Wanda Siubiela, Przyjaciółki z wirtualnego podwórka, recenzja

Wanda Siubiela, Przyjaciółki z wirtualnego podwórka, recenzja


Autor: Wanda Siubiela
Tytuł: Przyjaciółki z wirtualnego podwórka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Gaja
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 416
Moja ocena 7/10


„Przyjaciółki z wirtualnego podwórka” Wanda Siubiela to powieść, która zachwyca już od pierwszego kontaktu – twarda oprawa, lakierowany papier, wyraziste kolory i ilustracje sprawiają, że to jedna z tych książek, które cieszą oko jeszcze zanim zaczniemy czytać. Na szczęście za estetyką idzie także interesująca historia.
To nie jest thriller pędzący na złamanie karku, lecz historia o przyjaźni, odwadze i cenie prawdy, opowiedziana lekkim, bogatym językiem. Jeśli szukacie literatury bardziej refleksyjnej niż sensacyjnej, ta książka może Was pozytywnie zaskoczyć.
Opowieść zaczyna się od SMS-a, który otrzymuje Zofia – informacji o odnalezieniu ciała jej przyjaciółki Beaty, zaginionej kilka miesięcy wcześniej. Oficjalnie mówi się o samobójstwie, ale bohaterka nie wierzy w tę wersję. Dziennik i pendrive pozostawione przez Beatę stają się początkiem śledztwa prowadzącego z wielkopolskiego Kępna, aż do neonowego Tokio. Kontrast między kameralnym miasteczkiem, „gdzie wszyscy się znają”, a pełną masek metropolią wypada bardzo ciekawie.
To połączenie kryminału i powieści psychologicznej. Narracja skupia się głównie na emocjach Zofii – jej rozpaczy, poczuciu winy, gniewie i determinacji, by odkryć prawdę. Autorka dużo miejsca poświęca refleksjom o sensie życia, relacjach międzyludzkich oraz wpływie mediów społecznościowych – Facebooka, Instagrama czy TikToka – na budowanie więzi i poczucie własnej wartości. Wątek uzależnienia od social mediów jest aktualny i dobrze wpisuje się w temat książki. 
Akcja rozwija się raczej spokojnie, poprzez odsłanianie kolejnych warstw tajemnicy niż dynamiczne zwroty. Największe wrażenie zrobiły na mnie plastyczne opisy Japonii – zwłaszcza obrazy góry Fuji i ogrodów zen – które momentami były nawet mocniejsze niż sama warstwa kryminalna.

Iza Ryżek, Łzy niewiernego, recenzja

 

Iza Ryżek, Łzy niewiernego, recenzja

Autor: Iza Ryżek

Tytuł: Łzy niewiernego

Wydawnictwo: Wydawnictwo HM

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 492

Moja ocena 7/10


 

"Łzy niewiernego" autorstwa Izy Ryżek to książka, która nie próbuje imponować rozbudowanym światem, ani klasycznym rozmachem fantasy/science-fiction – zamiast tego skupia się na bohaterach postawionych pod ścianą i na wyborach, które niszczą, odbierają godność, dalekie są od honorowych rozwiązań. Autorka prowadzi czytelnika przez historię Varrena, który w desperackiej próbie ocalenia Averyn oddaje swoje życie w ręce totalitarnego państwa, zostając jednym z jego najlepszych żołnierzy.
To nie jest książka o bohaterstwie. To książka o przetrwaniu w świecie, który niszczy wszystkich – ofiary i katów. Akademia wojskowa pokazana jest jako miejsce systemowej deprawacji: przemoc, narkotyki, ciągłe intrygi, kumoterstwo, bezkarność oficerów. Szkoda jednak, że sam obraz państwa i wojny pozostaje w tle – kontekst polityczny mógłby być bogatszy.
Najmocniejszą stroną powieści są relacje między bohaterami. Varren i Averyn tworzą emocjonalne centrum fabuły – jego obsesja, by ją ocalić nawet wbrew jej woli. Równie ciekawy jest kontrast między Aurorą i Livią: pierwsza symbolizuje resztki normalności i ciepła, druga – świat donosów, spisków i przemocy.
Interesujący, choć zbyt słabo rozwinięty, jest motyw wszczepianych „serc” oraz magii, która pozostaje raczej tłem niż realną siłą fabularną. Podobnie tempo – Ryżek stawia bardziej na analizę emocji niż na dynamikę wydarzeń, co nie każdemu przypadnie do gustu. Styl jest solidny, choć ciężki – gęsty i poważny, dobrze oddający klimat świata, ale momentami męczący.
Łzy niewiernego to udane połączenie low fantasy i dystopii: świata, w którym magia nie ratuje, a największym zagrożeniem jest sam system. To książka niewygodna, ale właśnie dlatego zostaje w pamięci.

Robert A. Heinlein, Dubler, recenzja

Robert A. Heinlein, Dubler, recenzja

Autor: Robert A. Heinlein
Tytuł: Dubler
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2000
Liczba stron: 158
Moja ocena 8/10



„Dubler” Roberta A. Heinleina to książka, która na pierwszy rzut oka wygląda jak lekka, sensacyjna science fiction, ale bardzo szybko okazuje się czymś znacznie poważniejszym. Pod warstwą intrygi i futurystycznej otoczki kryją się pytania o władzę, odpowiedzialność i to, jaką cenę musi zapłacić zwykły człowiek, gdy zostanie wciągnięty w wielką politykę. Dodam tylko że to dla mnie już piąte spotkanie z twórczością Heinleina.
Akcja powieści rozgrywa się w roku 2100. Lawrence Smythe to przeciętny aktor, jeden z tych ludzi, którzy wciąż wierzą, że „ta jedna rola” odmieni ich życie. Los – a raczej polityczna intryga o międzyplanetarnej skali – daje mu taką szansę, choć w formie, której z pewnością się nie spodziewał. Po porwaniu charyzmatycznego lidera opozycji, Johna Bonefortea, Lawrence zostaje zmuszony do wcielenia się w jego rolę i tymczasowego zastąpienia go podczas kluczowego wydarzenia politycznego. Stawką jest zachowanie pokoju między Ziemią i Marsem.
Heinlein sprawnie łączy tu political thriller z science fiction. Intryga rozwija się powoli, a uwaga czytelnika skupia się na głównym bohaterze, który musi grać polityka, wiedząc, że jeden fałszywy gest lub źle dobrane słowo mogą mieć katastrofalne konsekwencje. Forma pierwszoosobowego pamiętnika dodatkowo wzmacnia to wrażenie – czytelnik niemal cały czas tkwi w głowie Lawrencea i obserwuje wszystkie wydarzenia jego oczami.
Czytając „Dublera”, trudno było mi uciec od skojarzenia z „Karierą Nikodema Dyzmy” – oczywiście w wersji science fiction i po amerykańsku. Motyw człowieka z przypadku, który dzięki splotowi okoliczności trafia na sam szczyt politycznej gry, jest tu wyraźnie obecny i stanowi jedno z ciekawszych źródeł interpretacji powieści.
Nie jest to jednak książka pozbawiona słabszych punktów. Z pewnym niedosytem przyjąłem fakt, że Heinlein nie rozwinął szerzej rywalizacji politycznej pomiędzy Partią Ekspansjonistyczną a Partią Ludzkości. Potencjał tego konfliktu jest ogromny, a przedstawione zostaje on raczej szkicowo, jako tło dla losów Lawrence’a, niż jako pełnoprawny temat analizy politycznej. Również język powieści nie porywa – jest poprawny, chwilami surowy, ale daleki od literackiego rozmachu znanego z najlepszych utworów autora.
Na koniec warto wspomnieć o stronie edytorskiej. Wydanie pozostawia wiele do życzenia: drobna czcionka i bardzo małe odstępy między wierszami znacząco obniżają komfort lektury, co przy książce wymagającej skupienia jest odczuwalne.
Mimo tych zastrzeżeń „Dubler” to powieść, którą zdecydowanie warto poznać – szczególnie jeśli ktoś interesuje się literaturą science fiction zahaczającą o politykę i mechanizmy władzy.


Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja

 
Harrry Harrison, Filmowy wehikuł czasu, recenzja


Autor: Harry Harrison
Tytuł: Filmowy wehikuł czasu
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 225
Moja ocena 8/10


„Filmowy wehikuł czasu” Harry’ego Harrisona okazał się dla mnie znakomitą odskocznią od lektur cięższych tematycznie. To książka sprawnie łącząca science fiction, satyrę i historyczną przygodę. Harrison bawi się konwencją, jednocześnie bardzo trafnie punktując absurdy świata filmu – i robi to w sposób, który mimo upływu ponad czterdziestu lat od pierwszego wydania wciąż pozostaje zaskakująco aktualny.
Dla mnie było to kolejne spotkanie z twórczością autora, którego znam już z takich tytułów jak „Planeta Śmierci” (obie części), „Przestrzeni! Przestrzeni!” czy „Planeta Przeklętych”. Harrison i tym razem nie zawodzi – pokazuje, że ma ogromne wyczucie rytmu opowieści i świetne poczucie humoru. Punktem wyjścia fabuły jest sytuacja rodem z hollywoodzkiego koszmaru: podupadłe studio Climactic stoi na skraju bankructwa, a jego szef daje producentowi Barneyowi Hendricksonowi… pięć dni na ukończenie wielkiego filmu, który ma uratować wytwórnię. Brzmi absurdalnie? Oczywiście – ale właśnie na tym polega siła tej powieści. Ratunkiem okazuje się cudowny wynalazek profesora Hewetta: wehikuł czasu. Dzięki niemu ekipa filmowa przenosi się do roku 1003, by nakręcić „hiperrealistyczny” film o wikingach, którzy odkryli Amerykę na długo przed Kolumbem. Wszystko to w oszałamiającym technikolorze i… najlepiej w jeden weekend.
Jednym z największych atutów książki są bohaterowie – wyraziści, karykaturalni, ale bardzo łatwi do polubienia. Wiking Ottar, który zgadza się zagrać w filmie w zamian za butelkę whisky dziennie. Barney Hendrickson, reżyser, który nakręcił 73 filmy i żaden nie był dobry. Jest jeszcze profesor Hewett, genialny naukowiec tak bardzo pochłonięty teorią czasu i przestrzeni, że momentami sam gubi się we własnych wyjaśnieniach.
Na duży plus zasługuje tempo narracji. Harrison świetnie oddaje gorączkową atmosferę pracy na planie filmowym, presję czasu i chaos twórczy. Dużo się dzieje, dialogi są żywe, a kolejne komplikacje pojawiają się z odpowiednią częstotliwością, dzięki czemu książkę czyta się szybko i z wyraźną przyjemnością. Nie ma tu dłużyzn ani momentów przestoju.
Mimo lekkiej formy autor celnie punktuje patologie i nonsensy Hollywood – pogoń za zyskiem, fikcję „wielkiego dzieła”, improwizację podszytą desperacją. Przeniesienie tych mechanizmów do realiów XI wieku działa znakomicie i wydobywa satyryczny potencjał opowieści.
„Filmowy wehikuł czasu” to książka, która bawi, odpręża i poprawia humor. Jest klimatyczna, dynamiczna i bardzo świadoma swojej konwencji. Nie sili się na wielkie filozoficzne tezy, ale oferuje solidną, inteligentną rozrywkę – dokładnie taką, jakiej czasem potrzeba najbardziej. Oceniam ją bardzo pozytywnie i z czystym sumieniem polecam każdemu, kto ma ochotę na science fiction z przymrużeniem oka, sporą dawką satyry i historycznym twistem.

Franciszek M. Piątkowski, Zamawiacz, recenzja

 

Autor: Eric Frank Russell  Tytuł: Osa  Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis  Rok wydania: 2021  Liczba stron: 224  Moja ocena 7/10

Autor: Franciszek M. Piątkowski

Tytuł: Zamawiacz

Wydawnictwo: Self-publishing

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 309

Moja ocena 9/10


„Zamawiacz” Franciszka M. Piątkowskiego to powieść, która swobodnie łączy kilka gatunków. Kryminał, urban fantasy i słowiańska mitologia spotykają się tu w jednej historii, tworząc opowieść mroczną, a jednocześnie bardzo przystępną i wciągającą. To książka, która nie tylko sprawnie prowadzi fabułę, lecz także konsekwentnie buduje własny świat i wyraźnie pokazuje, że nie jest kolejną odsłoną Uniwersum Powiernika, lecz samodzielną, autonomiczną historią. 
W mrożących krew w żyłach okolicznościach ginie młoda kobieta, Bogna. Jej chłopak, Miłosz Siemion, zostaje wrobiony w dokonanie tej zbrodni. Prokurator Michał Grela oraz komisarz Agata Modrzejewska próbują rozwikłać sprawę, która bardzo szybko wymyka się racjonalnym ramom. Fakty nie chcą się połączyć w logiczną całość, a główny podejrzany opuszcza komisariat w tajemniczych okolicznościach. W tle pojawiają się ludzie w szarych garniturach oraz słowiańskie potwory, które próbują przejąć kontrolę nad Zamawiaczem.
W mojej ocenie jednym z największych atutów „Zamawiacza” jest świetnie poprowadzony wątek kryminalny. Z jednej strony mamy duet śledczych – prokuratora i policjantkę – którzy starają się zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Z drugiej strony głównego bohatera, który również próbuje dotrzeć do prawdy. Co istotne, Miłosz nie działa w pojedynkę – pomaga mu osobliwa drużyna zaprzyjaźnionych potworów. Akcja powieści rozwija się w dobrze dobranym tempie: dynamiczne, intensywne sceny przeplatają się z wolniejszymi fragmentami.
Bardzo ciekawie wypada porównanie „Zamawiacza” z „Powiernikiem”. Znając wcześniejsze książki Franciszka M. Piątkowskiego, łatwo było założyć, że otrzymamy kolejną odsłonę znanego już świata. Tymczasem autor wyraźnie poszedł w inną stronę. Różnice między tymi uniwersami są znaczące i szybko dają się odczuć. W „Powierniku” słowiańskie istoty funkcjonowały raczej na uboczu – niewidoczne dla zwykłych ludzi. W „Zamawiaczu” jest odwrotnie: żyją tuż obok nas, są częścią codzienności i realnie wpływają na to, co dzieje się w świecie ludzi.
Na plus wypadają także drobne elementy humorystyczne, które skutecznie przełamują mroczny klimat powieści. Świetnym przykładem jest motyw Biedy, pracującej jako dyrektor sieci aptek w Lublinie – i, co szczególnie zabawne, radzącej sobie finansowo całkiem dobrze. Równie interesująco wypada wątek operacji przeprowadzanej przez doktor Agnieszkę, który zapada w pamięć.
„Zamawiacz” to słowiański kryminał urban fantasy, po który zdecydowanie warto sięgnąć. Książka zostawia czytelnika z wyraźnym poczuciem niedosytu i autentyczną ciekawością tego, co wydarzy się dalej. Ja na kontynuację tej historii czekam z dużym zainteresowaniem.


William Hope Hodgson, Kraina Nocy, recenzja

William Hope Hodgson, Kraina Nocy, recenzja

Autor: William Hope Hodgson

Tytuł: Kraina Nocy

Wydawnictwo: Wydawnictwo IX

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 586

Moja ocena 5/10



„Kraina nocy” Williama Hope’a Hodgsona to powieść radykalnie inna od większości znanych utworów z pogranicza grozy, science fiction i postapokalipsy. I właśnie w tej inności tkwi zarówno jej największa siła, jak i zasadniczy problem. Z jednej strony mamy do czynienia z dziełem absolutnie wyjątkowym pod względem wyobraźni i skali wykreowanego świata, z drugiej – z książką archaiczną, stylistycznie męczącą i boleśnie monotonną. To lektura, która pozostawia po sobie bardzo ambiwalentne wrażenia.

Już na poziomie wydania „Kraina nocy” potrafi przyciągnąć uwagę. Klimatyczna grafika doskonale współgra z ponurą, kosmiczno-egzystencjalną wizją świata przedstawionego. Sam koncept jest jednym z tych, które zapadają w pamięć na długo: martwa planeta pogrążona w wiecznej nocy, wygasłe Słońce i resztki ludzkości skupione w gigantycznej metalowej piramidzie liczącej ponad 1300 pięter. Konstrukcja ta chroniona jest przez tzw. „prąd ziemski” – pole energetyczne, które uniemożliwia zbliżenie się potworom, mutantom i nieokreślonym siłom ciemności, a jednocześnie zapewnia energię do funkcjonowania całej struktury. Żywność pochodzi z podziemnych plantacji sięgających setki mil w głąb planety. To wizja schyłku cywilizacji doprowadzona do logicznego i przerażającego ekstremum.

Świat na zewnątrz piramidy jest bezsprzecznie jednym z najmocniejszych elementów powieści. Hodgson z dużą plastycznością kreśli krajobraz wiecznej nocy: przepaści, uskoki, rzeki magmy oraz odległe gwiazdy stanowiące jedyne źródła światła w tym martwym świecie. Grasujące tam potwory – często tylko sugerowane, nie do końca opisane – działają na wyobraźnię znacznie silniej niż dosłowny horror. „Kraina nocy” nie straszy nagłymi atakami czy tanimi efektami. Jej groza opiera się na ciszy, bezkresie i mroku. To horror kosmiczny i egzystencjalny, melancholijny w tonie, wyraźnie zapowiadający to, co później rozwiną inni twórcy – z H.P. Lovecraftem na czele.

Niestety, wszystkie te atuty toną w formie, która dla współczesnego czytelnika może okazać się bardzo trudna do przebrnięcia. „Kraina nocy” to powieść pisana na początku XX wieku, utrzymana w specyficznym, archaicznym stylu, całkowicie pozbawiona dialogów. Narracja jest gęsta, rozwlekła i często nużąca. Hodgson z niemal obsesyjną dokładnością opisuje kolejne etapy marszu w ciemności: nieustanne nasłuchiwanie, obserwowanie niewyraźnych świateł, wypatrywanie nienazwanych zagrożeń. Początkowo buduje to napięcie, lecz z czasem zamienia się w monotonię, która skutecznie wyczerpuje czytelnika.

Problemem jest również sama fabuła. Jest ona boleśnie szczątkowa. Nie poznajemy nawet imienia głównego bohatera – wiemy jedynie, że w swoim „pierwszym” życiu był bogatym angielskim ziemianinem. Jego ukochana nosi imię Mirdath, a w odległej przyszłości, w piramidzie, jej odpowiednikiem jest Naani. Po śmierci Mirdath książka gwałtownie zmienia rejestr i przenosi akcję do dalekiej przyszłości, w której Słońce dawno już zgasło. Od tego momentu narracja skupia się niemal wyłącznie na wyprawie Narratora z wielkiej piramidy do mniejszej, w celu odnalezienia i sprowadzenia ukochanej z powrotem. I właściwie… niewiele więcej się tu dzieje.

Przy objętości 586 stron książka sprawia wrażenie sztucznie rozdętej. Bez większego uszczerbku dla świata przedstawionego i wymowy całości można by ją skrócić o jedną trzecią. Bogactwo opisów zmian, jakie zaszły na planecie po wygaśnięciu Słońca, nie rekompensuje braku wyraźnie rozwiniętej fabuły i dramaturgii. Monotonia narracji zabija napięcie, a lektura momentami przypomina wyczerpujący marsz – bardzo podobny do tego, który odbywa sam bohater.

Nie sposób jednak odmówić „Krainie nocy” ogromnego znaczenia historycznoliterackiego. Wielu badaczy uznaje ją za fundament podgatunku science fiction określanego mianem „Umierającej Ziemi” i trudno się z tym nie zgodzić. To powieść pełna fascynujących, dziwacznych i odważnych pomysłów, które zdecydowanie wyprzedzały swoją epokę. Szczególnie pierwsza połowa książki potrafi zachwycić rozmachem wizji i atmosferą schyłku wszystkiego, co znane.

Podsumowując: „Kraina nocy” to dzieło ważne, ambitne i skrajnie nieprzystępne. Nie próbuje przypodobać się czytelnikowi i nie idzie na żadne kompromisy – co jednych zachwyci, a innych skutecznie zniechęci. Dla mnie to książka o ogromnym potencjale wyobraźni, niestety w dużej mierze zmarnowanym przez monotonię, archaiczną formę i niemal szczątkową fabułę. Doceniam jej wpływ na rozwój gatunku, jednak jako doświadczenie czytelnicze pozostawiła mnie bardziej zmęczonym niż poruszonym. 5/10.

  

Eric Frank Russell, Osa, recenzja

 

Eric Frank Russell, Osa, recenzja

Autor: Eric Frank Russell

Tytuł: Osa

Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Rok wydania: 2021

Liczba stron: 224

Moja ocena 7/10


„OSA” Erica Franka Russella to jedna z tych powieści science fiction, które zaskakują nie efektami specjalnymi ani rozbudowaną wizją przyszłości, lecz konsekwencją pomysłu i precyzją wykonania. Choć od jej pierwszego wydania minęło blisko 77 lat, książka wciąż potrafi zainteresować współczesnego czytelnika – być może nawet bardziej dziś niż w momencie premiery.
Erica Franka Russella to brytyjski oficer i weteran II wojny światowej. Autor opowiadań i powieści z gatunku science fiction,, nagrodzony pierwszą w historii nagrodą Hugo. „Osa” to jedna z mniej znanych jego powieści. Punktem wyjścia fabuły jest trwająca od niemal roku wojna Terran z Imperium Syrijskim. Przewaga liczebna przeciwnika sprawia, że klasyczne działania militarne tracą sens, a dowództwo Terry decyduje się na broń znacznie subtelniejszą: dywersję, sabotaż i dezinformację. Tytułowa osa staje się tu metaforą – pojedynczy, sprawny agent może wywołać chaos nieproporcjonalny do własnych sił. Taką rolę ma odegrać James Mowry, wysłany na planetę Jaimec, jedną z centralnych prowincji Imperium, zamieszkaną przez dziesiątki milionów Syrijczyków. Jego zadanie brzmi prosto: siać zamęt.
Największą siłą „Osy” jest sposób, w jaki Russell opisuje pracę dywersyjną. Nie ma tu patosu ani bohaterskich szarż – zamiast tego dostajemy precyzyjny zapis drobnych działań w postaci wypisywania haseł na murach, naklejania specjalnych naklejek na witryny sklepów, które z czasem zaczynają przynosić właściwy rezultat. „Osa” nie atakuje miast ani baz wojskowych, lecz podkopuje zaufanie, destabilizuje struktury władzy i stopniowo osłabia morale przeciwnika. Czytając, trudno oprzeć się wrażeniu, że jego działania są boleśnie logiczne i – co najbardziej niepokojące – skuteczne.
W trakcie lektury coraz częściej pojawia się myśl, że „OSA” tylko udaje klasyczne science fiction. Technologiczna otoczka schodzi na dalszy plan, a sednem powieści staje się psychologiczna wojna informacyjna. Szczególnie intrygujący jest wątek tajemniczej organizacji Dirac Angestun Geser – struktury, która w rzeczywistości jest w dużej mierze wytworem plotek, strachu i zbiorowej wyobraźni. Russell pokazuje tu mechanizm znany z historii XX wieku: mit bywa potężniejszy niż realna siła.
Powieść czyta się szybko – to książka raczej cienka, pozbawiona dłużyzn, z wyraźnie zaznaczonym tempem i kilkoma udanymi zwrotami akcji. Pod koniec autor pozwala sobie również na odrobinę czarnego humoru, który dobrze kontrastuje z ponurym wydźwiękiem całości.
„OSA” nie jest książką
dla miłośników klasycznej SF, historii zimnowojennych strategii i literatury o wojnie psychologicznej. Idealna propozycja dla tych, którzy lubią science fiction myślące, a nie tylko efektowne.

Paweł Rochala, Niemcza 1017, recenzja

 

Paweł Rochala, Niemcza 1017, recenzja

Autor: Paweł Rochala

Tytuł: Niemcza 1017

Wydawnictwo: Bellona

Ilość Stron: 244

Rok Wydania: 2004

Ocena: 8/10

 

Obrona Niemczy w 1017 roku to jeden z tych momentów wczesnopiastowskich dziejów, które – choć rzadziej przywoływane w powszechnej świadomości niż Cedynia czy późniejszy Budziszyn – miały fundamentalne znaczenie dla kształtu i pozycji państwa Bolesława Chrobrego. Książka Pawła Rochali, wydana w ramach cenionej serii Historyczne Bitwy Wydawnictwa Bellona, bardzo dobrze wypełnia lukę w popularnonaukowej narracji o długotrwałym konflikcie polsko-niemieckim przełomu X i XI wieku.
Autor wychodzi od szerokiego tła politycznego, pokazując genezę wojny między księciem (a od 1025 roku królem) Polski Bolesławem I Chrobrym a królem i cesarzem niemieckim Henrykiem II. Ponad połowa książki poświęcona została stosunkom polsko-niemieckim, od chwilowych sojuszy, poprzez układy dynastyczne i zbrojne konflikty. Dzięki temu oblężenie Niemczy nie jest przedstawione jako oderwany epizod militarny, lecz jako logiczne następstwo wieloletniej rywalizacji dwóch ambitnych władców.
Sam opis kampanii 1017 roku i obrony dolnośląskiego grodu ukazuje Niemczę jako kulminacyjny moment wielkiej wyprawy cesarza Henryka II na Polskę, prowadzonej przy wsparciu czeskich i lucickich sojuszników. Najazd ten w założeniu miał doprowadzić do podporządkowania Bolesława Chrobrego władzy cesarskiej oraz odebrania Polsce zachodnich ziem: Moraw, Łużyc, Milska, a w dalszej perspektywie nawet Śląska. Na szczególne podkreślenie zasługuje język książki. Niemcza 1017 została napisana przystępnie, klarownie i bez zbędnych archaizmów, co w przypadku popularyzacji wiedzy historycznej jest wartością kluczową. Autor nie upraszcza nadmiernie problematyki, ale potrafi ją wyłożyć w sposób zrozumiały także dla czytelnika, który nie zajmuje się zawodowo wczesnym średniowieczem. To cecha charakterystyczna twórczości Rochali, znanego popularyzatora historii, i tutaj również została ona w pełni zachowana.
Warto również zauważyć, że książka dobrze wpisuje się w standard serii Historyczne Bitwy: mamy do czynienia z połączeniem narracji politycznej, wojskowej, dyplomatycznej, uzupełnionej o niezbędny kontekst geograficzny i archeologiczny.
Niemcza 1017 to jedna z trzech książek Pawła Rochali wydanych w tej serii, obok Cedyni 972 oraz Lasu Teutoburskiego 9 r. n.e.. W każdej z nich autor udowadnia, że potrafi łączyć rzetelność warsztatową z narracją atrakcyjną dla szerokiego grona odbiorców.
To lektura godna polecenia zarówno osobom rozpoczynającym przygodę z historią wczesnośredniowiecznej Polski, jak i czytelnikom bardziej zaawansowanym, którzy chcą uporządkować wiedzę o jednym z kluczowych epizodów panowania Bolesława Chrobrego. Dla miłośników serii Historyczne Bitwy – pozycja obowiązkowa.

Pierre Bordage, Paryż: Lewy Brzeg, recenzja

 

Pierre Bordage, Paryż: Lewy Brzeg, recenzja

Autor: Pierre Bordage

Tytuł: Paryż. Lewy Brzeg

Wydawnictwo: Insignis

Ilość Stron: 484

Rok Wydania: 2023

Ocena: 9/10

Po zagładzie nuklearnej mieszkańcy Paryż zeszli pod ziemię. W tunelach metra Lewego Brzegu przetrwały niewielkie społeczności, skazane na życie w ciemności, strachu i permanentnym konflikcie. Wyjście na powierzchnie oznacza śmierć, a Prawy Brzeg stał się synonimem przekleństwa. W takich realiach Pierre Bordage osadza powieść „Paryż: Lewy Brzeg”, jedną z najmocniejszych odsłon Uniwersum Metro 2033.
Centralną postacią tej mrocznej układanki jest Madonna z Bac – charyzmatyczna, bezwzględna przywódczyni, która próbuje ocalić to, co pozostało z populacji dawnej stolicy Francji. Jej celem jest zjednoczenie wszystkich stacji i stworzenie Federacji, która miałaby zagwarantować wszystkim mieszkańcom przestrzeń życiową i sprawiedliwy podział dóbr. W paryskim metrze nie ma miejsca na sentymenty, Bordage bardzo konsekwentnie buduje wizję świata, w którym moralność ulega wypaczeniu, a przemoc staje się codziennym narzędziem przetrwania. 
„Lewy Brzeg” to pierwszy tom trylogii „Uniwersum Metro 2033. Paryż” i jednocześnie jedna z najbardziej oryginalnych odsłon całego cyklu. Autor świadomie zrywa z wieloma schematami znanymi z innych powieści osadzonych w tym świecie. Akcja rozgrywa się co najmniej pięć pokoleń po wojnie, a więc znacznie później niż w większości książek uniwersum. Dzięki temu mamy do czynienia nie z ludźmi pamiętającymi powierzchnię, lecz z bohaterami, dla których metro jest jedyną znaną rzeczywistością – pełnoprawnym światem, a nie tylko schronieniem.
Na uwagę zasługuje także sposób konstruowania postaci. Bordage niemal całkowicie rezygnuje z opisu wyglądu bohaterów, w tym koloru skóry – co można interpretować jako ukłon w stronę współczesnej poprawności politycznej. Bohaterowie są bardzo wyraziści, zarówno pierwszoplanowi – Zorza, Madonna, Juss – jak i postacie drugiego planu, które nie giną w tle, lecz realnie wpływają na rozwój fabuły.
Nie sposób pominąć faktu, że jest to jedna z najbardziej brutalnych powieści w całym Uniwersum Metro 2033. Stałe zagrożenie napaścią seksualną, przemoc fizyczna i psychiczna oraz wszechobecny strach sprawiają, że lektura bywa ciężka, momentami wręcz przytłaczająca.
Po stronie minusów warto odnotować wydanie książki, a konkretnie tylną okładkę z mapą paryskiego metra. Kolory linii są słabo widoczne, a brak tłumaczenia nazw stacji (pozostawionych w oryginalnym języku francuskim) może stanowić problem dla części czytelników. To drobny, ale jednak zauważalny mankament, zwłaszcza że topografia metra odgrywa w tej powieści istotną rolę.
Mimo tych niedociągnięć „Paryż: Lewy Brzeg” uważam za jedną z najlepszych powieści w całym Uniwersum Metro 2033. To książka mroczna, gęsta od emocji, brutalna, ale jednocześnie dojrzała i przemyślana. Bordage stworzył wizję, która nie tylko znakomicie wpisuje się w świat wykreowany przez Dmitrija Glukhovskyego, lecz także wyraźnie się od niego odróżnia.
Pozostaje czekać na kontynuację – bo jeśli kolejne tomy utrzymają ten poziom, paryskie metro ma szansę stać się jednym z najmocniejszych punktów całego uniwersum.