Michał Cholewa, Głos Kompani, recenzja
Autor: Michał Cholewa
Tytuł: Głos Kompani
Wydawnictwo: Warbook
Data wydania: 2026
Liczba stron: 592
Moja ocena 8/10
„Głos Kompanii” Michała Cholewy to powieść dark fantasy o wojnie widzianej z perspektywy ludzi, którzy znajdują się po stronie okupanta, co sprawia, że książka wyróżnia się na tle wielu typowych historii toczących się w realiach zawieruchy wojennej.Ashven formalnie odzyskało pokój. Kapłani Kordesha zostali wyparci ze stolicy, król Joren odzyskał tron, a vidyjskie wojska mają pilnować porządku. Problem w tym, że wojna się nie skończyła. W górach pozostają siły uzurpatorki Larenny, w lasach działają lojaliści, a miejscowa ludność nie zamierza bez walki zaakceptować nowej rzeczywistości. W ten świat trafia Lirka. Początkowo jako pomocnik kupca, później jako tłumacz przydzielony do kompanii najemników współpracujących z vidyjskim korpusem ekspedycyjnym. Lirka jest idealistą. Próbuje zrozumieć sens tego, co się dzieje, i przede wszystkim przekonać innych, że wojna oraz okupacja są złe. Szybko jednak przekonuje się, że dla wielu żołnierzy, którzy nie mają zawodu, walka jest jedynym sposobem na zarobek. Zupełnie inną postawę prezentuje podsetnik Kaleas – człowieka, który zdaje się nie uznawać żadnych granic w czasie wojny. Jest brutalny, bezwzględny i przekonany o własnej bezkarności. Stanowi bardzo dobry kontrast dla Lirki. Jeden próbuje zachować resztki idealizmu, drugi dawno już się go pozbył. Ów kontrast między bohaterami to jedna z mocniejszych stron powieści. Michał Cholewa stworzył sporo wyrazistych postaci. Kapitan kompanii, sierżant Hagen, setniczka Casverden, Vexley, Genevieve czy wspomniany Kaleas, każdy z nich ma własny sposób patrzenia na wojnę i własne granice, których jest gotów – albo nie jest – przestrzegać.Początek książki nie zrobił na mnie większego wrażenia. Historia rozwija się powoli i potrzeba czasu, żeby wejść w ten świat. Powieść została podzielona na cztery części: Lato, Jesień, Zima i Wiosna. Dopiero po pewnym czasie zacząłem naprawdę wsiąkać w przedstawioną historię. Szczególnie dobrze zadziałały fragmenty dotyczące działań pacyfikacyjnych i rekwizycji prowadzonych przez kompanie w okolicznych wioskach. Najmocniejszym fragmentem była dla mnie jednak pacyfikacja Rath i Myh’lai. Autor pokazuje tam wojnę bez filtrów i bez próby usprawiedliwiania którejkolwiek ze stron. To brutalny fragment, po którym musiałem po nim zrobić sobie przerwę. Rekwizycje, pacyfikacje, przemoc, strach i podporządkowanie ludności są częścią codzienności. Jednocześnie autor nie buduje prostego podziału na dobrych i złych. Pozytywnych postaci jest tutaj niewiele, a wojna szybko pokazuje, że moralność może być luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić. „Głos Kompanii” jest przy tym ciekawy również dlatego, że odwraca typową perspektywę. W wielu opowieściach o okupacji główny bohater należy do podziemia, partyzantki albo ruchu oporu. Tutaj Lirka znajduje się po stronie sił okupacyjnych. Dzięki temu czytelnik obserwuje konflikt od środka – razem z ludźmi, którzy wykonują rozkazy i uczestniczą w działaniach przeciwko miejscowej ludności. To książka mocno osadzona w wojskowym klimacie. Jest w niej dużo żołnierskiej codzienności, rozkazów, hierarchii, działań w terenie i brutalnej praktyki prowadzenia wojny. Dużym plusem jest też nieprzewidywalność. Czytając książkę praktycznie do samego końca, nie byłem pewien, dokąd autor zmierza i jak zakończy tę historię. Podobały mi się również drobne elementy budujące wojskowy charakter powieści. Okrzyk kompanii „Jedno stado” czy określenie człowieka sparaliżowanego strachem – „martwy w głowę”. „Głos Kompanii” to moje pierwsze spotkanie z Michałem Cholewą i zdecydowanie udane. Początek wymaga cierpliwości, ale kiedy powieść już się rozkręci, trudno się od niej oderwać. To konkretna, surowa i bardzo wojskowa fantastyka, która nie próbuje zrobić z wojny przygody.
Ellen Steiber, Ewa, recenzja
Autor: Ellen SteiberTytuł: EwaWydawnictwo: Da CapoCykl: Z Archiwum X (seria czerwona), tom IIData wydania: 1997Liczba stron: 95Moja ocena 7/10
Powrót do książek inspirowanych serialem „Z Archiwum X” jest dla mnie zawsze okazją do zanurzenia się w wspomnieniach, gdy jako dzieciak po kryjomu oglądałem przygody Muldera i Sculy. „Ewa” Ellen Steiber to druga książka z czerwonej serii, która stanowi literacką adaptację jedenastego odcinka pierwszego sezonu serialu, zatytułowanego „Eve”.Historia rozpoczyna się od makabrycznego odkrycia. Na posesji zostaje znaleziony martwy mężczyzna, z którego ciała niemal całkowicie usunięto krew. Jedynym świadkiem wydarzenia jest jego córka, Teena. Dziewczynka nie potrafi jednak powiedzieć, co właściwie się wydarzyło. Pamięta jedynie tajemnicze czerwone światło. Sprawa staje się jeszcze bardziej zagadkowa, gdy na drugim końcu Stanów Zjednoczonych dochodzi do identycznego morderstwa. Tym razem świadkiem jest Cindy – dziewczynka bliźniaczo podobna do Teeny.„Ewa” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Przyznam, że początkowo dość sceptycznie podchodziłem do tej książki, przede wszystkim ze względu na jej objętość (zaledwie 94 strony). Tymczasem Ellen Steiber całkiem sprawnie wykorzystała niewielką przestrzeń znajdując miejsce na dwa plot twisty, które sprawiły, że historia okazała się dla mnie bardziej interesująca, niż początkowo zakładałem. Nie oznacza to jednak, że „Ewa” jest pozbawiona wad. Największym problemem pozostaje właśnie jej objętość. Historia ma naprawdę ciekawy punkt wyjścia i potencjał na znacznie bardziej rozbudowaną opowieść. Mam wrażenie, że gdyby Ellen Steiber dostała możliwość rozwinięcia tej historii, książka mogłaby zyskać jeszcze więcej.Nie zmienia to jednak faktu, że „Ewa” okazała się dla mnie bardzo przyjemną lekturą. To krótka, dynamiczna i pełna tajemnic opowieść, która dobrze oddaje klimat pierwszego sezonu „Z Archiwum X”. Nie jest to książka, przy której spędzimy wiele godzin, ale właśnie dzięki niewielkiej objętości świetnie sprawdzi się jako szybka lektura na jeden wieczór.
Garth Nix, Opętany, recenzja
Autor: Garth Nix
Tytuł: Opętany
Wydawnictwo: Da Capo
Cykl: Z Archiwum X (seria czerwona), tom I
Data wydania: 1997
Liczba stron: 95
Moja ocena 6/10
Powrót do „Z Archiwum X” po latach to dla mnie przede wszystkim podróż do
czasów, kiedy historie o Mulderze i Scully potrafiły naprawdę nieźle niepokoić.
Tym razem sięgnąłem po „Opętanego” Gartha Nixa – pierwszy tom tzw. czerwonej
serii książek inspirowanych popularnym serialem. Książka ukazała się w Polsce
nakładem wydawnictwa Da Capo w 1997 roku i liczy zaledwie 95 stron.
Historia rozpoczyna się od tragicznego wypadku. W parku chłopca potrąca
lokomotywa, jednak uwagę Muldera zwraca pewien szczegół – balon, który dziecko
trzymało w ręku, pozostaje nieruchomo w powietrzu. Agent FBI zaczyna
podejrzewać, że za śmiercią chłopca może kryć się coś więcej niż zwykły
wypadek. Wraz ze sceptycznie nastawioną Daną Scully rozpoczyna śledztwo, które
szybko prowadzi ich w stronę wydarzeń trudnych do racjonalnego wyjaśnienia.
I właśnie tutaj zaczyna się największy problem „Opętanego”. Książka jest
bardzo wierną adaptacją odcinka „Z Archiwum X” – „The Calusari”, czyli 21.
odcinka drugiego sezonu serialu. Nie jest to więc historia, która rozwija
wydarzenia znane z ekranu albo dodaje do nich coś szczególnie interesującego.
To właściwie literackie odtworzenie tego, co mogliśmy zobaczyć w serialu.
Z jednej strony ma to swoje zalety. Fabuła jest dynamiczna, szybko
przechodzimy od jednego wydarzenia do kolejnego. Tradycyjnie Mulder szuka
paranormalnego wyjaśnienia, natomiast Scully próbuje wszystko racjonalizować. Z
drugiej strony trudno nie odnieść wrażenia, że wszystko zostało potraktowane
bardzo po łebkach. „Opętany” to krótka, dość płaska opowieść, w której brakuje
miejsca na bardziej rozbudowane opisy, charakterystykę bohaterów czy
pogłębienie samej historii. Książka ma około 95 stron, a dodatkowo zastosowano
w niej naprawdę duży druk. Czytało mi się ją przez to niezwykle szybko –
średnio poświęcałem na jedną stronę około minuty. Trudno mi jednak polecić tę
książkę osobom, które oczekują od powieści czegoś więcej niż wiernego
przeniesienia serialowej historii na papier.
Przemek Osowski, Wrona z Madenfal, recenzja
Autor: Przemek Osowski
Tytuł: Wrona z Madenfal
Wydawnictwo: Seff-publishing
Data wydania: 2025
Liczba stron: 456
Moja ocena 9/10
Gjaladen nie jest miejscem, do którego chciałbym trafić nawet na krótkie
wakacje. To odizolowany od reszty świata kontynent, otoczony przez tajemnicze
mgły. Nikt od ponad 500 lat nie zdołał ich przekroczyć, a właściwie trudno
nawet powiedzieć, czy poza nimi istnieje jeszcze jakikolwiek świat. Kontakt z
purpurową mgłą może oznaczać śmierć, mutację albo coś znacznie gorszego.
Mgławice wpływają na pory roku, zwierzęta i ludzi, a nawet potrafią nadawać
realny kształt ich największym lękom. Powieść jest ciekawym połączeniem dark
fantasy i postapokalipsy. Mamy tu krainy, zakony, nowe i stare wierzenia,
potwory i liczne nawiązania do słowiańskiej mitologii oraz bestiariuszy. Autor
dobrze wykorzystuje ten pomysł i stopniowo odsłania przed czytelnikiem kolejne
elementy Gjaladenu. Nie zasypuje przy tym informacjami, dzięki czemu mgła przez
długi czas pozostaje czymś tajemniczym i niepokojącym.
Sama historia jest naprawdę bogata w wydarzenia. Spiski, polityka,
morderstwa, walka o wpływy, tajemnice i intrygi ukryte wewnątrz kolejnych
intryg sprawiają, że trudno tutaj narzekać na nudę. Praktycznie każdy rozdział
wnosi coś do historii. Duża w tym zasługa stylu Przemysława Osowskiego. „Wronę
z Madenfal” czytało mi się bardzo szybko i z dużą przyjemnością, mimo że sama
historia do najprostszych nie należy. Na osobne wyróżnienie zasługują
bohaterowie. Poza Hjalkanem i Nokramą wyróżniłbym Verdona Halpa, który jest
złodziejem i kryminalistą, a mimo to momentami ma w sobie więcej honoru niż
niejeden król, arystokrata czy członek zakonu. Nie ma tutaj prostego podziału
na dobrych i złych. Tak naprawdę postaci, które bez zastanowienia można nazwać
pozytywnymi, jest bardzo niewiele. Każdy ma swoje interesy, tajemnice i cele.
Sojusznik niekoniecznie pozostanie nim na długo.
Klimatycznie książka momentami przypominała mi „Gorath. Uderz pierwszy”
Janusza Stankiewicza. Nie chodzi o podobieństwa fabularne, ale o poczucie
obcowania z nieprzyjaznym, brutalnym światem fantasy, w którym za kolejnym
zakrętem może czekać coś naprawdę paskudnego.
Mimo wszystkich tych pozytywów książka nie była idealna, głownie ze
względu na zakończenie. Nie uważam go za złe – pasuje do całej historii – ale
po zamknięciu książki miałem wrażenie, że zabrakło jeszcze jednego rozdziału.
Dodatkowego fragmentu, który dopowiedziałby pewną kwestię i pozwolił postawić
ostatnią kropkę. Pozostało więc lekkie poczucie niedosytu. Drugą rzeczą jest
brak mapy. Przy tak rozbudowanym świecie i dużej liczbie krain naprawdę by się
przydała. Z tego, co wiem, ma się jednak pojawić w papierowym wydaniu książki.
Fred Hoyle, Czarna chmura, recenzja
Autor: Fred Hoyle
Tytuł: Czarna chmura
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 2024
Liczba stron: 267
Moja ocena 7/10
Co by się stało, gdyby do Układu Słonecznego zmierzał
gigantyczny międzygwiezdny obłok zdolny przesłonić Ziemię przed promieniami
Słońca? Taki punkt wyjścia proponuje „Czarna Chmura” – klasyczna powieść
science fiction, w której astronomowie odkrywają nadciągające zagrożenie dla
całej ludzkości. Świat staje w obliczu katastrofy o niewyobrażalnej skali, a
grupa wybitnych naukowców pod przewodnictwem Christophera Kingsleya próbuje
zrozumieć naturę tajemniczego obiektu. To historia, która z czasem staje się nie
tylko opowieścią o walce z kataklizmem, ale także refleksją nad miejscem
człowieka we wszechświecie.
Autor powieści Fred Hoyle był nie tylko pisarzem, ale przede
wszystkim wybitnym brytyjskim astronomem i astrofizykiem, profesorem
Uniwersytetu w Cambridge oraz byłym prezesem Królewskiego Towarzystwa
Astronomicznego. Jego naukowe doświadczenie wyraźnie widać na kartach powieści,
która imponuje dbałością o szczegóły i wiarygodnością przedstawionych zjawisk.
Największym atutem książki jest sam pomysł na fabułę. Wizja
ogromnej chmury odcinającej Ziemię od światła słonecznego robi ogromne
wrażenie. Spadająca temperatura, wymierająca roślinność i zwierzęta oraz
świadomość, że zapasy jedynie na krótko odsuną nieuchronny koniec, tworzą
sugestywną wizję globalnej zagłady bez użycia choćby jednej bomby atomowej. Sam
rozwój wydarzeń nie zawsze jednak dorównuje potencjałowi tej historii, a akcja
toczy się w wręcz ślimaczym tempie. Osobiście najbardziej zainteresowały mnie
fragmenty pokazujące reakcje społeczeństw na nadchodzący kryzys – zamieszki,
działania rządów, upadki rządów, renesans wszelkich religii. Autor większy
nacisk położył na społeczne konsekwencje zetknięcia się z nieznanym oraz pracę
naukowców niż na widowiskową akcję.
Nie do końca przekonał mnie również główny bohater.
Christopher Kingsley jest niemal nieomylny, przekonany o własnej wyższości i
nieustannie udowadnia, że jego pomysły są najlepsze. Przez to pozostali
naukowcy często sprawiają wrażenie jedynie tła dla jego błyskotliwości. Szkoda
również, że w książce praktycznie zabrakło wyrazistych kobiecych postaci. Największą
przeszkodą w odbiorze okazała się jednak warstwa naukowa. Dialogów między
naukowcami jest bardzo dużo, a zagadnienia z fizyki, astronomii i matematyki
pojawiają się niemal na każdym kroku. Doceniam ich merytoryczną wartość, jednak
dla mnie wiele z tych fragmentów było zbyt specjalistycznych i momentami
wyraźnie psuło lekturę.
Mimo tych zastrzeżeń „Czarna Chmura” pozostawiła po sobie
pozytywne wrażenie. To książka z bardzo ciekawym pomysłem, skłaniająca do
refleksji nad kruchością naszej cywilizacji i miejscem człowieka we
wszechświecie. Nie jest to jednak dynamiczne science fiction, lecz powieść
nastawiona przede wszystkim na naukowe i filozoficzne rozważania.
Księga Miliona i jednej rozkoszy, recenzja
Autor: Tymoteusz Adam Leonard Sokołowski, Agnieszka
Zasadzka, Aleksandra Rybacka, Daniel Chmarzyński, Sylwia Finklińska, Patryk
Gujda, Natalia Kędra, Jola Kitowska, Natalia Klimaszewska, Krzysztof Kotlarski,
Maria Krzywda, Wiktor Matyszkiewicz, Kamil Mosior, Cezary Romanowski, Dominika
Vicente, Jakub Wczasek, Joanna Zając, Jędrek Dżdżownica, Sylwia Koper, Łukasz
Maj, Mariusz Minkiewicz, Magdalena Targosz
Tytuł: Księga Miliona i jednej rozkoszy
Wydawnictwo: Wilki trzy i kot
Data wydania: 2026
Liczba stron: 440
Moja ocena 9/10
„Księga Miliona i jednej rozkoszy” to jedna z tych lektur,
które trudno zamknąć w jednym gatunku. Jest jednocześnie fantastyczną
opowieścią szkatułkową, literaturą obyczajową i prowokującą historią, w której
erotyka staje się narzędziem do opowiadania o bliskości, emocjach oraz ludzkich
pragnieniach. Inspiracja „Księgą Tysiąca i Jednej Nocy” jest wyraźnie widoczna,
ale całość zachowuje własny, oryginalny charakter. Bohaterami książki są:
Nowojorski macho Eros Brown, Paryska malarka dr Yua Yoshino oraz Gentae osoba
niebinarna z Krakowa. Każde z nich posiada wyjątkowy talent do snucia
opowieści, które tworzą spójną całość i sprawiają, że trudno przewidzieć jaki
będzie finał tej historii.
Najbardziej spodobał mi się styl tej książki. Poszczególne
historie są krótkie, dzięki czemu ani przez moment nie miałem wrażenia, że coś
się dłuży. Co więcej, czytałem ją pomiędzy kolejnymi powieściami, po kilka
opowiadań na raz. Dzięki temu do samego końca miałem poczucie, że obcuję ze
świeżą opowieścią, która ani razu mnie nie znudziła. Choć erotyka odgrywa tutaj
ważną rolę, nie jest celem samym w sobie. Autorzy podeszli do tego tematu z
dużym wyczuciem i klasą. Historie nie są wulgarne – zamiast tego otrzymujemy
elegancki język, bogatą wyobraźnię i dużą dbałość o estetykę.
Dużym atutem są liczne nawiązania do mitologii greckiej,
Biblii, baśni Bliskiego Wschodu, historii Japonii czy popkultury (pojawia się
Wielki Przedwieczny!!!). Dzięki temu każda historia wnosi coś nowego i zachęca
do zagłębiania się w kolejne opowiadania. Szczególnie zapadło mi w pamięć
opowiadanie o Nidasie, bracie króla Midasa, które było niezwykle zabawne i
rozwiązało odwieczną zagadkę „Dla czego nas mężczyzn tak strasznie boli, gdy
uderzymy się w mały palec stopy”😊.
Nie sposób nie wspomnieć o samym wydaniu. Twarda oprawa,
elegancka okładka i wysoka jakość wykonania sprawiają, że książka świetnie
prezentuje się na półce. Bardzo spodobały mi się również dodatki: playlista,
słowniczek oraz notki o wszystkich autorach.
„Księga Miliona i jednej rozkoszy” była dla mnie zupełnie
nowym doświadczeniem czytelniczym. Otrzymałem bardzo dobre wykonanie i zbiór
opowieści zaskakujących pomysłowością oraz stylem. To książka, która udowadnia,
że o erotyce można pisać z klasą, inteligencją i literackim wyczuciem.
Franciszek M. Piątkowski, Trzej Maszkaronowie i sami (nie)swoi, recenzja
Autor: Franciszek M.
PiątkowskiTytuł: Trzej
Maszkaronowie i sami (nie) swoiCykl: Marek Lichocki
(tom V)Wydawnictwo:
SelfpublishingLiczba stron: 156Data wydania: 2026Moja ocena: 10/10
Po pierwszym tomie miałem spore oczekiwania wobec kontynuacji i na szczęście
Franciszek Piątkowski ich nie zawiódł. „Trzej Maszkaronowie i sami (nie) swoi”
to lekka, pełna humoru opowieść, która od pierwszych stron wciąga zwariowanymi
pomysłami i dobrze znanymi bohaterami. Co więcej, uważam, że druga część wypada
nawet odrobinę lepiej od swojej poprzedniczki.
Wydawałoby się, że po
wydarzeniach z pierwszego tomu, kiedy bohaterowie polskich legend zostali
odesłani z powrotem do swoich światów, wszystko wróci do normy. Nic bardziej
mylnego! Klątwa Biedy z Nędzą nadal działa, a jej skutki przybierają jeszcze
większe rozmiary. Do Polski zaczynają trafiać mityczne i legendarne postacie z
różnych zakątków świata. Yeti, Drakula, Robin Hood, Joker, Meduza i cała
plejada innych bohaterów nagle znajdują się tam, gdzie zdecydowanie nie
powinni. Zadanie odesłania ich do domu ponownie spada na barki Trzech
Maszkaronów, wspieranych przez niezawodną ekipę wodników i topielicę,
tworzących Specjalny Oddział Stworów.
Podobnie jak w
pierwszej części, największym atutem powieści pozostaje humor. Franciszek
Piątkowski doskonale wie, jak rozbawić czytelnika, a wiele scen wywoływało u
mnie szczery uśmiech. Prawdziwymi gwiazdami po raz kolejny okazują się
Myślomysł i Miłomysł – wodnicy o wyjątkowo małych rozumkach. Ich dialogi,
absurdalne rozważania i zaskakujące pytania dosłownie kradną każdą scenę, w
której się pojawiają. Za każdym razem, gdy trafiali na karty powieści,
wiedziałem, że za chwilę czeka mnie kolejna porcja świetnego humoru.
Bardzo spodobało mi się
również to, jak autor bawi się znanymi motywami i legendami, wrzucając kultowe
postacie do zupełnie nieoczekiwanych sytuacji. Dzięki temu książka ani przez
chwilę nie traci tempa. Czyta się ją błyskawicznie, bo trudno oprzeć się pokusie
sprawdzenia, co jeszcze wymyśli autor.
To idealna lektura na
wieczór po ciężkim dniu pracy albo po skończeniu wymagającej, emocjonalnie
wyczerpującej książki. Pozwala się odprężyć, oderwać od codzienności i po
prostu dobrze bawić. Jeśli szukacie lekkiej, zabawnej historii z sympatycznymi
bohaterami i dużą dawką humoru, „Trzej Maszkaronowie i sami (nie) swoi” z
pewnością Was nie zawiedzie.
Wojciech Gunia, Nie ma wędrowca, recenzja
Autor: Wojciech
Gunia
Tytuł: Nie
ma wędrowca
Wydawnictwo:
C&T
Rok wydania:
2016
Liczba
stron: 168
Moja
ocena: 9/10
Moje pierwsze spotkanie z twórczością Wojciecha Guni zaowocowało bardzo wysoko
postawioną poprzeczką. „Dom wszystkich snów” zrobił na mnie ogromne wrażenie,
dlatego po „Nie ma wędrowca” sięgałem z dużymi oczekiwaniami. Na szczęście
autor po raz kolejny udowodnił, że doskonale wie, jak budować atmosferę
niepokoju i opowiadać historie, które zostają z czytelnikiem na długo po
zamknięciu książki.
Fabuła
przenosi czytelnika do odizolowanego od świata tartaku, zwanego Bazą. Nowy dozorca
trafia do miejsca, które już od pierwszych stron wydaje się naznaczone czymś
złowrogim. Wraz z nadejściem zimy rzeczywistość zaczyna coraz bardziej mieszać
się z koszmarem, a bohater stopniowo odkrywa tajemnice swojego poprzednika oraz
wydarzeń sprzed wielu lat. Gunia buduje powoli napięcie, niemal niezauważalnie,
pozwalając czytelnikowi zanurzyć się w świecie pełnym lęku, osaczenia i
poczucia że wszyscy wokół wiedzą o tym, co dzieje się w Bazie ale celowo
milczą.
Największym
atutem książki pozostaje jednak styl autora. Gunia pisze w sposób niezwykle
charakterystyczny – jego rozbudowane, wielokrotnie złożone zdania pokazują jego
znakomity warsztatu ale również współgrają z atmosferą opowieści. Każdy akapit
zdaje się przemyślany, a język staje się narzędziem budowania emocji. To
właśnie sposób, w jaki autor operuje słowem, jest prawdziwym crème de la
crème tej powieści.
Ogromne
wrażenie zrobiły na mnie również dwie historie wojenne wplecione w główną
fabułę. Są niezwykle mocne, poruszające i pozostawiają czytelnika z ogromnym
ciężarem emocjonalnym. Po przeczytaniu każdej z nich musiałem odłożyć książkę i
sięgnąć po coś lżejszego do czytania, aby ochłonąć. Paradoksalnie właśnie
dlatego lektura liczącej zaledwie około 160 stron powieści zajęła mi aż cztery
dni.
Na
uznanie zasługują również bohaterowie. Są wiarygodni, pełni wewnętrznych
pęknięć i targani traumami, które okazują się równie przerażające jak
nadprzyrodzone zjawiska. Świetnie wypada także warstwa opisowa. Mroźna zima,
zasypane drogi, wszechobecny śnieg, przeszywający wiatr czy gorąco buchające z
suszarni zostały przedstawione bardzo plastycznie.
Motyw
duchów i elementy grozy są obecne przez całą powieść, ale nie dominują nad
historią. Stanowią raczej tło dla opowieści o traumie, winie i stopniowym
popadaniu w obłęd. Pod tym względem książka przypominała mi niektóre
opowiadania H.P. Lovecrafta, na końcu których bohater zatracał się w
szaleństwo.
Jedynym
elementem, który momentami utrudniał mi odbiór, było celowe unikanie przez
autora imion i nazwisk bohaterów. Zastąpienie ich oznaczeniami w rodzaju „B”
czy „J” z pewnością miało swoje uzasadnienie i wpisywało się w koncepcję
powieści, jednak chwilami wybijało mnie z rytmu czytania i utrudniało śledzenie
relacji między postaciami.
Mimo tej drobnej
uwagi „Nie ma wędrowca” to kolejna znakomita książka w dorobku
Wojciecha Guni. To horror dla cierpliwego czytelnika – taki, który nie straszy
nagłymi zwrotami akcji, lecz powoli i konsekwentnie buduje atmosferę,
pozostawiając po sobie uczucie niepokoju jeszcze długo po zakończeniu lektury.
Sylwia Zapaśnik, Cienie nad Zefyrionem, tom 1, recenzja
Sięganie po książki debiutujących autorów zawsze wiąże się z pewnym
ryzykiem. Dla mnie jest to jednak przede wszystkim ogromna przyjemność. Uważam,
że wielu pisarzy w swoich pierwszych powieściach stara się podzielić z
czytelnikami tym, co ich zdaniem jest w danym gatunku literackim najciekawsze i
najważniejsze. Dlatego, sięgając po „Cienie nad Zefyrionem” Sylwii Zapaśnik,
liczyłem na jedną z tych literackich przygód, które na długo pozostają w
pamięci. Autorka zabiera czytelników do postapokaliptycznego świata, w którym
ludzie od pokoleń żyją pod ochronnymi kopułami, a nienawiść do demonów stała
się fundamentem funkcjonowania całego społeczeństwa.
Już sam pomysł na wykreowany świat zasługuje na uwagę. Dziewięćdziesiąt
pięć miast ukrytych pod magicznymi kopułami, zależność mieszkańców od kapłanów
podtrzymujących ochronne bariery oraz system oparty na wyzysku i religijnym
autorytecie tworzą interesujące tło dla wydarzeń. Autorka pokazuje
społeczeństwo pełne nierówności – zwykli ludzie ponoszą ogromne koszty
utrzymania systemu, podczas gdy kapłani żyją w przepychu, całkowicie odcięci od
problemów swoich poddanych. Jeszcze mocniej wybrzmiewa okrucieństwo Czerwonych
Likwidatorów, którzy nie ograniczają się jedynie do zabijania demonów,
torturują je i nie kryją z tym że wykorzystują seksualnie.
Na plus należy zaliczyć również prosty, ale funkcjonalny system magii.
Tworzenie ładunków mocy czy możliwość przejmowania energii przeciwnika nie są
przesadnie skomplikowane, dzięki czemu czytelnik szybko odnajduje się w
zasadach rządzących światem.
Największym problemem książki okazała się dla mnie główna bohaterka.
Adianna często zachowuje się impulsywnie, bywa kłótliwa, a niektóre jej decyzje
są wyjątkowo głupie. Zamiast wzbudzać sympatię, wielokrotnie wywoływała
irytację, co sprawiało, że z mniejszym zainteresowaniem śledziłem rozdziały
przedstawione z jej perspektywy.
Zupełnie inaczej odebrałem postać Calisto. Demon został wykreowany bardzo
przekonująco – jest inteligentny, odważny, obdarzony poczuciem humoru i
naturalnymi zdolnościami przywódczymi. Świetnie odnajduje się zarówno podczas
szkolenia żołnierzy, jak i w politycznych realiach królewskiego dworu. To
właśnie rozdziały prowadzone z jego punktu widzenia należały, moim zdaniem, do
najciekawszych fragmentów całej powieści. Gdy tylko narracja przechodziła na
Calisto, historia nabierała większej dynamiki i zwyczajnie czytało się ją z
większą przyjemnością.
Nieco gorzej wypada konstrukcja książki. Poszczególne rozdziały są bardzo
nierówne objętościowo, a pierwszy z nich liczy ponad sto stron. Niestety jest
przy tym mocno przegadany i rozwija się dość powoli, przez co początek może
zniechęcić część czytelników. Dopiero z czasem akcja wyraźnie przyspiesza.
„Cienie nad Zefyrionem” to propozycja dla czytelników lubiących mroczne
fantasy z elementami antyutopii, którzy są w stanie przymknąć oko na wolniejszy
początek i nierówną konstrukcję fabuły. Nie była to lektura, która całkowicie
mnie zachwyciła, ale z pewnością dostrzegam jej mocne strony i uważam, że wielu
miłośników gatunku może znaleźć w niej coś dla siebie.
Piotr Niwiński, Legalizacja Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej, recenzja
Autor: Piotr Niwiński
Tytuł: Legalizacja Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej
Wydawnictwo: IPN
Rok wydania: 2024
Liczba stron: 312
Moja ocena: 4/10
Historia Polskiego Państwa Podziemnego kryje wiele
fascynujących zagadnień, a jednym z najmniej znanych jest działalność komórek
legalizacyjnych Armii Krajowej. To właśnie one zajmowały się przygotowywaniem
fałszywych dokumentów, dzięki którym konspiratorzy mogli ukrywać swoją
tożsamość, prowadzić działalność podziemną i unikać aresztowań. Temat ten
podjął prof. Piotr Niwiński w książce „Legalizacja Okręgu Wileńskiego Armii
Krajowej”. Publikacja jest efektem wieloletnich badań archiwalnych prowadzonych
zarówno w Polsce, jak i za granicą. Autor stworzył pierwsze tak szczegółowe
opracowanie dotyczące działalności legalizacji na Wileńszczyźnie, dzięki czemu
książka ma niewątpliwie dużą wartość naukową.
Warto jednak wiedzieć, że choć tom liczy ponad 300 stron,
właściwy tekst zajmuje niewiele ponad 130. Resztę stanowią aneksy, fotografie,
dokumenty oraz bibliografia. Największym problemem publikacji jest jednak jej
styl. Książkę czyta się ciężko – narracja jest toporna, mało przystępna i
wyraźnie skierowana do odbiorcy naukowego. Zamiast płynnej opowieści
otrzymujemy szczegółowe opracowanie, które momentami nuży. Kilkakrotnie
musiałem wracać do wcześniej przeczytanych fragmentów, ponieważ traciłem wątek
i nie byłem pewien, o czym autor aktualnie pisze. Szkoda, ponieważ sam temat ma
ogromny potencjał. Historia ludzi odpowiedzialnych za fałszowanie dokumentów
mogłaby stać się niezwykle interesującą opowieścią o kulisach funkcjonowania
konspiracji. Niestety sposób przedstawienia materiału sprawia, że lektura
wymaga dużego skupienia i cierpliwości. Nie zmienia to faktu, że jako
publikacja naukowa książka spełnia swoje zadanie. To wartościowe źródło wiedzy
dla historyków i osób zajmujących się dziejami Armii Krajowej oraz
Wileńszczyzny.
Marcin Halski, Sołtys. Pierwsze demony, recenzja
Autor: Marcin HalskiTytuł: Sołtys. Pierwsze demonyCykl: Sołtys (tom I)Wydawnictwo: Wydawnictwo Książkowe HMRok wydania: 2025Liczba stron: 282Moja ocena: 9/10
Z twórczością Marcina Halskiego miałem już okazję spotkać się wcześniej przy takich książkach jak „Czas Zaślepionych”, „Bezdomność all inclusive” czy „Laleczki”. Wszystkie wspominam bardzo dobrze, dlatego po „Sołtysa. Pierwsze demony” sięgnąłem z dużymi oczekiwaniami. Na szczęście autor po raz kolejny nie zawiódł.
Głównym bohaterem powieści jest Krzysiek – młody chłopak marzący o ucieczce z rodzinnej wsi do wielkiego miasta. Jego plany komplikuje jednak śmierć ojca, szanowanego przez wszystkich sołtysa. Ku własnemu zaskoczeniu Krzysiek zostaje jego następcą i szybko odkrywa, że funkcja sołtysa nie ogranicza się wyłącznie do papierologii. Okazuje się bowiem, że do jego obowiązków należy także polowanie na słowiańskie demony.
Autor stworzył bardzo oryginalną historię, w której połączył fantastykę, grozę, słowiańską mitologię oraz realia polskiej wsi. Efekt wypada znakomicie. Książkę czyta się błyskawicznie dzięki lekkiemu stylowi autora, który potrafi zainteresować czytelnika, nie zasypując go zbędnymi opisami. Dużym atutem powieści są bohaterowie. Oprócz Krzyśka poznajemy między innymi księdza Zdzisława, weterynarz Zuzannę oraz miejscowego pijaczka Mietka. Każda z tych postaci wnosi coś istotnego do fabuły i skrywa własne tajemnice. Szczególnie przypadł mi do gustu Mietek – swojski superbohater à la Conan Barbarzyńca, który wielokrotnie kradnie sceny. Trudno też nie wspomnieć o kogucie psychopacie – jednej z najbardziej charakterystycznych i najbardziej absurdalnych postaci w całej książce.
Halski bardzo dobrze oddał atmosferę małej społeczności – plotki, lokalne układy i specyficzną mentalność mieszkańców. Do tego dorzucił sporą dawkę humoru – od ironii po czarny humor – dzięki czemu podczas lektury nie raz się uśmiechnąłem. Nie zabrakło również odrobiny grozy i klasycznej walki dobra ze złem, choć nie zawsze łatwo określić, kto tak naprawdę stoi po której stronie.
„Sołtys. Pierwsze demony” to lekka, wciągająca i pełna klimatu fantastyka. Oferuje ciekawą fabułę, barwnych bohaterów, słowiańskie demony, humor i szczyptę horroru. To bardzo udany początek serii, który sprawił, że z przyjemnością sięgnę po kolejne części. Jeśli lubicie fantastykę osadzoną w polskich realiach, zdecydowanie warto dać tej książce szansę.
Michał Klimaszewski, Przeklęty, recenzja
Autor: Michał KlimaszewskiTytuł: PrzeklętyWydawnictwo: Nie powiemRok wydania: 2025Liczba stron: 312Moja ocena: 7/10
Po bardzo udanym spotkaniu z „Dawcą” Michała Klimaszewskiego miałem wobec
„Przeklętego” całkiem spore oczekiwania. Debiutancka powieść autora pokazała,
że potrafi on budować atmosferę niepokoju i sprawnie prowadzić fabułę, dlatego
z ciekawością sięgnąłem po jego kolejną historię. Tym razem Klimaszewski
zabiera czytelników w świat wilkołaczej klątwy, gdzie granica pomiędzy
człowiekiem a bestią staje się coraz bardziej niewyraźna.
Mateusz Adamek jest zwyczajnym chłopakiem tuż po maturze. Pracuje,
spotyka się ze znajomymi i nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wszystko
zmienia się podczas samotnego wyjazdu nad jezioro. Atak wilkołaka na zawsze
odmienia jego życie. Choć udaje mu się przeżyć, zostaje naznaczony przez bestię
i sam zaczyna się zmieniać. Początkowo nowe możliwości wydają się
błogosławieństwem. Nadludzka siła, wyostrzone zmysły, pewność siebie – Mateusz
staje się kimś zupełnie innym niż wcześniej. Problem w tym, że wraz z nowymi
zdolnościami budzi się w nim coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Dzika
natura zaczyna stopniowo przejmować kontrolę nad jego życiem.
Czytając „Przeklętego”, zastanawiałem się, czy autor zaproponuje nowe
spojrzenie na motyw wilkołaka. Otrzymujemy historię dość mocno osadzoną w
klasycznym schemacie człowieka naznaczonego klątwą, który coraz bardziej
zatraca się pod wpływem drzemiącej w nim bestii. Na plus należy jednak zaliczyć
fakt, że Klimaszewski poświęca więcej uwagi psychologicznej stronie przemiany
bohatera. Interesują go nie tylko fizyczne konsekwencje ataku, ale również
zmiany zachodzące w charakterze i osobowości Mateusza. Autor pokazuje jego
próby zrozumienia własnej natury oraz walkę z instynktami, które z każdym dniem
stają się coraz silniejsze.
Powieść luźno nawiązuje również do wydarzeń znanych z „Dawcy”. Pojawia
się policjant mający za sobą problemy związane z narkotykami i to właśnie jego
wątek wzbudził moje największe zainteresowanie. Szkoda, że autor nie poświęcił
mu więcej miejsca, ponieważ był to bohater, który mógłby wnieść do historii
dodatkową głębię, a być może nawet udźwignąć rolę głównego protagonisty.
Największym atutem „Przeklętego” pozostaje jednak styl autora.
Klimaszewski pisze lekko, dynamicznie i bardzo przystępnie. Akcja rozwija się
szybko, nie ma tutaj wielu dłużyzn, a kolejne rozdziały zachęcają do dalszego
czytania.
„Przeklęty” to sprawnie napisane połączenie kryminału, thrillera i
horroru. Nie zaskakuje szczególnie fabularnie i nie wykracza daleko poza dobrze
znane schematy opowieści o wilkołakach, ale nadrabia tempem, atmosferą i
przyjemnym stylem narracji.
Mateusz Adamek jest zwyczajnym chłopakiem tuż po maturze. Pracuje, spotyka się ze znajomymi i nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wszystko zmienia się podczas samotnego wyjazdu nad jezioro. Atak wilkołaka na zawsze odmienia jego życie. Choć udaje mu się przeżyć, zostaje naznaczony przez bestię i sam zaczyna się zmieniać. Początkowo nowe możliwości wydają się błogosławieństwem. Nadludzka siła, wyostrzone zmysły, pewność siebie – Mateusz staje się kimś zupełnie innym niż wcześniej. Problem w tym, że wraz z nowymi zdolnościami budzi się w nim coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Dzika natura zaczyna stopniowo przejmować kontrolę nad jego życiem.
Czytając „Przeklętego”, zastanawiałem się, czy autor zaproponuje nowe spojrzenie na motyw wilkołaka. Otrzymujemy historię dość mocno osadzoną w klasycznym schemacie człowieka naznaczonego klątwą, który coraz bardziej zatraca się pod wpływem drzemiącej w nim bestii. Na plus należy jednak zaliczyć fakt, że Klimaszewski poświęca więcej uwagi psychologicznej stronie przemiany bohatera. Interesują go nie tylko fizyczne konsekwencje ataku, ale również zmiany zachodzące w charakterze i osobowości Mateusza. Autor pokazuje jego próby zrozumienia własnej natury oraz walkę z instynktami, które z każdym dniem stają się coraz silniejsze.
Powieść luźno nawiązuje również do wydarzeń znanych z „Dawcy”. Pojawia się policjant mający za sobą problemy związane z narkotykami i to właśnie jego wątek wzbudził moje największe zainteresowanie. Szkoda, że autor nie poświęcił mu więcej miejsca, ponieważ był to bohater, który mógłby wnieść do historii dodatkową głębię, a być może nawet udźwignąć rolę głównego protagonisty.
Największym atutem „Przeklętego” pozostaje jednak styl autora. Klimaszewski pisze lekko, dynamicznie i bardzo przystępnie. Akcja rozwija się szybko, nie ma tutaj wielu dłużyzn, a kolejne rozdziały zachęcają do dalszego czytania.
„Przeklęty” to sprawnie napisane połączenie kryminału, thrillera i horroru. Nie zaskakuje szczególnie fabularnie i nie wykracza daleko poza dobrze znane schematy opowieści o wilkołakach, ale nadrabia tempem, atmosferą i przyjemnym stylem narracji.
Joanna Trzaska, Tomasz Siwiec, Piekielna Rzeźnia, recenzja
Autor: Joanna Trzaska, Tomasz SiwiecTytuł: Piekielna rzeźnia. Część 1Wydawnictwo: Horror MasakraRok wydania: 2021Liczba stron: 70Moja ocena: 8/10
„Piekielna rzeźnia. Część I” to niewielki zbiór dwóch opowiadań utrzymanych w konwencji horroru ekstremalnego. Na czytelników czekają tutaj historie autorstwa Joanny Trzaski i Tomasza Siwca, które choć różnią się tematyką i sposobem prowadzenia narracji, łączy zamiłowanie do przekraczania granic dobrego smaku oraz eksponowanie najbardziej mrocznych stron ludzkiej natury.
Pierwsze opowiadanie, „Ja, Dariusz” Joanny Trzaski, było dla mnie bardzo udanym otwarciem tomu. To debiutancki tekst autorki, który pokazuje, że ma ona pomysł na własny styl. Historia opowiada o młodym mężczyźnie, który trafia do nocnego klubu pełnego seksu, narkotyków i innych pokus. Mimo ogromnej ilości krwi i odcinanych kończyn całość podana jest w zaskakująco lekkiej, momentami wręcz humorystycznej formie. Szczególnie przypadły mi do gustu absurdalne wstawki komediowe, między innymi motyw osła i supermarketu z „Watahy”. To historia brudna, brutalna i prowokacyjna, ale jednocześnie potrafiąca bawić swoim specyficznym poczuciem humoru. Po lekturze pozostał niedosyt i chęć sięgnięcia po kolejne teksty autorki.
Drugie opowiadanie, „Mamusia” Tomasza Siwca, okazało się doświadczeniem zdecydowanie trudniejszym. Autor sięga po temat krzywdy dzieci, który regularnie pojawia się w jego twórczości. Fabuła wydaje się prosta – ktoś porywa dzieci, a lokalny policjant próbuje rozwikłać sprawę. Jednocześnie poznajemy historię kobiety, która nie potrafi pogodzić się ze śmiercią swojego jedynego dziecka i za wszelką cenę próbuje je odzyskać. Tomasz Siwiec nie oszczędza czytelnika. Przemoc wobec najmłodszych, cierpienie, rozpacz i drastyczne sceny sprawiają, że jest to tekst wywołujący bardzo silne emocje. Dla mnie był to momentami zbyt ciężki kaliber.
Cały tom wypełniony jest tym, czego miłośnicy horroru ekstremalnego oczekują od gatunku – brutalnością, seksem, kanibalizmem, okrucieństwem oraz licznymi drastycznymi opisami. Nie jest to książka dla każdego. Osoby wrażliwe na motywy przemocy wobec dzieci powinny podchodzić do niej z dużą ostrożnością. Jednocześnie fani ekstremy prawdopodobnie znajdą tutaj wszystko, czego szukają podczas lektury.
Od strony wydawniczej książka prezentuje się poprawnie, choć nie obyło się bez drobnych potknięć redakcyjnych. W trakcie czytania można natrafić na sporadyczne literówki oraz powtórzenia słów w zdaniach. Nie są to błędy, które całkowicie psują odbiór tekstu, ale warto o nich wspomnieć.
Diana Wróbel, Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy, recenzja
Autor: Diana WróbelTytuł: Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicyWydawnictwo: HMRok wydania: 2026Liczba stron: 178Moja ocena: 9/10Tematyka magii, rytuałów czy dawnych wierzeń bywa przedstawiana w sposób skomplikowany lub prześmiewczy. Tym większym zaskoczeniem okazała się dla mnie książka „Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” autorstwa Diana Wróbel. Zamiast zamkniętej wiedzy dla wtajemniczonych dostałem przystępny przewodnik po świecie symboli, ziół, kamieni i praktyk magicznych.To jedna z tych pozycji, które czyta się szybko, ale po zamknięciu okładki nadal wraca się do przeczytanych treści. Sam podczas lektury zacząłem zastanawiać się, które magiczne rośliny mam wokół siebie. Okazało się, że całkiem sporo – lawenda, szałwia czy rozmaryn. Podobnie było z kamieniami i ich właściwościami. Książka skutecznie pobudza ciekawość i zachęca do spojrzenia na codzienność z innej perspektywy.Dużym atutem jest sposób przekazywania wiedzy. Autorka pisze lekko, prosto i bez niepotrzebnego komplikowania. Jeśli czytelnik chce dowiedzieć się, jak stworzyć ochronny krąg czy poznać znaczenie symboli, dostaje konkretne informacje bez zbędnych dygresji. Dzięki temu „Grymuar” naprawdę sprawdza się jako poradnik dla początkujących. Zakres tematów jest szeroki – od znaków zodiaku, roślin i kamieni, symboli, świąt przez panteony bóstw, po bezpieczeństwo podczas rytuałów. Nie sposób pominąć wydania. Twarda oprawa i liczne ilustracje autorstwa Diany Wróbel sprawiają, że książka przyciąga wzrok i dobrze oddaje klimat opowieści o magii.Mam jednak jedną uwagę, będącą właściwie komplementem – szkoda, że ta książka nie jest dłuższa. Spodziewałem się obszernej księgi czarownic znanej z filmów, a otrzymałem zgrabny poradnik, który przeczytałem w jeden dzień. Po skończeniu został lekki niedosyt.Na plus warto też odnotować bibliografię na końcu książki, będącą dobrym punktem wyjścia do dalszego zgłębiania tematu.„Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” to ciekawa propozycja dla osób zainteresowanych symboliką, dawnymi wierzeniami i magią, ale też dla tych, którzy cenią pięknie wydane książki. Jeśli szukacie lekkiego wprowadzenia do świata magii i okultyzmu – warto sięgnąć po tę pozycję.
Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja
„Kod Pixeli” autorstwa Tomasz Cechowski to powieść łącząca
thriller, science fiction i elementy sensacji. Już od początku widać, że autor
miał konkretny pomysł na historię oraz na pokazanie świata, w którym rozwój
technologii może wymknąć się spod kontroli.
Fabuła skupia się na Alexie Smithie, który po osobistej
tragedii rzuca się w wir pracy nad nowatorskim projektem technologicznym.
Szybko okazuje się jednak, że rozwój technologii może prowadzić w bardzo
niebezpiecznym kierunku. Autor sprawnie buduje atmosferę zagrożenia i pokazuje
świat, w którym postęp wymyka się spod kontroli.
Dużym plusem książki jest to, że mimo licznych odniesień do
technologii i przyszłościowych rozwiązań, autor nie zasypuje czytelnika trudnym
technicznym słownictwem. Dzięki temu „Kod Pixeli” pozostaje przystępną lekturą
nawet dla osób, które na co dzień nie interesują się tematami związanymi z
informatyką czy rozwojem sztucznej inteligencji. Styl autora również oceniam
pozytywnie — książkę czyta się szybko i lekko, czemu dodatkowo sprzyja
niewielka objętość oraz podział na aż 44 krótkie rozdziały. To sprawia, że
bardzo łatwo powiedzieć sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”.
Nie jest jednak tak, że książka całkowicie mnie porwała.
Momentami brakowało mi większego przyspieszenia fabuły i mocniejszych zwrotów
akcji, które jeszcze bardziej podbiłyby napięcie. Czasami miałem też wrażenie,
że dialogi brzmią nieco sztywno, przez co pojedyncze sceny wypadały mniej
naturalnie, niż powinny.
Mimo tych kilku zastrzeżeń „Kod Pixeli” uważam za całkiem
udany debiut lub przynajmniej bardzo solidną propozycję dla fanów lekkiego
science fiction z thrillerowym zacięciem. Najbardziej podobało mi się to, że
pod warstwą sensacyjnej historii autor próbuje przemycić pytanie o to, czy
istnieje granica rozwoju technologii, której jako ludzie nie powinniśmy
przekraczać. I właśnie takie refleksje po zakończeniu książki zostają w głowie
najdłużej.
Mike Resnick, Na tropach jednorożca, recenzja
Autor: Mike Resnick
Tytuł: Na tropach jednorożca
Cykl: John Justin Mallory (tom I)
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 1991
Liczba stron: 240
Moja ocena: 9/10
Są takie książki, które już od pierwszych stron dają
czytelnikowi jasno do zrozumienia, że czeka go absolutnie szalona przygoda. Tak
właśnie było u mnie z powieścią „Na tropach jednorożca” autorstwa Mikea
Resnicka. I przyznam Wam szczerze — dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas
lektury urban fantasy!Bo wyobraźcie sobie Manhattan w sylwestrową noc. Jest trochę
mrocznie, trochę brudno, prywatny detektyw ledwo wiąże koniec z końcem, popija
bourbona i próbuje ukryć się przed właścicielem mieszkania oraz zbirami. A teraz dodajcie do tego elfa, skradzionego
jednorożca, demony, kobietę-kota, skrzaty i kompletnie absurdalne sytuacje,
które wywołują szczery uśmiech. I nagle okazuje się, że Mike Resnick stworzył
coś naprawdę wyjątkowego.Największym atutem tej historii jest dla mnie jej klimat —
totalnie zwariowany, ale jednocześnie niesamowicie spójny. Fantastyczny
Manhattan żyje własnym życiem, a czytelnik bardzo szybko zaczyna wierzyć, że
gdzieś za rogiem naprawdę można spotkać gnomy zajadające się żetonami do bramek
w metrze. Autor świetnie połączył elementy powieści detektywistycznej z urban
fantasy i zrobił to z ogromnym wyczuciem humoru.A skoro o humorze mowa — to właśnie on skradł moje serce. Te
wszystkie absurdalne sceny są po prostu kapitalne. Sprzedawca olejku do
opalania próbujący sprzedać swój towar – po bardzo okazyjnej cenie - w
sylwestrową noc. Maratończyk biegnący do mety od dwudziestu pięciu lat, mimo że
meta znajduje się w Rzymie, a on znajduje się na Manhattanie? Albo grupa
żołnierzy specjalizująca się w wielomiesięcznych, drobiazgowych dochodzeniach,
siedząca w barze „Pinokio”? Uwielbiam taki rodzaj humoru — lekko groteskowy i
kompletnie nieprzewidywalny w stylu Benny Hilla.Bardzo polubiłem również głównego bohatera, Johna Justina
Mallory’ego. To detektyw z ciętym językiem, błyskotliwym umysłem i sporą dawką
ironii. Świetnie wypada też elf Murgensturm oraz demon Grundy, który skutecznie
komplikuje całą sprawę. Każda z tych postaci ma w sobie coś charakterystycznego
i łatwo zapada w pamięć.Muszę przyznać, że początkowo miałam pewne obawy. Tytuł i
motyw poszukiwania jednorożca sugerowały historię bardziej baśniową, może nawet
skierowaną do młodszego odbiorcy. Tymczasem dostałam błyskotliwą, absurdalną i
bardzo klimatyczną opowieść, która momentami przypominała skrzyżowanie
klasycznego kryminału z fantasy podszytym komedią.Ogromnym plusem jest też sam styl autora. Książkę czyta się
błyskawicznie — narracja jest lekka, dialogi dynamiczne, a humor sprawia, że
trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. To jedna z tych historii, które
idealnie sprawdzają się na poprawę humoru.I tylko jednej rzeczy naprawdę żałuję — że w Polsce wydano
zaledwie dwie części cyklu o Johnie Justinie Mallorym, podczas gdy całość liczy
cztery powieści. Po lekturze "Na tropach jednorożca" z ogromną chęcią sięgnęłabym
po kolejne tomy. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś zdecyduje się wznowić serię i
wydać ją w komplecie, bo zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi.
Volker Ulrich, Hitler. Upadek zła 1939-1945, recenzja
Autor: Volker Ulrich
Tytuł: Hitler. Upadek zła 1939-1945
Seria: Oblicza zła
Wydawnictwo: Prószyński i S-KA
Rok wydania: 2021
Liczba stron: 848
Moja ocena: 8/10
Drugi tom monumentalnej biografii autorstwa Volkera Ulricha,
„Hitler. Upadek zła 1939–1945”, był dla mnie jedną z najbardziej wyczekiwanych
lektur ostatniego czasu. Po znakomitym pierwszym tomie moje oczekiwania były
naprawdę bardzo duże – liczyłem na równie wciągającą, przemyślaną i odkrywczą
kontynuację. I choć w wielu momentach książka spełniła te nadzieje, nie mogę
powiedzieć, że w pełni mnie usatysfakcjonowała.
Volkera Ulricha nadal czyta się jako autora niezwykle
kompetentnego, który potrafi spojrzeć na Hitlera nie tylko jako na symbol zła,
ale też jako człowieka funkcjonującego w określonym systemie politycznym i
społecznym. Podobało mi się szczególnie to, jak autor ukazuje zmieniający się
stosunek Niemców do Führera – od niemal bezkrytycznego uwielbienia po stopniowy
rozpad jego mitu. To jeden z najmocniejszych elementów książki.
Z dużym zainteresowaniem śledziłem również fragmenty
poświęcone życiu prywatnemu Hitlera – jego zdrowiu, relacjom z Ewą Braun czy
napięciom wśród najbliższych współpracowników. Ten bardziej osobisty wymiar
biografii zdecydowanie działa na plus i sprawia, że narracja staje się
pełniejsza. Nie do końca odpowiadało mi natomiast ograniczenie wątków
związanych z Holokaustem. Oczywiście temat ten wciąż jest obecny, ale miałem
wrażenie, że w porównaniu z pierwszym tomem został potraktowany nieco bardziej
skrótowo. Dużo ciekawsze wydały mi się natomiast przytoczone przez autora listy
niemieckich żołnierzy z frontu wschodniego – ich szczerość i brutalność robią
ogromne wrażenie i dodają książce autentyczności. Największy problem miałem
jednak z nierównym tempem narracji. Początkowe rozdziały – obejmujące lata
1939–pierwszą połowę 1941 roku – były dla mnie zdecydowanie zbyt rozwlekłe.
Momentami miałem wrażenie, że czytam coś, co już dobrze znam, a przy tym podane
jest to w dość przegadanej formie. W tej części książki trochę się zawiodłem. Z
kolei fragmenty dotyczące wojny ze Związkiem Sowieckim aż do zamachu w Wilczym
Szańcu czytało mi się znacznie lepiej. Tutaj narracja nabiera tempa, jest
bardziej dynamiczna i wciągająca – i właśnie w tych momentach czułem, że obcuję
z książką na poziomie pierwszego tomu.
Niestety końcowe rozdziały ponownie nie do końca przypadły
mi do gustu. Szczegółowe opisy walk na Odrze i w Berlinie były dla mnie zbyt
rozbudowane. W pewnym momencie miałem wręcz wrażenie, że autor relacjonuje
ostatnie dni Hitlera niemal godzina po godzinie, co zamiast budować napięcie,
zaczęło mnie męczyć.
Ostatecznie książkę oceniam pozytywnie – podobała mi się i uważam ją za
wartościową, ale jednocześnie czuję pewien niedosyt. Pierwszy tom zrobił na
mnie większe wrażenie i był bardziej spójny jako całość. Drugi tom, mimo wielu
świetnych fragmentów, jest po prostu mniej równy.
Na koniec warto wspomnieć o objętości – ponad 800 stron, z
czego około 600 to właściwa treść, a reszta to przypisy, bibliografia i indeks.
To pokazuje skalę pracy autora, którą zdecydowanie należy docenić, nawet jeśli
nie wszystkie elementy tej książki trafiły w moje oczekiwania.
Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja
Autor: Karina Łagowska
Tytuł: Sonata jesienna na kota i wilkonczelę
Wydawnictwo: OdeSFa
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 522
Wśród powieści wymykających się schematom i odważnie mieszających gatunki "Sonata jesienna na kota i wilkonczelę" autorstwa Karina Łagowska zdecydowanie
wyróżnia się na tle współczesnej literatury.Akcja toczy się na warszawskim Ursynowie i została podzielona na dwa momenty w
czasie – rok 1994 oraz 2008. Głównymi bohaterami jest grupa dwunastolatków z
jednej klasy: Mateusz, Felek, Artur „Byku”, Sonia i Agata. Łączy ich silna
przyjaźń i wspólne spędzanie czasu. Na początku wszystko wydaje się zwyczajne,
ale to właśnie ta codzienność ma znaczenie. Autorka dobrze oddaje klimat lat
90. – dzieci biegające po osiedlu, proste rozmowy i swobodę, jakiej dziś trochę
brakuje.Niewyjaśniona choroba jednej z bohaterek, ekscentryczny
Henryk oraz pojawienie się wilkonczeli – dziwnej istoty będącej połączeniem
wilka i wiolonczeli – sprawiają, że historia skręca w stronę horroru i science
fiction. Pojawiają się też Kataryniarze i tajemniczy Czarny Okręt. Mimo że
brzmi to nietypowo, całość jest spójna i dobrze poprowadzona.Największą siłą tej powieści są bohaterowie. Każde z dzieci
ma swój charakter, historię i ciężar, który niesie. Szczególnie zapadł mi w
pamięć Struna – osiedlowy bandzior, który ma „łeb jak sklep” – oraz Felek,
postać tragiczna, której po prostu nie da się nie współczuć. To właśnie przez
ich perspektywę oglądamy makabryczne wydarzenia, których do końca nie rozumieją
– i to nadaje historii dodatkowej głębi.Styl Łagowskiej jest bardzo barwny, momentami wręcz poetycki. Autorka chętnie
sięga po odniesienia do klasyki literatury, co dodaje tekstowi smaku, ale nie
przytłacza. Co ważne, potrafi też świetnie balansować między grozą a refleksją
– bo pod warstwą fantastyczno-horrorową kryje się opowieść o dorastaniu,
traumie i tym, jak dzieciństwo potrafi odcisnąć piętno na całym życiu.Nie jest to książka bez wad. Zbyt duże odstępy między
akapitami (Prawdopodobnie wynika to z polityki wydawnictwa – mam inną książkę
od tego samego wydawcy i tam również pojawiają się duże odstępy między
akapitami). i momentami bardzo rozbudowane bloki tekstu mogą wybijać z rytmu.
Trafiają się też literówki. Na szczęście są to rzeczy czysto techniczne, które
nie psują przyjemności z czytania.„Sonata jesienna…” to historia dla tych, którzy nie boją się
gatunkowych eksperymentów i lubią, kiedy książka zostawia po sobie lekki
niepokój. Trochę straszy, trochę wzrusza, a momentami zmusza do refleksji. I co
najważniejsze – zostaje w głowie na dłużej.
Magiczny kompas, recenzja
Autor: Anett Lievre, Camille O'Naill, Daria Smolarek, Ewa
Gralli, Ewa Maciejczuk, Ewelina Domańskiej, Justyna Chmiel, M.W. Jasińska,
Natalia Hermansa, PaulaUzarek, Paulina Grabara, Sandra Czoik
Tytuł: Magiczny kompas
Wydawnictwo: Nie powiem
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 324
Moja ocena 7/10
Antologie mają to do siebie, że oferują różnorodność, ale
rzadko utrzymują równy poziom. „Magiczny Kompas”, zbiór opowiadań autorstwa
m.in. Anett Lievre, Camille O'Naill, Darii Smolarek, Ewy Gralli, Ewy
Maciejczuk, Eweliny Domańskiej, Justyny Chmiel, M.W. Jasińskiej, Natalii
Hermansy, Pauli Uzarek, Pauliny Grabary i Sandry Czoik, dobrze wpisuje się w
ten schemat – choć całość wypada całkiem przyjemnie. Motywem przewodnim jest fantasy często łączone z romansem. I
tu pojawia się problem – dla mnie tego romansu było momentami za dużo. Część
historii bardziej skupia się na relacjach niż na fabule, co nie zawsze działa
na ich korzyść.Na szczęście pojawiają się wyjątki. „Renifer” Ewy Gralli to
baśń z morałem, która wyróżnia się na tle reszty. Najbardziej zapadły mi w
pamięć opowiadania Pauliny Grabary, Natalii Hermansy oraz Camille O'Naill miały w sobie szczyptę grozy co dodało im nieco pikanterii. Dużym plusem jest mapa z zaznaczonymi miejscami akcji. To
drobny, ale bardzo klimatyczny dodatek, który spaja cały zbiór. Poziom – jak to w antologii – jest nierówny. Obok tekstów
wciągających są też po prostu poprawne, ale nie traktuję tego jako większej
wady.„Magiczny Kompas” czyta się lekko. Sam sięgałem po dwa
opowiadania między innymi książkami, co dobrze się sprawdziło i pozwoliło
uniknąć znużenia. To przyjemna, choć nierówna antologia – najlepsza dla fanów
lekkiego fantasy z wyraźnym wątkiem romantycznym.
-
Tytuł: "Nawiedzona Wagina" Autor: Carlton Mellick III Wydawnictwo: Dom Horroru Ilość stron: 101 Rok Wydania: 2019 Ocena: 9/10 Cz...
-
Dziś chciałbym podzielić się z Wami moją opinią na temat książki Franciszka Piątkowskiego Powiernik . Jest to debiut literacki pisar...
-
Autor: E.Raj Tytuł: Uczeń Nekromanty, tom 1. Plaga Wydawnictwo: Novae Res Rok wydania: 2019 Ocena: 11/10 Niewielu jest autorów, po któ...
-
Tytuł: „Dzieci Starych Bogów " Autor: Agnieszka Miela Wydawnictwo: Kłobook Ilość stron: 430 Rok Wydania: 2019 Ocena: 8 /10 Witam...
-
Autor: Jarosław Dobrowolski Tytuł: Delirium Cykl: Krwiopijca Wydawnictwo: Planeta Czytelnika Rok wydania: 2022 Ilość stron: 482 Moja ocena: ...



















