Easton Royce, Zły znak, recenzja

Easton Royce, Zły znak, recenzja

Autor: Easton Royce
Tytuł: Zły znak
Seria: „Z archiwum X” Seria Czerwona (tom III)
Wydawnictwo: Da Capo
Rok wydania: 1997
Liczba stron: 94
Moja ocena: 4/10


Są książki, które po przeczytaniu zostawiają człowieka z pewnym bagażem wspomnień i przemyśleniami, są też takie, o których zapomina się bardzo szybko. „Zły znak” Eastona Roycea należy niestety do tej drugiej kategorii. 
Agenci FBI Mulder i Scully przyjeżdżają do niewielkiego miasteczka, w którym dochodzi do serii niewyjaśnionych zgonów licealistów. Mieszkańcy obarczają winą wyimaginowaną sektę satanistów. Wszyscy rozmawiają o tajemniczych rytuałach, krwawych śladach i całej masie lokalnych plotek. Mulder i Scully próbują natomiast ustalić, co naprawdę wydarzyło się w miasteczku.
I właśnie początek książki był tym elementem, który dał mi nadzieję, że może jednak będzie z tego coś ciekawego. Motyw satanistycznej sekty został tutaj początkowo przedstawiony całkiem interesująco. Dana Scully poddaje analizie podobne przypadki znane FBI. Zwraca uwagę na niezwykle charakterystyczny mechanizm powstawania takich historii. Niemal zawsze pojawia się ołtarz, na którym rzekomo składana jest ofiara z noworodka, choć nikt nie zgłasza zaginięcia dziecka. Pojawia się krew, której później nigdzie nie można znaleźć. Jest też obowiązkowo jakieś wielkie i groźne zwierzę, najczęściej wąż. Również te elementy pojawiają się w zeznaniach dwóch dziewczyn podających się jako świadkowie czarnej mszy. Scully zauważa, że w podobnych przypadkach niemal nigdy nie ma rzeczywistych dowodów na działalność satanistów, a całą historię napędzają plotki, strach i zbiorowa histeria. Jedna osoba coś usłyszy, druga coś dopowie, trzecia doda kolejny szczegół i po pewnym czasie wszyscy są przekonani, że widzieli satanistyczny rytuał. To naprawdę był dobry punkt wyjścia. Przez chwilę liczyłem, że autor wykorzysta ten motyw do stworzenia historii o ludzkiej podatności na strach i manipulację. Niestety, bardzo szybko okazało się, że „Zły znak” zmierza w zupełnie inną stronę.
Głównym pomysłem książki jest bowiem syzygia, czyli ustawienie trzech ciał niebieskich w jednej linii, która ma wpływać na ludzi przebywających w miasteczku. I tutaj zaczyna się dramat tej książki. Pomysł, że zbliżająca się koniunkcja planet wpływa na zachowanie mieszkańców, wydaje mi się po prostu wyjątkowo głupi. Zabrakło mi tu przekonującego uzasadnienia, dlaczego właściwie miałoby się dziać to, co się dzieje. Zamiast tajemnicy, która stopniowo nabiera sensu, dostajemy rozwiązanie oparte na czymś, co trudno potraktować poważnie nawet jak na standardy tej serii. Otóż wyobraźmy sobie że koniunkcja trzech planet oddziałuje tylko na jedno miejsce na naszej planecie, normalnie absurd. 
Jeszcze gorzej wypadają bohaterowie. Dialogi między Mulderem i Scully bardzo szybko zaczynają się powtarzać. Do tego dochodzi zazdrość Scully o zainteresowanie Muldera detektyw White. Sam pomysł nie jest zły, szczególnie jeśli ktoś czytał „Plaga” (tom 10 serii zielonej) i relację między agentami, ale tutaj został wykorzystany w sposób dość toporny. Zamiast interesującego uzupełnienia relacji bohaterów dostajemy kolejne sceny, które sprawiają wrażenie dopisanych tylko po to, żeby przypomnieć czytelnikowi, że między Mulderem a Scully istnieje pewne napięcie.
Największym problemem jest zakończenie. Nie chodzi nawet o to, że nie jest ono zaskakujące. Jest przede wszystkim bezsensowne i głupie. Nie dostajemy porządnego wyjaśnienia, co właściwie stało się później z mieszkańcami miasteczka. Nie jest też powiedziane czy winni ponieśli odpowiedzialność za wszystkie popełnione morderstwa. Wątek, który powinien zostać rozwiązany, zamiast tego zostaje właściwie porzucony.
 „Zły znak” jest książką krótką, łatwą i szybką w lekturze (95 stron, szerokie marginesy), ale trudno znaleźć w niej coś, co zostaje w pamięci na dłużej.


Michał Cholewa, Głos Kompani, recenzja


Michał Cholewa, Głos Kompani, recenzja

Autor: Michał Cholewa

Tytuł: Głos Kompani

Wydawnictwo: Warbook

Data wydania: 2026

Liczba stron: 592

Moja ocena 8/10


 „Głos Kompanii” Michała Cholewy to powieść dark fantasy o wojnie widzianej z perspektywy ludzi, którzy znajdują się po stronie okupanta, co sprawia, że książka wyróżnia się na tle wielu typowych historii toczących się w realiach zawieruchy wojennej.
Ashven formalnie odzyskało pokój. Kapłani Kordesha zostali wyparci ze stolicy, król Joren odzyskał tron, a vidyjskie wojska mają pilnować porządku. Problem w tym, że wojna się nie skończyła. W górach pozostają siły uzurpatorki Larenny, w lasach działają lojaliści, a miejscowa ludność nie zamierza bez walki zaakceptować nowej rzeczywistości. W ten świat trafia Lirka. Początkowo jako pomocnik kupca, później jako tłumacz przydzielony do kompanii najemników współpracujących z vidyjskim korpusem ekspedycyjnym. Lirka jest idealistą. Próbuje zrozumieć sens tego, co się dzieje, i przede wszystkim przekonać innych, że wojna oraz okupacja są złe. Szybko jednak przekonuje się, że dla wielu żołnierzy, którzy nie mają zawodu, walka jest jedynym sposobem na zarobek. Zupełnie inną postawę prezentuje podsetnik Kaleas – człowieka, który zdaje się nie uznawać żadnych granic w czasie wojny. Jest brutalny, bezwzględny i przekonany o własnej bezkarności. Stanowi bardzo dobry kontrast dla Lirki. Jeden próbuje zachować resztki idealizmu, drugi dawno już się go pozbył. Ów kontrast między bohaterami to jedna z mocniejszych stron powieści. Michał Cholewa stworzył sporo wyrazistych postaci. Kapitan kompanii, sierżant Hagen, setniczka Casverden, Vexley, Genevieve czy wspomniany Kaleas, każdy z nich ma własny sposób patrzenia na wojnę i własne granice, których jest gotów – albo nie jest – przestrzegać.
Początek książki nie zrobił na mnie większego wrażenia. Historia rozwija się powoli i potrzeba czasu, żeby wejść w ten świat. Powieść została podzielona na cztery części: Lato, Jesień, Zima i Wiosna. Dopiero po pewnym czasie zacząłem naprawdę wsiąkać w przedstawioną historię. Szczególnie dobrze zadziałały fragmenty dotyczące działań pacyfikacyjnych i rekwizycji prowadzonych przez kompanie w okolicznych wioskach. Najmocniejszym fragmentem była dla mnie jednak pacyfikacja Rath i Myh’lai. Autor pokazuje tam wojnę bez filtrów i bez próby usprawiedliwiania którejkolwiek ze stron. To brutalny fragment, po którym musiałem po nim zrobić sobie przerwę. Rekwizycje, pacyfikacje, przemoc, strach i podporządkowanie ludności są częścią codzienności. Jednocześnie autor nie buduje prostego podziału na dobrych i złych. Pozytywnych postaci jest tutaj niewiele, a wojna szybko pokazuje, że moralność może być luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić.
 „Głos Kompanii” jest przy tym ciekawy również dlatego, że odwraca typową perspektywę. W wielu opowieściach o okupacji główny bohater należy do podziemia, partyzantki albo ruchu oporu. Tutaj Lirka znajduje się po stronie sił okupacyjnych. Dzięki temu czytelnik obserwuje konflikt od środka – razem z ludźmi, którzy wykonują rozkazy i uczestniczą w działaniach przeciwko miejscowej ludności. To książka mocno osadzona w wojskowym klimacie. Jest w niej dużo żołnierskiej codzienności, rozkazów, hierarchii, działań w terenie i brutalnej praktyki prowadzenia wojny. Dużym plusem jest też nieprzewidywalność. Czytając książkę praktycznie do samego końca, nie byłem pewien, dokąd autor zmierza i jak zakończy tę historię. Podobały mi się również drobne elementy budujące wojskowy charakter powieści. Okrzyk kompanii „Jedno stado” czy określenie człowieka sparaliżowanego strachem – „martwy w głowę”.
 „Głos Kompanii” to moje pierwsze spotkanie z Michałem Cholewą i zdecydowanie udane. Początek wymaga cierpliwości, ale kiedy powieść już się rozkręci, trudno się od niej oderwać. To konkretna, surowa i bardzo wojskowa fantastyka, która nie próbuje zrobić z wojny przygody.


Ellen Steiber, Ewa, recenzja

Ellen Steiber, Ewa, recenzja


Autor: Ellen Steiber
Tytuł: Ewa
Wydawnictwo: Da Capo
Cykl: Z Archiwum X (seria czerwona), tom II
Data wydania: 1997
Liczba stron: 95
Moja ocena 7/10


Powrót do książek inspirowanych serialem „Z Archiwum X” jest dla mnie zawsze okazją do zanurzenia się w wspomnieniach, gdy jako dzieciak po kryjomu oglądałem przygody Muldera i Sculy. „Ewa” Ellen Steiber to druga książka z czerwonej serii, która stanowi literacką adaptację jedenastego odcinka pierwszego sezonu serialu, zatytułowanego „Eve”.
Historia rozpoczyna się od makabrycznego odkrycia. Na posesji zostaje znaleziony martwy mężczyzna, z którego ciała niemal całkowicie usunięto krew. Jedynym świadkiem wydarzenia jest jego córka, Teena. Dziewczynka nie potrafi jednak powiedzieć, co właściwie się wydarzyło. Pamięta jedynie tajemnicze czerwone światło. Sprawa staje się jeszcze bardziej zagadkowa, gdy na drugim końcu Stanów Zjednoczonych dochodzi do identycznego morderstwa. Tym razem świadkiem jest Cindy – dziewczynka bliźniaczo podobna do Teeny.
„Ewa” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Przyznam, że początkowo dość sceptycznie podchodziłem do tej książki, przede wszystkim ze względu na jej objętość (zaledwie 94 strony). Tymczasem Ellen Steiber całkiem sprawnie wykorzystała niewielką przestrzeń znajdując miejsce na dwa plot twisty, które sprawiły, że historia okazała się dla mnie bardziej interesująca, niż początkowo zakładałem. 
Nie oznacza to jednak, że „Ewa” jest pozbawiona wad. Największym problemem pozostaje właśnie jej objętość. Historia ma naprawdę ciekawy punkt wyjścia i potencjał na znacznie bardziej rozbudowaną opowieść. Mam wrażenie, że gdyby Ellen Steiber dostała możliwość rozwinięcia tej historii, książka mogłaby zyskać jeszcze więcej.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Ewa” okazała się dla mnie bardzo przyjemną lekturą. To krótka, dynamiczna i pełna tajemnic opowieść, która dobrze oddaje klimat pierwszego sezonu „Z Archiwum X”. Nie jest to książka, przy której spędzimy wiele godzin, ale właśnie dzięki niewielkiej objętości świetnie sprawdzi się jako szybka lektura na jeden wieczór.


Garth Nix, Opętany, recenzja

 

Garth Nix, Opętany, recenzja

Autor: Garth Nix

Tytuł: Opętany

Wydawnictwo: Da Capo

Cykl: Z Archiwum X (seria czerwona), tom I

Data wydania: 1997

Liczba stron: 95

Moja ocena 6/10

 

Powrót do „Z Archiwum X” po latach to dla mnie przede wszystkim podróż do czasów, kiedy historie o Mulderze i Scully potrafiły naprawdę nieźle niepokoić. Tym razem sięgnąłem po „Opętanego” Gartha Nixa – pierwszy tom tzw. czerwonej serii książek inspirowanych popularnym serialem. Książka ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Da Capo w 1997 roku i liczy zaledwie 95 stron.

Historia rozpoczyna się od tragicznego wypadku. W parku chłopca potrąca lokomotywa, jednak uwagę Muldera zwraca pewien szczegół – balon, który dziecko trzymało w ręku, pozostaje nieruchomo w powietrzu. Agent FBI zaczyna podejrzewać, że za śmiercią chłopca może kryć się coś więcej niż zwykły wypadek. Wraz ze sceptycznie nastawioną Daną Scully rozpoczyna śledztwo, które szybko prowadzi ich w stronę wydarzeń trudnych do racjonalnego wyjaśnienia.

I właśnie tutaj zaczyna się największy problem „Opętanego”. Książka jest bardzo wierną adaptacją odcinka „Z Archiwum X” – „The Calusari”, czyli 21. odcinka drugiego sezonu serialu. Nie jest to więc historia, która rozwija wydarzenia znane z ekranu albo dodaje do nich coś szczególnie interesującego. To właściwie literackie odtworzenie tego, co mogliśmy zobaczyć w serialu.

Z jednej strony ma to swoje zalety. Fabuła jest dynamiczna, szybko przechodzimy od jednego wydarzenia do kolejnego. Tradycyjnie Mulder szuka paranormalnego wyjaśnienia, natomiast Scully próbuje wszystko racjonalizować. Z drugiej strony trudno nie odnieść wrażenia, że wszystko zostało potraktowane bardzo po łebkach. „Opętany” to krótka, dość płaska opowieść, w której brakuje miejsca na bardziej rozbudowane opisy, charakterystykę bohaterów czy pogłębienie samej historii. Książka ma około 95 stron, a dodatkowo zastosowano w niej naprawdę duży druk. Czytało mi się ją przez to niezwykle szybko – średnio poświęcałem na jedną stronę około minuty. Trudno mi jednak polecić tę książkę osobom, które oczekują od powieści czegoś więcej niż wiernego przeniesienia serialowej historii na papier.

Przemek Osowski, Wrona z Madenfal, recenzja

 

Przemek Osowski, Wrona z Madenfal, recenzja

Autor: Przemek Osowski

Tytuł: Wrona z Madenfal

Wydawnictwo: Seff-publishing

Data wydania: 2025

Liczba stron: 456

Moja ocena 9/10

 

Gjaladen nie jest miejscem, do którego chciałbym trafić nawet na krótkie wakacje. To odizolowany od reszty świata kontynent, otoczony przez tajemnicze mgły. Nikt od ponad 500 lat nie zdołał ich przekroczyć, a właściwie trudno nawet powiedzieć, czy poza nimi istnieje jeszcze jakikolwiek świat. Kontakt z purpurową mgłą może oznaczać śmierć, mutację albo coś znacznie gorszego. Mgławice wpływają na pory roku, zwierzęta i ludzi, a nawet potrafią nadawać realny kształt ich największym lękom. Powieść jest ciekawym połączeniem dark fantasy i postapokalipsy. Mamy tu krainy, zakony, nowe i stare wierzenia, potwory i liczne nawiązania do słowiańskiej mitologii oraz bestiariuszy. Autor dobrze wykorzystuje ten pomysł i stopniowo odsłania przed czytelnikiem kolejne elementy Gjaladenu. Nie zasypuje przy tym informacjami, dzięki czemu mgła przez długi czas pozostaje czymś tajemniczym i niepokojącym.
Sama historia jest naprawdę bogata w wydarzenia.
Spiski, polityka, morderstwa, walka o wpływy, tajemnice i intrygi ukryte wewnątrz kolejnych intryg sprawiają, że trudno tutaj narzekać na nudę. Praktycznie każdy rozdział wnosi coś do historii. Duża w tym zasługa stylu Przemysława Osowskiego. „Wronę z Madenfal” czytało mi się bardzo szybko i z dużą przyjemnością, mimo że sama historia do najprostszych nie należy. Na osobne wyróżnienie zasługują bohaterowie. Poza Hjalkanem i Nokramą wyróżniłbym Verdona Halpa, który jest złodziejem i kryminalistą, a mimo to momentami ma w sobie więcej honoru niż niejeden król, arystokrata czy członek zakonu. Nie ma tutaj prostego podziału na dobrych i złych. Tak naprawdę postaci, które bez zastanowienia można nazwać pozytywnymi, jest bardzo niewiele. Każdy ma swoje interesy, tajemnice i cele. Sojusznik niekoniecznie pozostanie nim na długo.
Klimatycznie książka momentami przypominała mi „Gorath. Uderz pierwszy” Janusza Stankiewicza. Nie chodzi o podobieństwa fabularne, ale o poczucie obcowania z nieprzyjaznym, brutalnym światem fantasy, w którym za kolejnym zakrętem może czekać coś naprawdę paskudnego.
Mimo wszystkich tych pozytywów książka nie była idealna, głownie ze względu na zakończenie. Nie uważam go za złe – pasuje do całej historii – ale po zamknięciu książki miałem wrażenie, że zabrakło jeszcze jednego rozdziału. Dodatkowego fragmentu, który dopowiedziałby pewną kwestię i pozwolił postawić ostatnią kropkę. Pozostało więc lekkie poczucie niedosytu. Drugą rzeczą jest brak mapy. Przy tak rozbudowanym świecie i dużej liczbie krain naprawdę by się przydała. Z tego, co wiem, ma się jednak pojawić w papierowym wydaniu książki.

Fred Hoyle, Czarna chmura, recenzja

 

Fred Hoyle, Czarna chmura, recenzja

Autor: Fred Hoyle

Tytuł: Czarna chmura

Wydawnictwo: Rebis

Data wydania: 2024

Liczba stron: 267

Moja ocena 7/10

 

Co by się stało, gdyby do Układu Słonecznego zmierzał gigantyczny międzygwiezdny obłok zdolny przesłonić Ziemię przed promieniami Słońca? Taki punkt wyjścia proponuje „Czarna Chmura” – klasyczna powieść science fiction, w której astronomowie odkrywają nadciągające zagrożenie dla całej ludzkości. Świat staje w obliczu katastrofy o niewyobrażalnej skali, a grupa wybitnych naukowców pod przewodnictwem Christophera Kingsleya próbuje zrozumieć naturę tajemniczego obiektu. To historia, która z czasem staje się nie tylko opowieścią o walce z kataklizmem, ale także refleksją nad miejscem człowieka we wszechświecie.
Autor powieści Fred Hoyle był nie tylko pisarzem, ale przede wszystkim wybitnym brytyjskim astronomem i astrofizykiem, profesorem Uniwersytetu w Cambridge oraz byłym prezesem Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego. Jego naukowe doświadczenie wyraźnie widać na kartach powieści, która imponuje dbałością o szczegóły i wiarygodnością przedstawionych zjawisk.
Największym atutem książki jest sam pomysł na fabułę. Wizja ogromnej chmury odcinającej Ziemię od światła słonecznego robi ogromne wrażenie. Spadająca temperatura, wymierająca roślinność i zwierzęta oraz świadomość, że zapasy jedynie na krótko odsuną nieuchronny koniec, tworzą sugestywną wizję globalnej zagłady bez użycia choćby jednej bomby atomowej. Sam rozwój wydarzeń nie zawsze jednak dorównuje potencjałowi tej historii, a akcja toczy się w wręcz ślimaczym tempie. Osobiście najbardziej zainteresowały mnie fragmenty pokazujące reakcje społeczeństw na nadchodzący kryzys – zamieszki, działania rządów, upadki rządów, renesans wszelkich religii. Autor większy nacisk położył na społeczne konsekwencje zetknięcia się z nieznanym oraz pracę naukowców niż na widowiskową akcję.
Nie do końca przekonał mnie również główny bohater. Christopher Kingsley jest niemal nieomylny, przekonany o własnej wyższości i nieustannie udowadnia, że jego pomysły są najlepsze. Przez to pozostali naukowcy często sprawiają wrażenie jedynie tła dla jego błyskotliwości. Szkoda również, że w książce praktycznie zabrakło wyrazistych kobiecych postaci. Największą przeszkodą w odbiorze okazała się jednak warstwa naukowa. Dialogów między naukowcami jest bardzo dużo, a zagadnienia z fizyki, astronomii i matematyki pojawiają się niemal na każdym kroku. Doceniam ich merytoryczną wartość, jednak dla mnie wiele z tych fragmentów było zbyt specjalistycznych i momentami wyraźnie psuło lekturę.
Mimo tych zastrzeżeń „Czarna Chmura” pozostawiła po sobie pozytywne wrażenie. To książka z bardzo ciekawym pomysłem, skłaniająca do refleksji nad kruchością naszej cywilizacji i miejscem człowieka we wszechświecie. Nie jest to jednak dynamiczne science fiction, lecz powieść nastawiona przede wszystkim na naukowe i filozoficzne rozważania.

Księga Miliona i jednej rozkoszy, recenzja

 

Księga Miliona i jednej rozkoszy, recenzja

Autor: Tymoteusz Adam Leonard Sokołowski, Agnieszka Zasadzka, Aleksandra Rybacka, Daniel Chmarzyński, Sylwia Finklińska, Patryk Gujda, Natalia Kędra, Jola Kitowska, Natalia Klimaszewska, Krzysztof Kotlarski, Maria Krzywda, Wiktor Matyszkiewicz, Kamil Mosior, Cezary Romanowski, Dominika Vicente, Jakub Wczasek, Joanna Zając, Jędrek Dżdżownica, Sylwia Koper, Łukasz Maj, Mariusz Minkiewicz, Magdalena Targosz

Tytuł: Księga Miliona i jednej rozkoszy

Wydawnictwo: Wilki trzy i kot

Data wydania: 2026

Liczba stron: 440

Moja ocena 9/10

 

„Księga Miliona i jednej rozkoszy” to jedna z tych lektur, które trudno zamknąć w jednym gatunku. Jest jednocześnie fantastyczną opowieścią szkatułkową, literaturą obyczajową i prowokującą historią, w której erotyka staje się narzędziem do opowiadania o bliskości, emocjach oraz ludzkich pragnieniach. Inspiracja „Księgą Tysiąca i Jednej Nocy” jest wyraźnie widoczna, ale całość zachowuje własny, oryginalny charakter. Bohaterami książki są: Nowojorski macho Eros Brown, Paryska malarka dr Yua Yoshino oraz Gentae osoba niebinarna z Krakowa. Każde z nich posiada wyjątkowy talent do snucia opowieści, które tworzą spójną całość i sprawiają, że trudno przewidzieć jaki będzie finał tej historii.
Najbardziej spodobał mi się styl tej książki. Poszczególne historie są krótkie, dzięki czemu ani przez moment nie miałem wrażenia, że coś się dłuży. Co więcej, czytałem ją pomiędzy kolejnymi powieściami, po kilka opowiadań na raz. Dzięki temu do samego końca miałem poczucie, że obcuję ze świeżą opowieścią, która ani razu mnie nie znudziła. Choć erotyka odgrywa tutaj ważną rolę, nie jest celem samym w sobie. Autorzy podeszli do tego tematu z dużym wyczuciem i klasą. Historie nie są wulgarne – zamiast tego otrzymujemy elegancki język, bogatą wyobraźnię i dużą dbałość o estetykę.
Dużym atutem są l
iczne nawiązania do mitologii greckiej, Biblii, baśni Bliskiego Wschodu, historii Japonii czy popkultury (pojawia się Wielki Przedwieczny!!!). Dzięki temu każda historia wnosi coś nowego i zachęca do zagłębiania się w kolejne opowiadania. Szczególnie zapadło mi w pamięć opowiadanie o Nidasie, bracie króla Midasa, które było niezwykle zabawne i rozwiązało odwieczną zagadkę „Dla czego nas mężczyzn tak strasznie boli, gdy uderzymy się w mały palec stopy”😊.
Nie sposób nie wspomnieć o samym wydaniu. Twarda oprawa, elegancka okładka i wysoka jakość wykonania sprawiają, że książka świetnie prezentuje się na półce. Bardzo spodobały mi się również dodatki: playlista, słowniczek oraz notki o wszystkich autorach.
„Księga Miliona i jednej rozkoszy” była dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem czytelniczym. Otrzymałem bardzo dobre wykonanie i zbiór opowieści zaskakujących pomysłowością oraz stylem. To książka, która udowadnia, że o erotyce można pisać z klasą, inteligencją i literackim wyczuciem.

Franciszek M. Piątkowski, Trzej Maszkaronowie i sami (nie)swoi, recenzja

Franciszek Piątkowski, Trzej Maszkaronowie i sami (nie)swoi, recenzja


Autor: Franciszek M. Piątkowski
Tytuł: Trzej Maszkaronowie i sami (nie) swoi
Cykl: Marek Lichocki (tom V)
Wydawnictwo: Selfpublishing
Liczba stron: 156
Data wydania: 2026
Moja ocena: 10/10

Po pierwszym tomie miałem spore oczekiwania wobec kontynuacji i na szczęście Franciszek Piątkowski ich nie zawiódł. „Trzej Maszkaronowie i sami (nie) swoi” to lekka, pełna humoru opowieść, która od pierwszych stron wciąga zwariowanymi pomysłami i dobrze znanymi bohaterami. Co więcej, uważam, że druga część wypada nawet odrobinę lepiej od swojej poprzedniczki.
Wydawałoby się, że po wydarzeniach z pierwszego tomu, kiedy bohaterowie polskich legend zostali odesłani z powrotem do swoich światów, wszystko wróci do normy. Nic bardziej mylnego! Klątwa Biedy z Nędzą nadal działa, a jej skutki przybierają jeszcze większe rozmiary. Do Polski zaczynają trafiać mityczne i legendarne postacie z różnych zakątków świata. Yeti, Drakula, Robin Hood, Joker, Meduza i cała plejada innych bohaterów nagle znajdują się tam, gdzie zdecydowanie nie powinni. Zadanie odesłania ich do domu ponownie spada na barki Trzech Maszkaronów, wspieranych przez niezawodną ekipę wodników i topielicę, tworzących Specjalny Oddział Stworów.
Podobnie jak w pierwszej części, największym atutem powieści pozostaje humor. Franciszek Piątkowski doskonale wie, jak rozbawić czytelnika, a wiele scen wywoływało u mnie szczery uśmiech. Prawdziwymi gwiazdami po raz kolejny okazują się Myślomysł i Miłomysł – wodnicy o wyjątkowo małych rozumkach. Ich dialogi, absurdalne rozważania i zaskakujące pytania dosłownie kradną każdą scenę, w której się pojawiają. Za każdym razem, gdy trafiali na karty powieści, wiedziałem, że za chwilę czeka mnie kolejna porcja świetnego humoru.
Bardzo spodobało mi się również to, jak autor bawi się znanymi motywami i legendami, wrzucając kultowe postacie do zupełnie nieoczekiwanych sytuacji. Dzięki temu książka ani przez chwilę nie traci tempa. Czyta się ją błyskawicznie, bo trudno oprzeć się pokusie sprawdzenia, co jeszcze wymyśli autor.
To idealna lektura na wieczór po ciężkim dniu pracy albo po skończeniu wymagającej, emocjonalnie wyczerpującej książki. Pozwala się odprężyć, oderwać od codzienności i po prostu dobrze bawić. Jeśli szukacie lekkiej, zabawnej historii z sympatycznymi bohaterami i dużą dawką humoru, „Trzej Maszkaronowie i sami (nie) swoi” z pewnością Was nie zawiedzie.

Wojciech Gunia, Nie ma wędrowca, recenzja

 

Wojciech Gunia, Nie ma wędrowca, recenzja

Autor: Wojciech Gunia

Tytuł: Nie ma wędrowca

Wydawnictwo: C&T

Rok wydania: 2016

Liczba stron: 168

Moja ocena: 9/10


Moje pierwsze spotkanie z twórczością Wojciecha Guni zaowocowało bardzo wysoko postawioną poprzeczką. „Dom wszystkich snów” zrobił na mnie ogromne wrażenie, dlatego po „Nie ma wędrowca” sięgałem z dużymi oczekiwaniami. Na szczęście autor po raz kolejny udowodnił, że doskonale wie, jak budować atmosferę niepokoju i opowiadać historie, które zostają z czytelnikiem na długo po zamknięciu książki.

Fabuła przenosi czytelnika do odizolowanego od świata tartaku, zwanego Bazą. Nowy dozorca trafia do miejsca, które już od pierwszych stron wydaje się naznaczone czymś złowrogim. Wraz z nadejściem zimy rzeczywistość zaczyna coraz bardziej mieszać się z koszmarem, a bohater stopniowo odkrywa tajemnice swojego poprzednika oraz wydarzeń sprzed wielu lat. Gunia buduje powoli napięcie, niemal niezauważalnie, pozwalając czytelnikowi zanurzyć się w świecie pełnym lęku, osaczenia i poczucia że wszyscy wokół wiedzą o tym, co dzieje się w Bazie ale celowo milczą.

Największym atutem książki pozostaje jednak styl autora. Gunia pisze w sposób niezwykle charakterystyczny – jego rozbudowane, wielokrotnie złożone zdania pokazują jego znakomity warsztatu ale również współgrają z atmosferą opowieści. Każdy akapit zdaje się przemyślany, a język staje się narzędziem budowania emocji. To właśnie sposób, w jaki autor operuje słowem, jest prawdziwym crème de la crème tej powieści.

Ogromne wrażenie zrobiły na mnie również dwie historie wojenne wplecione w główną fabułę. Są niezwykle mocne, poruszające i pozostawiają czytelnika z ogromnym ciężarem emocjonalnym. Po przeczytaniu każdej z nich musiałem odłożyć książkę i sięgnąć po coś lżejszego do czytania, aby ochłonąć. Paradoksalnie właśnie dlatego lektura liczącej zaledwie około 160 stron powieści zajęła mi aż cztery dni.

Na uznanie zasługują również bohaterowie. Są wiarygodni, pełni wewnętrznych pęknięć i targani traumami, które okazują się równie przerażające jak nadprzyrodzone zjawiska. Świetnie wypada także warstwa opisowa. Mroźna zima, zasypane drogi, wszechobecny śnieg, przeszywający wiatr czy gorąco buchające z suszarni zostały przedstawione bardzo plastycznie.

Motyw duchów i elementy grozy są obecne przez całą powieść, ale nie dominują nad historią. Stanowią raczej tło dla opowieści o traumie, winie i stopniowym popadaniu w obłęd. Pod tym względem książka przypominała mi niektóre opowiadania H.P. Lovecrafta, na końcu których bohater zatracał się w szaleństwo.

Jedynym elementem, który momentami utrudniał mi odbiór, było celowe unikanie przez autora imion i nazwisk bohaterów. Zastąpienie ich oznaczeniami w rodzaju „B” czy „J” z pewnością miało swoje uzasadnienie i wpisywało się w koncepcję powieści, jednak chwilami wybijało mnie z rytmu czytania i utrudniało śledzenie relacji między postaciami.

Mimo tej drobnej uwagi „Nie ma wędrowca” to kolejna znakomita książka w dorobku Wojciecha Guni. To horror dla cierpliwego czytelnika – taki, który nie straszy nagłymi zwrotami akcji, lecz powoli i konsekwentnie buduje atmosferę, pozostawiając po sobie uczucie niepokoju jeszcze długo po zakończeniu lektury.

Sylwia Zapaśnik, Cienie nad Zefyrionem, tom 1, recenzja

 

Sylwia Zapaśnik, Cienie nad Zefyrionem, tom 1, recenzja

Autor: Sylwia Zapaśnik
Tytuł: Cienie nad Zefyrionem (tom I)
Wydawnictwo: Nie powiem
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 408
Moja ocena: 7/10


Sięganie po książki debiutujących autorów zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem. Dla mnie jest to jednak przede wszystkim ogromna przyjemność. Uważam, że wielu pisarzy w swoich pierwszych powieściach stara się podzielić z czytelnikami tym, co ich zdaniem jest w danym gatunku literackim najciekawsze i najważniejsze. Dlatego, sięgając po „Cienie nad Zefyrionem” Sylwii Zapaśnik, liczyłem na jedną z tych literackich przygód, które na długo pozostają w pamięci. Autorka zabiera czytelników do postapokaliptycznego świata, w którym ludzie od pokoleń żyją pod ochronnymi kopułami, a nienawiść do demonów stała się fundamentem funkcjonowania całego społeczeństwa.
Już sam pomysł na wykreowany świat zasługuje na uwagę. Dziewięćdziesiąt pięć miast ukrytych pod magicznymi kopułami, zależność mieszkańców od kapłanów podtrzymujących ochronne bariery oraz system oparty na wyzysku i religijnym autorytecie tworzą interesujące tło dla wydarzeń. Autorka pokazuje społeczeństwo pełne nierówności – zwykli ludzie ponoszą ogromne koszty utrzymania systemu, podczas gdy kapłani żyją w przepychu, całkowicie odcięci od problemów swoich poddanych. Jeszcze mocniej wybrzmiewa okrucieństwo Czerwonych Likwidatorów, którzy nie ograniczają się jedynie do zabijania demonów, torturują je i nie kryją z tym że wykorzystują seksualnie.
Na plus należy zaliczyć również prosty, ale funkcjonalny system magii. Tworzenie ładunków mocy czy możliwość przejmowania energii przeciwnika nie są przesadnie skomplikowane, dzięki czemu czytelnik szybko odnajduje się w zasadach rządzących światem.
Największym problemem książki okazała się dla mnie główna bohaterka. Adianna często zachowuje się impulsywnie, bywa kłótliwa, a niektóre jej decyzje są wyjątkowo głupie. Zamiast wzbudzać sympatię, wielokrotnie wywoływała irytację, co sprawiało, że z mniejszym zainteresowaniem śledziłem rozdziały przedstawione z jej perspektywy.
Zupełnie inaczej odebrałem postać Calisto. Demon został wykreowany bardzo przekonująco – jest inteligentny, odważny, obdarzony poczuciem humoru i naturalnymi zdolnościami przywódczymi. Świetnie odnajduje się zarówno podczas szkolenia żołnierzy, jak i w politycznych realiach królewskiego dworu. To właśnie rozdziały prowadzone z jego punktu widzenia należały, moim zdaniem, do najciekawszych fragmentów całej powieści. Gdy tylko narracja przechodziła na Calisto, historia nabierała większej dynamiki i zwyczajnie czytało się ją z większą przyjemnością.
Nieco gorzej wypada konstrukcja książki. Poszczególne rozdziały są bardzo nierówne objętościowo, a pierwszy z nich liczy ponad sto stron. Niestety jest przy tym mocno przegadany i rozwija się dość powoli, przez co początek może zniechęcić część czytelników. Dopiero z czasem akcja wyraźnie przyspiesza.
„Cienie nad Zefyrionem” to propozycja dla czytelników lubiących mroczne fantasy z elementami antyutopii, którzy są w stanie przymknąć oko na wolniejszy początek i nierówną konstrukcję fabuły. Nie była to lektura, która całkowicie mnie zachwyciła, ale z pewnością dostrzegam jej mocne strony i uważam, że wielu miłośników gatunku może znaleźć w niej coś dla siebie.


Piotr Niwiński, Legalizacja Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej, recenzja

 

Piotr Niwiński, Legalizacja Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej, recenzja

Autor: Piotr Niwiński

Tytuł: Legalizacja Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej

Wydawnictwo: IPN

Rok wydania: 2024

Liczba stron: 312

Moja ocena: 4/10

Historia Polskiego Państwa Podziemnego kryje wiele fascynujących zagadnień, a jednym z najmniej znanych jest działalność komórek legalizacyjnych Armii Krajowej. To właśnie one zajmowały się przygotowywaniem fałszywych dokumentów, dzięki którym konspiratorzy mogli ukrywać swoją tożsamość, prowadzić działalność podziemną i unikać aresztowań. Temat ten podjął prof. Piotr Niwiński w książce „Legalizacja Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej”. Publikacja jest efektem wieloletnich badań archiwalnych prowadzonych zarówno w Polsce, jak i za granicą. Autor stworzył pierwsze tak szczegółowe opracowanie dotyczące działalności legalizacji na Wileńszczyźnie, dzięki czemu książka ma niewątpliwie dużą wartość naukową.
Warto jednak wiedzieć, że choć tom liczy ponad 300 stron, właściwy tekst zajmuje niewiele ponad 130. Resztę stanowią aneksy, fotografie, dokumenty oraz bibliografia. Największym problemem publikacji jest jednak jej styl. Książkę czyta się ciężko – narracja jest toporna, mało przystępna i wyraźnie skierowana do odbiorcy naukowego. Zamiast płynnej opowieści otrzymujemy szczegółowe opracowanie, które momentami nuży. Kilkakrotnie musiałem wracać do wcześniej przeczytanych fragmentów, ponieważ traciłem wątek i nie byłem pewien, o czym autor aktualnie pisze. Szkoda, ponieważ sam temat ma ogromny potencjał. Historia ludzi odpowiedzialnych za fałszowanie dokumentów mogłaby stać się niezwykle interesującą opowieścią o kulisach funkcjonowania konspiracji. Niestety sposób przedstawienia materiału sprawia, że lektura wymaga dużego skupienia i cierpliwości. Nie zmienia to faktu, że jako publikacja naukowa książka spełnia swoje zadanie. To wartościowe źródło wiedzy dla historyków i osób zajmujących się dziejami Armii Krajowej oraz Wileńszczyzny.

Marcin Halski, Sołtys. Pierwsze demony, recenzja

Marcin Halski, Sołtys, recenzja

Autor: Marcin Halski
Tytuł: Sołtys. Pierwsze demony
Cykl: Sołtys (tom I)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Książkowe HM
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 282
Moja ocena: 9/10

Z twórczością Marcina Halskiego miałem już okazję spotkać się wcześniej przy takich książkach jak „Czas Zaślepionych”, „Bezdomność all inclusive” czy „Laleczki”. Wszystkie wspominam bardzo dobrze, dlatego po „Sołtysa. Pierwsze demony” sięgnąłem z dużymi oczekiwaniami. Na szczęście autor po raz kolejny nie zawiódł.
Głównym bohaterem powieści jest Krzysiek – młody chłopak marzący o ucieczce z rodzinnej wsi do wielkiego miasta. Jego plany komplikuje jednak śmierć ojca, szanowanego przez wszystkich sołtysa. Ku własnemu zaskoczeniu Krzysiek zostaje jego następcą i szybko odkrywa, że funkcja sołtysa nie ogranicza się wyłącznie do papierologii. Okazuje się bowiem, że do jego obowiązków należy także polowanie na słowiańskie demony.
Autor stworzył bardzo oryginalną historię, w której połączył fantastykę, grozę, słowiańską mitologię oraz realia polskiej wsi. Efekt wypada znakomicie. Książkę czyta się błyskawicznie dzięki lekkiemu stylowi autora, który potrafi zainteresować czytelnika, nie zasypując go zbędnymi opisami. Dużym atutem powieści są bohaterowie. Oprócz Krzyśka poznajemy między innymi księdza Zdzisława, weterynarz Zuzannę oraz miejscowego pijaczka Mietka. Każda z tych postaci wnosi coś istotnego do fabuły i skrywa własne tajemnice. Szczególnie przypadł mi do gustu Mietek – swojski superbohater à la Conan Barbarzyńca, który wielokrotnie kradnie sceny. Trudno też nie wspomnieć o kogucie psychopacie – jednej z najbardziej charakterystycznych i najbardziej absurdalnych postaci w całej książce.
Halski bardzo dobrze oddał atmosferę małej społeczności – plotki, lokalne układy i specyficzną mentalność mieszkańców. Do tego dorzucił sporą dawkę humoru – od ironii po czarny humor – dzięki czemu podczas lektury nie raz się uśmiechnąłem. Nie zabrakło również odrobiny grozy i klasycznej walki dobra ze złem, choć nie zawsze łatwo określić, kto tak naprawdę stoi po której stronie.
„Sołtys. Pierwsze demony” to lekka, wciągająca i pełna klimatu fantastyka. Oferuje ciekawą fabułę, barwnych bohaterów, słowiańskie demony, humor i szczyptę horroru. To bardzo udany początek serii, który sprawił, że z przyjemnością sięgnę po kolejne części. Jeśli lubicie fantastykę osadzoną w polskich realiach, zdecydowanie warto dać tej książce szansę.

Michał Klimaszewski, Przeklęty, recenzja

Michał Klimaszewski, Przeklęty, recenzja

Autor: Michał Klimaszewski
Tytuł: Przeklęty
Wydawnictwo: Nie powiem
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 312
Moja ocena: 7/10

Po bardzo udanym spotkaniu z „Dawcą” Michała Klimaszewskiego miałem wobec „Przeklętego” całkiem spore oczekiwania. Debiutancka powieść autora pokazała, że potrafi on budować atmosferę niepokoju i sprawnie prowadzić fabułę, dlatego z ciekawością sięgnąłem po jego kolejną historię. Tym razem Klimaszewski zabiera czytelników w świat wilkołaczej klątwy, gdzie granica pomiędzy człowiekiem a bestią staje się coraz bardziej niewyraźna.
Mateusz Adamek jest zwyczajnym chłopakiem tuż po maturze. Pracuje, spotyka się ze znajomymi i nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wszystko zmienia się podczas samotnego wyjazdu nad jezioro. Atak wilkołaka na zawsze odmienia jego życie. Choć udaje mu się przeżyć, zostaje naznaczony przez bestię i sam zaczyna się zmieniać. Początkowo nowe możliwości wydają się błogosławieństwem. Nadludzka siła, wyostrzone zmysły, pewność siebie – Mateusz staje się kimś zupełnie innym niż wcześniej. Problem w tym, że wraz z nowymi zdolnościami budzi się w nim coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Dzika natura zaczyna stopniowo przejmować kontrolę nad jego życiem.
Czytając „Przeklętego”, zastanawiałem się, czy autor zaproponuje nowe spojrzenie na motyw wilkołaka. Otrzymujemy historię dość mocno osadzoną w klasycznym schemacie człowieka naznaczonego klątwą, który coraz bardziej zatraca się pod wpływem drzemiącej w nim bestii. Na plus należy jednak zaliczyć fakt, że Klimaszewski poświęca więcej uwagi psychologicznej stronie przemiany bohatera. Interesują go nie tylko fizyczne konsekwencje ataku, ale również zmiany zachodzące w charakterze i osobowości Mateusza. Autor pokazuje jego próby zrozumienia własnej natury oraz walkę z instynktami, które z każdym dniem stają się coraz silniejsze.
Powieść luźno nawiązuje również do wydarzeń znanych z „Dawcy”. Pojawia się policjant mający za sobą problemy związane z narkotykami i to właśnie jego wątek wzbudził moje największe zainteresowanie. Szkoda, że autor nie poświęcił mu więcej miejsca, ponieważ był to bohater, który mógłby wnieść do historii dodatkową głębię, a być może nawet udźwignąć rolę głównego protagonisty.
Największym atutem „Przeklętego” pozostaje jednak styl autora. Klimaszewski pisze lekko, dynamicznie i bardzo przystępnie. Akcja rozwija się szybko, nie ma tutaj wielu dłużyzn, a kolejne rozdziały zachęcają do dalszego czytania.
„Przeklęty” to sprawnie napisane połączenie kryminału, thrillera i horroru. Nie zaskakuje szczególnie fabularnie i nie wykracza daleko poza dobrze znane schematy opowieści o wilkołakach, ale nadrabia tempem, atmosferą i przyjemnym stylem narracji.

 


Joanna Trzaska, Tomasz Siwiec, Piekielna Rzeźnia, recenzja

Joanna Trzaska, Tomasz Siwiec, Piekielna Rzeźnia, recenzja


 Autor: Joanna Trzaska, Tomasz Siwiec
Tytuł: Piekielna rzeźnia. Część 1
Wydawnictwo: Horror Masakra
Rok wydania: 2021
Liczba stron: 70
Moja ocena: 8/10

„Piekielna rzeźnia. Część I” to niewielki zbiór dwóch opowiadań utrzymanych w konwencji horroru ekstremalnego. Na czytelników czekają tutaj historie autorstwa Joanny Trzaski i Tomasza Siwca, które choć różnią się tematyką i sposobem prowadzenia narracji, łączy zamiłowanie do przekraczania granic dobrego smaku oraz eksponowanie najbardziej mrocznych stron ludzkiej natury.
Pierwsze opowiadanie, „Ja, Dariusz” Joanny Trzaski, było dla mnie bardzo udanym otwarciem tomu. To debiutancki tekst autorki, który pokazuje, że ma ona pomysł na własny styl. Historia opowiada o młodym mężczyźnie, który trafia do nocnego klubu pełnego seksu, narkotyków i innych pokus. Mimo ogromnej ilości krwi i odcinanych kończyn całość podana jest w zaskakująco lekkiej, momentami wręcz humorystycznej formie. Szczególnie przypadły mi do gustu absurdalne wstawki komediowe, między innymi motyw osła i supermarketu z „Watahy”. To historia brudna, brutalna i prowokacyjna, ale jednocześnie potrafiąca bawić swoim specyficznym poczuciem humoru. Po lekturze pozostał niedosyt i chęć sięgnięcia po kolejne teksty autorki.
Drugie opowiadanie, „Mamusia” Tomasza Siwca, okazało się doświadczeniem zdecydowanie trudniejszym. Autor sięga po temat krzywdy dzieci, który regularnie pojawia się w jego twórczości. Fabuła wydaje się prosta – ktoś porywa dzieci, a lokalny policjant próbuje rozwikłać sprawę. Jednocześnie poznajemy historię kobiety, która nie potrafi pogodzić się ze śmiercią swojego jedynego dziecka i za wszelką cenę próbuje je odzyskać. Tomasz Siwiec nie oszczędza czytelnika. Przemoc wobec najmłodszych, cierpienie, rozpacz i drastyczne sceny sprawiają, że jest to tekst wywołujący bardzo silne emocje. Dla mnie był to momentami zbyt ciężki kaliber. 
Cały tom wypełniony jest tym, czego miłośnicy horroru ekstremalnego oczekują od gatunku – brutalnością, seksem, kanibalizmem, okrucieństwem oraz licznymi drastycznymi opisami. Nie jest to książka dla każdego. Osoby wrażliwe na motywy przemocy wobec dzieci powinny podchodzić do niej z dużą ostrożnością. Jednocześnie fani ekstremy prawdopodobnie znajdą tutaj wszystko, czego szukają podczas lektury.
Od strony wydawniczej książka prezentuje się poprawnie, choć nie obyło się bez drobnych potknięć redakcyjnych. W trakcie czytania można natrafić na sporadyczne literówki oraz powtórzenia słów w zdaniach. Nie są to błędy, które całkowicie psują odbiór tekstu, ale warto o nich wspomnieć.

Diana Wróbel, Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy, recenzja

 

Diana Wróbel, Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy, recenzja

Autor: Diana Wróbel
Tytuł: Grymuar przebudzenia: poradnik początkującej czarownicy
Wydawnictwo: HM
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 178
Moja ocena: 9/10

Tematyka magii, rytuałów czy dawnych wierzeń bywa przedstawiana w sposób skomplikowany lub prześmiewczy. Tym większym zaskoczeniem okazała się dla mnie książka „Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” autorstwa Diana Wróbel. Zamiast zamkniętej wiedzy dla wtajemniczonych dostałem przystępny przewodnik po świecie symboli, ziół, kamieni i praktyk magicznych.
To jedna z tych pozycji, które czyta się szybko, ale po zamknięciu okładki nadal wraca się do przeczytanych treści. Sam podczas lektury zacząłem zastanawiać się, które magiczne rośliny mam wokół siebie. Okazało się, że całkiem sporo – lawenda, szałwia czy rozmaryn. Podobnie było z kamieniami i ich właściwościami. Książka skutecznie pobudza ciekawość i zachęca do spojrzenia na codzienność z innej perspektywy.
Dużym atutem jest sposób przekazywania wiedzy. Autorka pisze lekko, prosto i bez niepotrzebnego komplikowania. Jeśli czytelnik chce dowiedzieć się, jak stworzyć ochronny krąg czy poznać znaczenie symboli, dostaje konkretne informacje bez zbędnych dygresji. Dzięki temu „Grymuar” naprawdę sprawdza się jako poradnik dla początkujących. Zakres tematów jest szeroki – od znaków zodiaku, roślin i kamieni, symboli, świąt przez panteony bóstw, po bezpieczeństwo podczas rytuałów. Nie sposób pominąć wydania. Twarda oprawa i liczne ilustracje autorstwa Diany Wróbel sprawiają, że książka przyciąga wzrok i dobrze oddaje klimat opowieści o magii.
Mam jednak jedną uwagę, będącą właściwie komplementem – szkoda, że ta książka nie jest dłuższa. Spodziewałem się obszernej księgi czarownic znanej z filmów, a otrzymałem zgrabny poradnik, który przeczytałem w jeden dzień. Po skończeniu został lekki niedosyt.
Na plus warto też odnotować bibliografię na końcu książki, będącą dobrym punktem wyjścia do dalszego zgłębiania tematu.
„Grymuar przebudzenia. Poradnik początkującej czarownicy” to ciekawa propozycja dla osób zainteresowanych symboliką, dawnymi wierzeniami i magią, ale też dla tych, którzy cenią pięknie wydane książki. Jeśli szukacie lekkiego wprowadzenia do świata magii i okultyzmu – warto sięgnąć po tę pozycję.

Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja

 

Tomasz Cechowski, Kod Pixeli, recenzja

Autor: Tomasz Cechowski
Tytuł: Kod Pixeli
Wydawnictwo: Amazon KDP
Rok wydania: 2026
Liczba stron: 300
Moja ocena: 8/10

 

„Kod Pixeli” autorstwa Tomasz Cechowski to powieść łącząca thriller, science fiction i elementy sensacji. Już od początku widać, że autor miał konkretny pomysł na historię oraz na pokazanie świata, w którym rozwój technologii może wymknąć się spod kontroli.
Fabuła skupia się na Alexie Smithie, który po osobistej tragedii rzuca się w wir pracy nad nowatorskim projektem technologicznym. Szybko okazuje się jednak, że rozwój technologii może prowadzić w bardzo niebezpiecznym kierunku.
Autor sprawnie buduje atmosferę zagrożenia i pokazuje świat, w którym postęp wymyka się spod kontroli.
Dużym plusem książki jest to, że mimo licznych odniesień do technologii i przyszłościowych rozwiązań, autor nie zasypuje czytelnika trudnym technicznym słownictwem.
Dzięki temu „Kod Pixeli” pozostaje przystępną lekturą nawet dla osób, które na co dzień nie interesują się tematami związanymi z informatyką czy rozwojem sztucznej inteligencji. Styl autora również oceniam pozytywnie — książkę czyta się szybko i lekko, czemu dodatkowo sprzyja niewielka objętość oraz podział na aż 44 krótkie rozdziały. To sprawia, że bardzo łatwo powiedzieć sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”.
Nie jest jednak tak, że książka całkowicie mnie porwała.
Momentami brakowało mi większego przyspieszenia fabuły i mocniejszych zwrotów akcji, które jeszcze bardziej podbiłyby napięcie. Czasami miałem też wrażenie, że dialogi brzmią nieco sztywno, przez co pojedyncze sceny wypadały mniej naturalnie, niż powinny.
Mimo tych kilku zastrzeżeń
„Kod Pixeli” uważam za całkiem udany debiut lub przynajmniej bardzo solidną propozycję dla fanów lekkiego science fiction z thrillerowym zacięciem. Najbardziej podobało mi się to, że pod warstwą sensacyjnej historii autor próbuje przemycić pytanie o to, czy istnieje granica rozwoju technologii, której jako ludzie nie powinniśmy przekraczać. I właśnie takie refleksje po zakończeniu książki zostają w głowie najdłużej.

Mike Resnick, Na tropach jednorożca, recenzja

 

Mike Resnick, Na tropach jednorożca, recenzja

Autor: Mike Resnick
Tytuł: Na tropach jednorożca
Cykl: John Justin Mallory (tom I)
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 1991
Liczba stron: 240
Moja ocena: 9/10

Są takie książki, które już od pierwszych stron dają czytelnikowi jasno do zrozumienia, że czeka go absolutnie szalona przygoda. Tak właśnie było u mnie z powieścią „Na tropach jednorożca” autorstwa Mikea Resnicka. I przyznam Wam szczerze — dawno nie bawiłam się tak dobrze podczas lektury urban fantasy!
Bo wyobraźcie sobie Manhattan w sylwestrową noc. Jest trochę mrocznie, trochę brudno, prywatny detektyw ledwo wiąże koniec z końcem, popija bourbona i próbuje ukryć się przed właścicielem mieszkania oraz zbirami. A teraz dodajcie do tego elfa, skradzionego jednorożca, demony, kobietę-kota, skrzaty i kompletnie absurdalne sytuacje, które wywołują szczery uśmiech. I nagle okazuje się, że Mike Resnick stworzył coś naprawdę wyjątkowego.
Największym atutem tej historii jest dla mnie jej klimat — totalnie zwariowany, ale jednocześnie niesamowicie spójny. Fantastyczny Manhattan żyje własnym życiem, a czytelnik bardzo szybko zaczyna wierzyć, że gdzieś za rogiem naprawdę można spotkać gnomy zajadające się żetonami do bramek w metrze. Autor świetnie połączył elementy powieści detektywistycznej z urban fantasy i zrobił to z ogromnym wyczuciem humoru.
A skoro o humorze mowa — to właśnie on skradł moje serce. Te wszystkie absurdalne sceny są po prostu kapitalne. Sprzedawca olejku do opalania próbujący sprzedać swój towar – po bardzo okazyjnej cenie - w sylwestrową noc. Maratończyk biegnący do mety od dwudziestu pięciu lat, mimo że meta znajduje się w Rzymie, a on znajduje się na Manhattanie? Albo grupa żołnierzy specjalizująca się w wielomiesięcznych, drobiazgowych dochodzeniach, siedząca w barze „Pinokio”? Uwielbiam taki rodzaj humoru — lekko groteskowy i kompletnie nieprzewidywalny w stylu Benny Hilla.
Bardzo polubiłem również głównego bohatera, Johna Justina Mallory’ego. To detektyw z ciętym językiem, błyskotliwym umysłem i sporą dawką ironii. Świetnie wypada też elf Murgensturm oraz demon Grundy, który skutecznie komplikuje całą sprawę. Każda z tych postaci ma w sobie coś charakterystycznego i łatwo zapada w pamięć.
Muszę przyznać, że początkowo miałam pewne obawy. Tytuł i motyw poszukiwania jednorożca sugerowały historię bardziej baśniową, może nawet skierowaną do młodszego odbiorcy. Tymczasem dostałam błyskotliwą, absurdalną i bardzo klimatyczną opowieść, która momentami przypominała skrzyżowanie klasycznego kryminału z fantasy podszytym komedią.
Ogromnym plusem jest też sam styl autora. Książkę czyta się błyskawicznie — narracja jest lekka, dialogi dynamiczne, a humor sprawia, że trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. To jedna z tych historii, które idealnie sprawdzają się na poprawę humoru.
I tylko jednej rzeczy naprawdę żałuję — że w Polsce wydano zaledwie dwie części cyklu o Johnie Justinie Mallorym, podczas gdy całość liczy cztery powieści. Po lekturze "Na tropach jednorożca" z ogromną chęcią sięgnęłabym po kolejne tomy. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś zdecyduje się wznowić serię i wydać ją w komplecie, bo zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi.

 


Volker Ulrich, Hitler. Upadek zła 1939-1945, recenzja

Volker Ulrich, Hitler. Upadek zła 1939-1945, recenzja

Autor: Volker Ulrich
Tytuł: Hitler. Upadek zła 1939-1945
Seria: Oblicza zła
Wydawnictwo: Prószyński i S-KA
Rok wydania: 2021
Liczba stron: 848
Moja ocena: 8/10

Drugi tom monumentalnej biografii autorstwa Volkera Ulricha, „Hitler. Upadek zła 1939–1945”, był dla mnie jedną z najbardziej wyczekiwanych lektur ostatniego czasu. Po znakomitym pierwszym tomie moje oczekiwania były naprawdę bardzo duże – liczyłem na równie wciągającą, przemyślaną i odkrywczą kontynuację. I choć w wielu momentach książka spełniła te nadzieje, nie mogę powiedzieć, że w pełni mnie usatysfakcjonowała.
Volkera Ulricha nadal czyta się jako autora niezwykle kompetentnego, który potrafi spojrzeć na Hitlera nie tylko jako na symbol zła, ale też jako człowieka funkcjonującego w określonym systemie politycznym i społecznym. Podobało mi się szczególnie to, jak autor ukazuje zmieniający się stosunek Niemców do Führera – od niemal bezkrytycznego uwielbienia po stopniowy rozpad jego mitu. To jeden z najmocniejszych elementów książki.
Z dużym zainteresowaniem śledziłem również fragmenty poświęcone życiu prywatnemu Hitlera – jego zdrowiu, relacjom z Ewą Braun czy napięciom wśród najbliższych współpracowników. Ten bardziej osobisty wymiar biografii zdecydowanie działa na plus i sprawia, że narracja staje się pełniejsza. Nie do końca odpowiadało mi natomiast ograniczenie wątków związanych z Holokaustem. Oczywiście temat ten wciąż jest obecny, ale miałem wrażenie, że w porównaniu z pierwszym tomem został potraktowany nieco bardziej skrótowo. Dużo ciekawsze wydały mi się natomiast przytoczone przez autora listy niemieckich żołnierzy z frontu wschodniego – ich szczerość i brutalność robią ogromne wrażenie i dodają książce autentyczności. Największy problem miałem jednak z nierównym tempem narracji. Początkowe rozdziały – obejmujące lata 1939–pierwszą połowę 1941 roku – były dla mnie zdecydowanie zbyt rozwlekłe. Momentami miałem wrażenie, że czytam coś, co już dobrze znam, a przy tym podane jest to w dość przegadanej formie. W tej części książki trochę się zawiodłem. Z kolei fragmenty dotyczące wojny ze Związkiem Sowieckim aż do zamachu w Wilczym Szańcu czytało mi się znacznie lepiej. Tutaj narracja nabiera tempa, jest bardziej dynamiczna i wciągająca – i właśnie w tych momentach czułem, że obcuję z książką na poziomie pierwszego tomu.
Niestety końcowe rozdziały ponownie nie do końca przypadły mi do gustu. Szczegółowe opisy walk na Odrze i w Berlinie były dla mnie zbyt rozbudowane. W pewnym momencie miałem wręcz wrażenie, że autor relacjonuje ostatnie dni Hitlera niemal godzina po godzinie, co zamiast budować napięcie, zaczęło mnie męczyć.
Ostatecznie książkę oceniam pozytywnie – podobała mi się i uważam ją za wartościową, ale jednocześnie czuję pewien niedosyt. Pierwszy tom zrobił na mnie większe wrażenie i był bardziej spójny jako całość. Drugi tom, mimo wielu świetnych fragmentów, jest po prostu mniej równy.
Na koniec warto wspomnieć o objętości – ponad 800 stron, z czego około 600 to właściwa treść, a reszta to przypisy, bibliografia i indeks. To pokazuje skalę pracy autora, którą zdecydowanie należy docenić, nawet jeśli nie wszystkie elementy tej książki trafiły w moje oczekiwania.


Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja

 

Karina Łagowska, Sonata jesienna na kota i wilkonczelę, recenzja

Autor: Karina Łagowska

Tytuł: Sonata jesienna na kota i wilkonczelę

Wydawnictwo: OdeSFa

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 522

Moja ocena 9/10


Wśród powieści wymykających się schematom i odważnie mieszających gatunki "Sonata jesienna na kota i wilkonczelę" autorstwa Karina Łagowska zdecydowanie wyróżnia się na tle współczesnej literatury.
Akcja toczy się na warszawskim Ursynowie i została podzielona na dwa momenty w czasie – rok 1994 oraz 2008. Głównymi bohaterami jest grupa dwunastolatków z jednej klasy: Mateusz, Felek, Artur „Byku”, Sonia i Agata. Łączy ich silna przyjaźń i wspólne spędzanie czasu. Na początku wszystko wydaje się zwyczajne, ale to właśnie ta codzienność ma znaczenie. Autorka dobrze oddaje klimat lat 90. – dzieci biegające po osiedlu, proste rozmowy i swobodę, jakiej dziś trochę brakuje.
Niewyjaśniona choroba jednej z bohaterek, ekscentryczny Henryk oraz pojawienie się wilkonczeli – dziwnej istoty będącej połączeniem wilka i wiolonczeli – sprawiają, że historia skręca w stronę horroru i science fiction. Pojawiają się też Kataryniarze i tajemniczy Czarny Okręt. Mimo że brzmi to nietypowo, całość jest spójna i dobrze poprowadzona.
Największą siłą tej powieści są bohaterowie. Każde z dzieci ma swój charakter, historię i ciężar, który niesie. Szczególnie zapadł mi w pamięć Struna – osiedlowy bandzior, który ma „łeb jak sklep” – oraz Felek, postać tragiczna, której po prostu nie da się nie współczuć. To właśnie przez ich perspektywę oglądamy makabryczne wydarzenia, których do końca nie rozumieją – i to nadaje historii dodatkowej głębi.
Styl Łagowskiej jest bardzo barwny, momentami wręcz poetycki. Autorka chętnie sięga po odniesienia do klasyki literatury, co dodaje tekstowi smaku, ale nie przytłacza. Co ważne, potrafi też świetnie balansować między grozą a refleksją – bo pod warstwą fantastyczno-horrorową kryje się opowieść o dorastaniu, traumie i tym, jak dzieciństwo potrafi odcisnąć piętno na całym życiu.
Nie jest to książka bez wad. Zbyt duże odstępy między akapitami (Prawdopodobnie wynika to z polityki wydawnictwa – mam inną książkę od tego samego wydawcy i tam również pojawiają się duże odstępy między akapitami). i momentami bardzo rozbudowane bloki tekstu mogą wybijać z rytmu. Trafiają się też literówki. Na szczęście są to rzeczy czysto techniczne, które nie psują przyjemności z czytania.
„Sonata jesienna…” to historia dla tych, którzy nie boją się gatunkowych eksperymentów i lubią, kiedy książka zostawia po sobie lekki niepokój. Trochę straszy, trochę wzrusza, a momentami zmusza do refleksji. I co najważniejsze – zostaje w głowie na dłużej.

Magiczny kompas, recenzja

Magiczny kompas, recenzja



Autor: Anett Lievre, Camille O'Naill, Daria Smolarek, Ewa Gralli, Ewa Maciejczuk, Ewelina Domańskiej, Justyna Chmiel, M.W. Jasińska, Natalia Hermansa, PaulaUzarek, Paulina Grabara, Sandra Czoik

Tytuł: Magiczny kompas

Wydawnictwo: Nie powiem

Rok wydania: 2025

Liczba stron: 324

Moja ocena 7/10

Antologie mają to do siebie, że oferują różnorodność, ale rzadko utrzymują równy poziom. „Magiczny Kompas”, zbiór opowiadań autorstwa m.in. Anett Lievre, Camille O'Naill, Darii Smolarek, Ewy Gralli, Ewy Maciejczuk, Eweliny Domańskiej, Justyny Chmiel, M.W. Jasińskiej, Natalii Hermansy, Pauli Uzarek, Pauliny Grabary i Sandry Czoik, dobrze wpisuje się w ten schemat – choć całość wypada całkiem przyjemnie. Motywem przewodnim jest fantasy często łączone z romansem. I tu pojawia się problem – dla mnie tego romansu było momentami za dużo. Część historii bardziej skupia się na relacjach niż na fabule, co nie zawsze działa na ich korzyść.
Na szczęście pojawiają się wyjątki. „Renifer” Ewy Gralli to baśń z morałem, która wyróżnia się na tle reszty. Najbardziej zapadły mi w pamięć opowiadania Pauliny Grabary, Natalii Hermansy oraz Camille O'Naill miały w sobie szczyptę grozy co dodało im nieco pikanterii. Dużym plusem jest mapa z zaznaczonymi miejscami akcji. To drobny, ale bardzo klimatyczny dodatek, który spaja cały zbiór. Poziom – jak to w antologii – jest nierówny. Obok tekstów wciągających są też po prostu poprawne, ale nie traktuję tego jako większej wady.
„Magiczny Kompas” czyta się lekko. Sam sięgałem po dwa opowiadania między innymi książkami, co dobrze się sprawdziło i pozwoliło uniknąć znużenia. To przyjemna, choć nierówna antologia – najlepsza dla fanów lekkiego fantasy z wyraźnym wątkiem romantycznym.