko i z wyraźną przyjemnością. Nie ma tu dłużyzn ani momentów przestoju.
Mimo lekkiej formy autor celnie punktuje patologie i nonsensy Hollywood – pogoń za zyskiem, fikcję „wielkiego dzieła”, improwizację podszytą desperacją. Przeniesienie tych mechanizmów do realiów XI wieku działa znakomicie i wydobywa satyryczny potencjał opowieści.
„Filmowy wehikuł czasu” to książka, która bawi, odpręża i poprawia humor. Jest klimatyczna, dynamiczna i bardzo świadoma swojej konwencji. Nie sili się na wielkie filozoficzne tezy, ale oferuje solidną, inteligentną rozrywkę – dokładnie taką, jakiej czasem potrzeba najbardziej. Oceniam ją bardzo pozytywnie i z czystym sumieniem polecam każdemu, kto ma ochotę na science fiction z przymrużeniem oka, sporą dawką satyry i historycznym twistem.

Franciszek M. Piątkowski, Zamawiacz, recenzja

 

Autor: Eric Frank Russell  Tytuł: Osa  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis  Rok wydania: 2021  Liczba stron: 224  Moja ocena 7/10

Autor: Franciszek M. Piątkowski

Tytuł: Zamawiacz

Wydawnictwo: Self-publishing

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 309

Moja ocena 9/10


„Zamawiacz” Franciszka M. Piątkowskiego to powieść, która swobodnie łączy kilka gatunków. Kryminał, urban fantasy i słowiańska mitologia spotykają się tu w jednej historii, tworząc opowieść mroczną, a jednocześnie bardzo przystępną i wciągającą. To książka, która nie tylko sprawnie prowadzi fabułę, lecz także konsekwentnie buduje własny świat i wyraźnie pokazuje, że nie jest kolejną odsłoną Uniwersum Powiernika, lecz samodzielną, autonomiczną historią. 
W mrożących krew w żyłach okolicznościach ginie młoda kobieta, Bogna. Jej chłopak, Miłosz Siemion, zostaje wrobiony w dokonanie tej zbrodni. Prokurator Michał Grela oraz komisarz Agata Modrzejewska próbują rozwikłać sprawę, która bardzo szybko wymyka się racjonalnym ramom. Fakty nie chcą się połączyć w logiczną całość, a główny podejrzany opuszcza komisariat w tajemniczych okolicznościach. W tle pojawiają się ludzie w szarych garniturach oraz słowiańskie potwory, które próbują przejąć kontrolę nad Zamawiaczem.
W mojej ocenie jednym z największych atutów „Zamawiacza” jest świetnie poprowadzony wątek kryminalny. Z jednej strony mamy duet śledczych – prokuratora i policjantkę – którzy starają się zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Z drugiej strony głównego bohatera, który również próbuje dotrzeć do prawdy. Co istotne, Miłosz nie działa w pojedynkę – pomaga mu osobliwa drużyna zaprzyjaźnionych potworów. Akcja powieści rozwija się w dobrze dobranym tempie: dynamiczne, intensywne sceny przeplatają się z wolniejszymi fragmentami.
Bardzo ciekawie wypada porównanie „Zamawiacza” z „Powiernikiem”. Znając wcześniejsze książki Franciszka M. Piątkowskiego, łatwo było założyć, że otrzymamy kolejną odsłonę znanego już świata. Tymczasem autor wyraźnie poszedł w inną stronę. Różnice między tymi uniwersami są znaczące i szybko dają się odczuć. W „Powierniku” słowiańskie istoty funkcjonowały raczej na uboczu – niewidoczne dla zwykłych ludzi. W „Zamawiaczu” jest odwrotnie: żyją tuż obok nas, są częścią codzienności i realnie wpływają na to, co dzieje się w świecie ludzi.
Na plus wypadają także drobne elementy humorystyczne, które skutecznie przełamują mroczny klimat powieści. Świetnym przykładem jest motyw Biedy, pracującej jako dyrektor sieci aptek w Lublinie – i, co szczególnie zabawne, radzącej sobie finansowo całkiem dobrze. Równie interesująco wypada wątek operacji przeprowadzanej przez doktor Agnieszkę, który zapada w pamięć.
„Zamawiacz” to słowiański kryminał urban fantasy, po który zdecydowanie warto sięgnąć. Książka zostawia czytelnika z wyraźnym poczuciem niedosytu i autentyczną ciekawością tego, co wydarzy się dalej. Ja na kontynuację tej historii czekam z dużym zainteresowaniem.


William Hope Hodgson, Kraina Nocy, recenzja

William Hope Hodgson, Kraina Nocy, recenzja

Autor: William Hope Hodgson

Tytuł: Kraina Nocy

Wydawnictwo: Wydawnictwo IX

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 586

Moja ocena 5/10



„Kraina nocy” Williama Hope’a Hodgsona to powieść radykalnie inna od większości znanych utworów z pogranicza grozy, science fiction i postapokalipsy. I właśnie w tej inności tkwi zarówno jej największa siła, jak i zasadniczy problem. Z jednej strony mamy do czynienia z dziełem absolutnie wyjątkowym pod względem wyobraźni i skali wykreowanego świata, z drugiej – z książką archaiczną, stylistycznie męczącą i boleśnie monotonną. To lektura, która pozostawia po sobie bardzo ambiwalentne wrażenia.

Już na poziomie wydania „Kraina nocy” potrafi przyciągnąć uwagę. Klimatyczna grafika doskonale współgra z ponurą, kosmiczno-egzystencjalną wizją świata przedstawionego. Sam koncept jest jednym z tych, które zapadają w pamięć na długo: martwa planeta pogrążona w wiecznej nocy, wygasłe Słońce i resztki ludzkości skupione w gigantycznej metalowej piramidzie liczącej ponad 1300 pięter. Konstrukcja ta chroniona jest przez tzw. „prąd ziemski” – pole energetyczne, które uniemożliwia zbliżenie się potworom, mutantom i nieokreślonym siłom ciemności, a jednocześnie zapewnia energię do funkcjonowania całej struktury. Żywność pochodzi z podziemnych plantacji sięgających setki mil w głąb planety. To wizja schyłku cywilizacji doprowadzona do logicznego i przerażającego ekstremum.

Świat na zewnątrz piramidy jest bezsprzecznie jednym z najmocniejszych elementów powieści. Hodgson z dużą plastycznością kreśli krajobraz wiecznej nocy: przepaści, uskoki, rzeki magmy oraz odległe gwiazdy stanowiące jedyne źródła światła w tym martwym świecie. Grasujące tam potwory – często tylko sugerowane, nie do końca opisane – działają na wyobraźnię znacznie silniej niż dosłowny horror. „Kraina nocy” nie straszy nagłymi atakami czy tanimi efektami. Jej groza opiera się na ciszy, bezkresie i mroku. To horror kosmiczny i egzystencjalny, melancholijny w tonie, wyraźnie zapowiadający to, co później rozwiną inni twórcy – z H.P. Lovecraftem na czele.

Niestety, wszystkie te atuty toną w formie, która dla współczesnego czytelnika może okazać się bardzo trudna do przebrnięcia. „Kraina nocy” to powieść pisana na początku XX wieku, utrzymana w specyficznym, archaicznym stylu, całkowicie pozbawiona dialogów. Narracja jest gęsta, rozwlekła i często nużąca. Hodgson z niemal obsesyjną dokładnością opisuje kolejne etapy marszu w ciemności: nieustanne nasłuchiwanie, obserwowanie niewyraźnych świateł, wypatrywanie nienazwanych zagrożeń. Początkowo buduje to napięcie, lecz z czasem zamienia się w monotonię, która skutecznie wyczerpuje czytelnika.

Problemem jest również sama fabuła. Jest ona boleśnie szczątkowa. Nie poznajemy nawet imienia głównego bohatera – wiemy jedynie, że w swoim „pierwszym” życiu był bogatym angielskim ziemianinem. Jego ukochana nosi imię Mirdath, a w odległej przyszłości, w piramidzie, jej odpowiednikiem jest Naani. Po śmierci Mirdath książka gwałtownie zmienia rejestr i przenosi akcję do dalekiej przyszłości, w której Słońce dawno już zgasło. Od tego momentu narracja skupia się niemal wyłącznie na wyprawie Narratora z wielkiej piramidy do mniejszej, w celu odnalezienia i sprowadzenia ukochanej z powrotem. I właściwie… niewiele więcej się tu dzieje.

Przy objętości 586 stron książka sprawia wrażenie sztucznie rozdętej. Bez większego uszczerbku dla świata przedstawionego i wymowy całości można by ją skrócić o jedną trzecią. Bogactwo opisów zmian, jakie zaszły na planecie po wygaśnięciu Słońca, nie rekompensuje braku wyraźnie rozwiniętej fabuły i dramaturgii. Monotonia narracji zabija napięcie, a lektura momentami przypomina wyczerpujący marsz – bardzo podobny do tego, który odbywa sam bohater.

Nie sposób jednak odmówić „Krainie nocy” ogromnego znaczenia historycznoliterackiego. Wielu badaczy uznaje ją za fundament podgatunku science fiction określanego mianem „Umierającej Ziemi” i trudno się z tym nie zgodzić. To powieść pełna fascynujących, dziwacznych i odważnych pomysłów, które zdecydowanie wyprzedzały swoją epokę. Szczególnie pierwsza połowa książki potrafi zachwycić rozmachem wizji i atmosferą schyłku wszystkiego, co znane.

Podsumowując: „Kraina nocy” to dzieło ważne, ambitne i skrajnie nieprzystępne. Nie próbuje przypodobać się czytelnikowi i nie idzie na żadne kompromisy – co jednych zachwyci, a innych skutecznie zniechęci. Dla mnie to książka o ogromnym potencjale wyobraźni, niestety w dużej mierze zmarnowanym przez monotonię, archaiczną formę i niemal szczątkową fabułę. Doceniam jej wpływ na rozwój gatunku, jednak jako doświadczenie czytelnicze pozostawiła mnie bardziej zmęczonym niż poruszonym. 5/10.

  

Eric Frank Russell, Osa, recenzja

 

Eric Frank Russell, Osa, recenzja

Autor: Eric Frank Russell

Tytuł: Osa

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Rok wydania: 2021

Liczba stron: 224

Moja ocena 7/10


„OSA” Erica Franka Russella to jedna z tych powieści science fiction, które zaskakują nie efektami specjalnymi ani rozbudowaną wizją przyszłości, lecz konsekwencją pomysłu i precyzją wykonania. Choć od jej pierwszego wydania minęło blisko 77 lat, książka wciąż potrafi zainteresować współczesnego czytelnika – być może nawet bardziej dziś niż w momencie premiery.
Erica Franka Russella to brytyjski oficer i weteran II wojny światowej. Autor opowiadań i powieści z gatunku science fiction,, nagrodzony pierwszą w historii nagrodą Hugo. „Osa” to jedna z mniej znanych jego powieści. Punktem wyjścia fabuły jest trwająca od niemal roku wojna Terran z Imperium Syrijskim. Przewaga liczebna przeciwnika sprawia, że klasyczne działania militarne tracą sens, a dowództwo Terry decyduje się na broń znacznie subtelniejszą: dywersję, sabotaż i dezinformację. Tytułowa osa staje się tu metaforą – pojedynczy, sprawny agent może wywołać chaos nieproporcjonalny do własnych sił. Taką rolę ma odegrać James Mowry, wysłany na planetę Jaimec, jedną z centralnych prowincji Imperium, zamieszkaną przez dziesiątki milionów Syrijczyków. Jego zadanie brzmi prosto: siać zamęt.
Największą siłą „Osy” jest sposób, w jaki Russell opisuje pracę dywersyjną. Nie ma tu patosu ani bohaterskich szarż – zamiast tego dostajemy precyzyjny zapis drobnych działań w postaci wypisywania haseł na murach, naklejania specjalnych naklejek na witryny sklepów, które z czasem zaczynają przynosić właściwy rezultat. „Osa” nie atakuje miast ani baz wojskowych, lecz podkopuje zaufanie, destabilizuje struktury władzy i stopniowo osłabia morale przeciwnika. Czytając, trudno oprzeć się wrażeniu, że jego działania są boleśnie logiczne i – co najbardziej niepokojące – skuteczne.
W trakcie lektury coraz częściej pojawia się myśl, że „OSA” tylko udaje klasyczne science fiction. Technologiczna otoczka schodzi na dalszy plan, a sednem powieści staje się psychologiczna wojna informacyjna. Szczególnie intrygujący jest wątek tajemniczej organizacji Dirac Angestun Geser – struktury, która w rzeczywistości jest w dużej mierze wytworem plotek, strachu i zbiorowej wyobraźni. Russell pokazuje tu mechanizm znany z historii XX wieku: mit bywa potężniejszy niż realna siła.
Powieść czyta się szybko – to książka raczej cienka, pozbawiona dłużyzn, z wyraźnie zaznaczonym tempem i kilkoma udanymi zwrotami akcji. Pod koniec autor pozwala sobie również na odrobinę czarnego humoru, który dobrze kontrastuje z ponurym wydźwiękiem całości.
„OSA” nie jest książką
dla miłośników klasycznej SF, historii zimnowojennych strategii i literatury o wojnie psychologicznej. Idealna propozycja dla tych, którzy lubią science fiction myślące, a nie tylko efektowne.

Paweł Rochala, Niemcza 1017, recenzja

 

Paweł Rochala, Niemcza 1017, recenzja

Autor: Paweł Rochala

Tytuł: Niemcza 1017

Wydawnictwo: Bellona

Ilość Stron: 244

Rok Wydania: 2004

Ocena: 8/10

 

Obrona Niemczy w 1017 roku to jeden z tych momentów wczesnopiastowskich dziejów, które – choć rzadziej przywoływane w powszechnej świadomości niż Cedynia czy późniejszy Budziszyn – miały fundamentalne znaczenie dla kształtu i pozycji państwa Bolesława Chrobrego. Książka Pawła Rochali, wydana w ramach cenionej serii Historyczne Bitwy Wydawnictwa Bellona, bardzo dobrze wypełnia lukę w popularnonaukowej narracji o długotrwałym konflikcie polsko-niemieckim przełomu X i XI wieku.
Autor wychodzi od szerokiego tła politycznego, pokazując genezę wojny między księciem (a od 1025 roku królem) Polski Bolesławem I Chrobrym a królem i cesarzem niemieckim Henrykiem II. Ponad połowa książki poświęcona została stosunkom polsko-niemieckim, od chwilowych sojuszy, poprzez układy dynastyczne i zbrojne konflikty. Dzięki temu oblężenie Niemczy nie jest przedstawione jako oderwany epizod militarny, lecz jako logiczne następstwo wieloletniej rywalizacji dwóch ambitnych władców.
Sam opis kampanii 1017 roku i obrony dolnośląskiego grodu ukazuje Niemczę jako kulminacyjny moment wielkiej wyprawy cesarza Henryka II na Polskę, prowadzonej przy wsparciu czeskich i lucickich sojuszników. Najazd ten w założeniu miał doprowadzić do podporządkowania Bolesława Chrobrego władzy cesarskiej oraz odebrania Polsce zachodnich ziem: Moraw, Łużyc, Milska, a w dalszej perspektywie nawet Śląska. Na szczególne podkreślenie zasługuje język książki. Niemcza 1017 została napisana przystępnie, klarownie i bez zbędnych archaizmów, co w przypadku popularyzacji wiedzy historycznej jest wartością kluczową. Autor nie upraszcza nadmiernie problematyki, ale potrafi ją wyłożyć w sposób zrozumiały także dla czytelnika, który nie zajmuje się zawodowo wczesnym średniowieczem. To cecha charakterystyczna twórczości Rochali, znanego popularyzatora historii, i tutaj również została ona w pełni zachowana.
Warto również zauważyć, że książka dobrze wpisuje się w standard serii Historyczne Bitwy: mamy do czynienia z połączeniem narracji politycznej, wojskowej, dyplomatycznej, uzupełnionej o niezbędny kontekst geograficzny i archeologiczny.
Niemcza 1017 to jedna z trzech książek Pawła Rochali wydanych w tej serii, obok Cedyni 972 oraz Lasu Teutoburskiego 9 r. n.e.. W każdej z nich autor udowadnia, że potrafi łączyć rzetelność warsztatową z narracją atrakcyjną dla szerokiego grona odbiorców.
To lektura godna polecenia zarówno osobom rozpoczynającym przygodę z historią wczesnośredniowiecznej Polski, jak i czytelnikom bardziej zaawansowanym, którzy chcą uporządkować wiedzę o jednym z kluczowych epizodów panowania Bolesława Chrobrego. Dla miłośników serii Historyczne Bitwy – pozycja obowiązkowa.

Pierre Bordage, Paryż: Lewy Brzeg, recenzja

 

Pierre Bordage, Paryż: Lewy Brzeg, recenzja

Autor: Pierre Bordage

Tytuł: Paryż. Lewy Brzeg

Wydawnictwo: Insignis

Ilość Stron: 484

Rok Wydania: 2023

Ocena: 9/10

Po zagładzie nuklearnej mieszkańcy Paryż zeszli pod ziemię. W tunelach metra Lewego Brzegu przetrwały niewielkie społeczności, skazane na życie w ciemności, strachu i permanentnym konflikcie. Wyjście na powierzchnie oznacza śmierć, a Prawy Brzeg stał się synonimem przekleństwa. W takich realiach Pierre Bordage osadza powieść „Paryż: Lewy Brzeg”, jedną z najmocniejszych odsłon Uniwersum Metro 2033.
Centralną postacią tej mrocznej układanki jest Madonna z Bac – charyzmatyczna, bezwzględna przywódczyni, która próbuje ocalić to, co pozostało z populacji dawnej stolicy Francji. Jej celem jest zjednoczenie wszystkich stacji i stworzenie Federacji, która miałaby zagwarantować wszystkim mieszkańcom przestrzeń życiową i sprawiedliwy podział dóbr. W paryskim metrze nie ma miejsca na sentymenty, Bordage bardzo konsekwentnie buduje wizję świata, w którym moralność ulega wypaczeniu, a przemoc staje się codziennym narzędziem przetrwania. 
„Lewy Brzeg” to pierwszy tom trylogii „Uniwersum Metro 2033. Paryż” i jednocześnie jedna z najbardziej oryginalnych odsłon całego cyklu. Autor świadomie zrywa z wieloma schematami znanymi z innych powieści osadzonych w tym świecie. Akcja rozgrywa się co najmniej pięć pokoleń po wojnie, a więc znacznie później niż w większości książek uniwersum. Dzięki temu mamy do czynienia nie z ludźmi pamiętającymi powierzchnię, lecz z bohaterami, dla których metro jest jedyną znaną rzeczywistością – pełnoprawnym światem, a nie tylko schronieniem.
Na uwagę zasługuje także sposób konstruowania postaci. Bordage niemal całkowicie rezygnuje z opisu wyglądu bohaterów, w tym koloru skóry – co można interpretować jako ukłon w stronę współczesnej poprawności politycznej. Bohaterowie są bardzo wyraziści, zarówno pierwszoplanowi – Zorza, Madonna, Juss – jak i postacie drugiego planu, które nie giną w tle, lecz realnie wpływają na rozwój fabuły.
Nie sposób pominąć faktu, że jest to jedna z najbardziej brutalnych powieści w całym Uniwersum Metro 2033. Stałe zagrożenie napaścią seksualną, przemoc fizyczna i psychiczna oraz wszechobecny strach sprawiają, że lektura bywa ciężka, momentami wręcz przytłaczająca.
Po stronie minusów warto odnotować wydanie książki, a konkretnie tylną okładkę z mapą paryskiego metra. Kolory linii są słabo widoczne, a brak tłumaczenia nazw stacji (pozostawionych w oryginalnym języku francuskim) może stanowić problem dla części czytelników. To drobny, ale jednak zauważalny mankament, zwłaszcza że topografia metra odgrywa w tej powieści istotną rolę.
Mimo tych niedociągnięć „Paryż: Lewy Brzeg” uważam za jedną z najlepszych powieści w całym Uniwersum Metro 2033. To książka mroczna, gęsta od emocji, brutalna, ale jednocześnie dojrzała i przemyślana. Bordage stworzył wizję, która nie tylko znakomicie wpisuje się w świat wykreowany przez Dmitrija Glukhovskyego, lecz także wyraźnie się od niego odróżnia.
Pozostaje czekać na kontynuację – bo jeśli kolejne tomy utrzymają ten poziom, paryskie metro ma szansę stać się jednym z najmocniejszych punktów całego uniwersum.