Sięganie po książki debiutujących autorów zawsze wiąże się z pewnym
ryzykiem. Dla mnie jest to jednak przede wszystkim ogromna przyjemność. Uważam,
że wielu pisarzy w swoich pierwszych powieściach stara się podzielić z
czytelnikami tym, co ich zdaniem jest w danym gatunku literackim najciekawsze i
najważniejsze. Dlatego, sięgając po „Cienie nad Zefyrionem” Sylwii Zapaśnik,
liczyłem na jedną z tych literackich przygód, które na długo pozostają w
pamięci. Autorka zabiera czytelników do postapokaliptycznego świata, w którym
ludzie od pokoleń żyją pod ochronnymi kopułami, a nienawiść do demonów stała
się fundamentem funkcjonowania całego społeczeństwa.
Już sam pomysł na wykreowany świat zasługuje na uwagę. Dziewięćdziesiąt
pięć miast ukrytych pod magicznymi kopułami, zależność mieszkańców od kapłanów
podtrzymujących ochronne bariery oraz system oparty na wyzysku i religijnym
autorytecie tworzą interesujące tło dla wydarzeń. Autorka pokazuje
społeczeństwo pełne nierówności – zwykli ludzie ponoszą ogromne koszty
utrzymania systemu, podczas gdy kapłani żyją w przepychu, całkowicie odcięci od
problemów swoich poddanych. Jeszcze mocniej wybrzmiewa okrucieństwo Czerwonych
Likwidatorów, którzy nie ograniczają się jedynie do zabijania demonów,
torturują je i nie kryją z tym że wykorzystują seksualnie.
Na plus należy zaliczyć również prosty, ale funkcjonalny system magii.
Tworzenie ładunków mocy czy możliwość przejmowania energii przeciwnika nie są
przesadnie skomplikowane, dzięki czemu czytelnik szybko odnajduje się w
zasadach rządzących światem.
Największym problemem książki okazała się dla mnie główna bohaterka.
Adianna często zachowuje się impulsywnie, bywa kłótliwa, a niektóre jej decyzje
są wyjątkowo głupie. Zamiast wzbudzać sympatię, wielokrotnie wywoływała
irytację, co sprawiało, że z mniejszym zainteresowaniem śledziłem rozdziały
przedstawione z jej perspektywy.
Zupełnie inaczej odebrałem postać Calisto. Demon został wykreowany bardzo
przekonująco – jest inteligentny, odważny, obdarzony poczuciem humoru i
naturalnymi zdolnościami przywódczymi. Świetnie odnajduje się zarówno podczas
szkolenia żołnierzy, jak i w politycznych realiach królewskiego dworu. To
właśnie rozdziały prowadzone z jego punktu widzenia należały, moim zdaniem, do
najciekawszych fragmentów całej powieści. Gdy tylko narracja przechodziła na
Calisto, historia nabierała większej dynamiki i zwyczajnie czytało się ją z
większą przyjemnością.
Nieco gorzej wypada konstrukcja książki. Poszczególne rozdziały są bardzo
nierówne objętościowo, a pierwszy z nich liczy ponad sto stron. Niestety jest
przy tym mocno przegadany i rozwija się dość powoli, przez co początek może
zniechęcić część czytelników. Dopiero z czasem akcja wyraźnie przyspiesza.
„Cienie nad Zefyrionem” to propozycja dla czytelników lubiących mroczne
fantasy z elementami antyutopii, którzy są w stanie przymknąć oko na wolniejszy
początek i nierówną konstrukcję fabuły. Nie była to lektura, która całkowicie
mnie zachwyciła, ale z pewnością dostrzegam jej mocne strony i uważam, że wielu
miłośników gatunku może znaleźć w niej coś dla siebie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz